Jak 11 września zmienił popkulturę

Pop sprzedał duszę. Rock’n’roll wrócił w wielkim stylu. Muzyka dawała nadzieję, a telewizja rozrywkę. W mrocznych dniach po atakach z 11 września popkultura przeszła być może swój najtrudniejszy test. I zdała go śpiewająco.
Czyta się kilka minut
Atak terrorystyczny na wieże World Trade Center. Nowy Jork, 11 września 2001 r. // Fot. Michel Setboun / Getty Images
Atak terrorystyczny na wieże World Trade Center. Nowy Jork, 11 września 2001 r. // Fot. Michel Setboun / Getty Images

Tamtego dnia Nowy Jork obudził się do bezchmurnego, błękitnego nieba. Po poniedziałkowej ulewie przyszło wyczekane wypogodzenie. „Jeśli pytacie o pogodę, był to jeden z najpiękniejszych dni roku”, wspominał lokalny muzyk, Jesse Malin. Wrzesień w Nowym Jorku rzeczywiście potrafi być zachwycający. Wciąż świeci ciepłe słońce, ale wycieńczające miejskie upały stają się pieśnią przeszłości. Gra już nowa melodia, pełna złotych promieni babiego lata na rzece Hudson. 

Wtorkowy poranek był pocztówkowo fotogeniczny, ujęcia metropolii malowniczo przebijały za plecami prowadzących śniadaniowe programy telewizyjne. Tego dnia rozkręcały się powoli, bo prowadzącym trafił się slow news day, w którym największym wydarzeniem był powrót Michaela Jordana do NBA, a lokalną ciekawostką zatrudnienie striptizerki na domową imprezę nieletnich sportowców. O ósmej trzydzieści jeden z prezenterów powitał widzów przeszywającym w kontekście nadchodzących zdarzeń zdaniem: „Ależ spokojny mamy ten dzień w Ameryce. Aż za spokojny.”

Niecierpliwość komentatora była uzasadniona: wrześniowe dni w Nowym Jorku iskrzyły od atrakcji. 
Trwał tydzień mody, w mieście byli wszyscy najpiękniejsi ludzie świata. Kilka dni wcześniej rozdano nagrody MTV. Półnaga Britney Spears tańczyła z żywym pytonem, Christina Aguilera odbierała statuetki, a do bijącego rekordy popularności boysbandu *NSYNC dołączył na scenie Michael Jackson, który na dwóch koncertach świętował w mieście trzydziestolecie swojej kariery. Rolą popkultury w nowym millenium zdawała się być bezpretensjonalna i beztroska rozrywka, a tej w Nowym Jorku nie brakowało.

Budzić miliony to dla amerykańskich dziennikarzy zaszczyt i wyróżnienie, nawet jeśli prestiżowi towarzyszą rozmowy o kolejności układania składników w kanapce. Śniadaniówki prowadzą najlepsi, elita branży. We wtorek na swoich dyżurach stawili się Diane Sawyer, Charles Gibson, Katie Couric i Matt Lauer. Ostatnie, co pamiętają ze świata „przed”, to jak spokojny i piękny był to poranek. 

Atak na Amerykę. Na oczach Ameryki

O ósmej pięćdziesiąt zaczęło się ich „po”, prowadzenie transmisji z katastrofy oglądanej w milionach domów na całym świecie. Sawyer wspominała po latach: „Byłam na wojnach, byłam pod ostrzałem, uciekałam przed eksplodującymi bombami… Ale nic nie mogło przygotować mnie na inferno, jakie zobaczyłam tego dnia”. Gdy w jej programie drugi z porwanych samolotów uderzył z pełnym impetem w wieżę WTC, doświadczona dziennikarka była w stanie powiedzieć tylko: „O mój Boże… O mój Boże”. 

Peter Jennings, dziennikarz newsowy telewizji ABC, zaalarmowany przez wydawców i natychmiast sprowadzony do studia, był na wizji przez siedemnaście godzin, gotowy przeprowadzić widzów przez jeden z najtragiczniejszych dni w historii Ameryki. Jego wyważony, merytoryczny komentarz uznano za wybitny, była to lekcja dziennikarstwa najwyższej próby. By uspokoić zrozumiałe emocje, Jennings w czasie jednej z nielicznych przerw sięgnął po papierosa, pierwszego po dwudziestoletniej przerwie. Cztery lata później zmarł na raka płuc.

Tamten poranek zatrzymał ludzi przed telewizorami, bo ujęcia z Nowego Jorku i Waszyngtonu były hipnotyzująco niewiarygodne i przerażające. Telewizja pokazywała już wojnę, transmitowała wstrząsające zdarzenia, ale to było coś nowego. Atak na Amerykę. Na oczach Ameryki. Gdy minął pierwszy szok, nadawcy stanęli przed abstrakcyjnym wyzwaniem: co prezentować narodowi w rozpaczy, gniewie i żałobie? Jaka jest i będzie w tych dniach rola mediów? Wszystkie stacje telewizyjne pracowały w trybie newsowym, zrzucono programy, reklamy, zrezygnowano z tradycyjnej ramówki. 

Ale Rudy Giuliani, burmistrz Nowego Jorku, wkrótce „człowiek roku” magazynu „Time”, przekonywał, by wyjść z trybu alarmowego i wracać do życia. W niedzielę amerykańskie media zaczęły erę nowej normalności. Kilka dni później redaktor naczelny „Vanity Fair”, Graydon Carter, zawyrokował: „Czeka nas sejsmiczna zmiana. Alternatywna, frywolna część kultury przepadnie. Właśnie skończyła się epoka ironii”.

Jak bawić Nowy Jork

David Letterman miał na ten temat inne zdanie. Był pierwszym ze słynnych gospodarzy wieczornych talk shows, który zdecydował się wrócić na antenę już sześć dni po atakach. Nagrywany w Nowym Jorku Late Show rozpoczął od emocjonalnego monologu: „W mieście jest potwornie smutno. Straciliśmy tysiące mieszkańców i widać to, czuć to, w tym strasznym, strasznym smutku. Nie wiem, czy powinienem prowadzić dziś ten program, bo od dwudziestu lat nabijamy się w nim ze wszystkiego, także z tego miasta, śmiejemy się z moich włosów, z włosów Paula…” 

Zatrzymał monolog, patrząc na łysą czaszkę Shaffera, swojego wieloletniego kierownika muzycznego. Publiczność zaczęła się śmiać. Letterman już wiedział: udało się. Kontynuował: „Więc chociaż jest tu tak strasznie smutno, jednak robimy ten program. Bo chcemy iść do pracy, bo do tego zachęca nas burmistrz Giuliani. Mamy wrócić do naszego życia, żyć dobrym życiem, tworzyć Nowy Jork taki, jakim powinien być”.

Monolog Lettermana uchodzi dziś za legendarny i kluczowy w odbudowywaniu ducha narodu. Za Davidem poszli kolejni, ufając w uzdrawiającą moc humoru. Pod koniec września na ekrany wrócił Saturday Night Live, najsłynniejszy telewizyjny program komediowy, nadawany z Rockefeller Center, serca Manhattanu. Twórcy SNL w zaledwie osiemnaście dni po zamachach mieli przez prawie dwie godziny bawić Amerykę, zrobić komedię na żywo w mieście we łzach, pyle i krwi. Niepewni słuszności swojej decyzji producenci zadzwonili do Giulianiego z prośbą o pobłogosławienie powrotu rozrywki do telewizji NBC. „Powiedziałem im, »wracajcie jak najszybciej«. Ludzie muszą nauczyć się żyć ze śmiechem i płaczem, bo ta mieszanka jeszcze długo będzie im towarzyszyć”, wspominał po latach.

To nie mógł być zwykły odcinek. I nie był. Otworzył go Giuliani stojący wśród strażaków i policjantów pracujących każdego dnia w gruzach World Trade Center. Aktorzy SNL na widok „bohaterów Ameryki” przybyłych na plan prosto z Ground Zero, w kombinezonach pokrytych pyłem, dymiących od wciąż żarzących się szczątków, przesiąkniętych specyficznym zapachem, który do końca życia rozpozna każdy, kto był wtedy na Manhattanie, rozpłakali się. 

Krótki wstęp burmistrza, któremu na pierwszym planie towarzyszyli szefowie nowojorskiej policji i straży pożarnej, zakończył występ Paula Simona. Na tle amerykańskiej flagi, w czapeczce z napisem NYPD, wykonał „The Boxer”, pieśń z niezapomnianej „Bridge over Troubled Water” duetu Simon & Garfunkel, melodię trudu, woli przetrwania i ducha walki. W tej interpretacji „Bokserem” był Nowy Jork.

Gwiazdą odcinka była Reese Witherspoon, która wystąpiła między innymi w skeczu o rozpalonej seksualnie syrenie. Twórcy programu zdecydowali się nie poruszać tematu ataków, stawiając na tak ambitne propozycje jak skecz o dziecku, które nie może przestać puszczać bąków. Jedyny dotyczący tragedii żart włożono w newsowy segment programu, Weekend Update: „Amerykańskie służby kontynuują poszukiwania Osamy Bin Ladena. Tajne raporty sugerują, że ukrywa się w miejscu odludnym, bez śladów życia, gdzie nikogo nie spotka i nikt go nie zobaczy. Wydaje się logiczne, że FBI zarządziło przeszukiwania wszystkich kin pokazujących film »Glitter«”. Zgromadzona w studiu H8 publiczność wybuchnęła śmiechem. Ale Mariah Carey do śmiechu nie było.

Nowa lista przebojów

Wokalistka 11 września wydała nowy album, „Glitter”, ścieżkę dźwiękową filmu o tym samym tytule, w którym zagrała główną rolę. Ósma pozycja w jej dyskografii miała być kontynuacją fali spektakularnych sukcesów, stawiających ją w jednym rzędzie z ikonami muzyki i rekordzistami sprzedaży: Presleyem, Beatlesami i Madonną. 

W latach 90. Carey osiągnęła wszystko, zachwycała pięciooktawowym głosem, sprzedawała miliony płyt, wylansowała globalne hity. W nową dekadę weszła z wartym 100 mln dolarów kontraktem fonograficznym i spełnionym marzeniem: główną rolą w filmie. „Glitter”, banalna i dość fatalna opowieść o miłości i muzyce, była produkcją skazaną na klęskę w box office i miażdżące recenzje. Premierę filmu poprzedziła premiera soundtracku, zainspirowanej popowymi brzmieniami lat 80. radosnej, beztroskiej propozycji w dość zachowawczym katalogu artystki. 

Ale we wrześniu 2001 r. nikt nie chciał ani takiego kina, ani takiej muzyki. Publiczność zaczęła szanować swój czas. Jeśli w telewizji oglądają mistrzowskie dziennikarstwo, dlaczego iść do kina na słabą produkcję? Odrzucenie filmu przeniosło się również na płytę, pierwszą komercyjną klapę Carey. Do klęski wizerunkowej dołożył się również rozwieszony w całym mieście plakat filmu, także w World Trade Center. 

Mariah Carey promująca film "Glitter". Nowy Jork, 20 lipca 2001 r. // Fot. KMazur / Getty Images

Wyjątkowo niefortunne ujęcie uśmiechniętej Carey na tle zdewastowanych wież zainspirowało tysiące memów komentujących jej porażkę: „Dwie tragedie jednego dnia”. Tę erę swojej kariery Mariah przypłaciła załamaniem nerwowym i pobytem w zamkniętym ośrodku. Latami zakazywała swoim pracownikom wymawiania słowa „glitter”. Nie znalazła pocieszenia nawet w historii Sary Botkin, swojej wielkiej fanki, która 11 września spóźniła się do pracy, by w sklepie płytowym kupić wyczekany album ulubionej wokalistki. Sara pracowała na 105. piętrze południowej wieży WTC. W ataku zginęli wszyscy jej współpracownicy, sto siedemdziesiąt sześć osób. Wzgardzona przez krytyków, publiczność i artystkę płyta uratowała jej życie.

Carey snuła w wywiadach gorzkie teorie, że za słabą sprzedaż „Glitter” odpowiadają 9/11 i ponure nastroje w Ameryce. Są jednak w tym myśleniu luki. 11 września ukazały się również albumy tak znakomite jak „The Blueprint” Jay’a Z oraz tak potworne jak „Silver Side Up” Nickelback, każdy sprzedany w wielomilionowym nakładzie. Muzyka była w tych dniach potrzebna, być może bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Okoliczności zdefiniowały, jaka muzyka. 

Potężna stacja Clear Channel, docierająca do milionów słuchaczy, stworzyła listę piosenek zakazanych w nowej rzeczywistości. Pod cenzorski topór trafiła między innymi „Lucy w diamentowym niebie” Beatlesów, „Cudowny świat” Louisa Armstronga i „To koniec świata, jaki znamy i dobrze mi z tym” R.E.M. Tego, że oberwie się i „Nauce latania” Foo Fighters nie wymyśliliby nawet komedianci z Saturday Night Live.

11 września zmieniło się radio

Tam, gdzie są radykalne działania, będą ofiary. Boleśnie przekonali się o tym muzycy Garbage. Gdy w 1999 r. nagrywali temat przewodni do „Świat to za mało”, dziewiętnastego „Bonda”, mieli prawo czuć podobnie, bo w kilka lat podbili świat muzyki pop. Dwa sprzedane w wielomilionowych nakładach albumy. Szesnaście przebojowych singli. Globalna popularność zespołu i sława charyzmatycznej liderki, ikony mody i młodych kobiet, Shirley Manson. Trudno uwierzyć, że zaledwie dwa lata później było po wszystkim. 

„Beautiful Garbage”, trzeci album grupy, miał ukazać się w październiku 2001 r. Wrzesień muzycy spędzali intensywnie promując nadchodzącą płytę, latając po świecie i udzielając wywiadów. Wszystko po nic. „11 września kompletnie zmieniło się radio w Ameryce” – wspominała niedawno w „Guardianie” Manson – „I do dziś nie wróciło do dawnej świetności. To wtedy zaczęli grać bezpieczną, konserwatywną muzykę, bez jakiegokolwiek ryzyka. Dla charakternych kobiet lat 90. nagle nie było miejsca. Tak zaczął rozkwitać korporacyjny, prawdziwie kapitalistyczny pop. I ta tendencja nie mija, a to już ponad dwadzieścia lat”.

W innym z wywiadów Shirley powiedziała wprost: „W latach 90. byliśmy wszędzie. I nagle nikt nie chciał nas grać. Ta płyta okazała się kompletną porażką. Pogrzebała naszą karierę”. „Beautiful Garbage”, ambitna popowo alternatywna propozycja, stała się ofiarą własnej stylistyki. Manson ma rację, wielkie rozgłośnie zradykalizowały swoje oczekiwania. Pop musiał być banalny i gładki, dlatego żadna komercyjna krzywda nie stała się wydanej w listopadzie 2001 r. „Britney” panny Spears. Muzyka gatunkowego środka, nawet najbardziej artystycznie udana, w dniach, które domagały się jasnego przekazu, nie miała szans. Wysmakowane „Beautiful Garbage” przepadło, a wraz z nim zespół.

Odrodzenie country

W nowym, jałowym krajobrazie wybiły się inne gatunki. W nowojorskich McDonald’sach emitowano piosenki z „The Look of Love”, pełnej wysmakowanych standardów płyty jazzowej wokalistki Diany Krall. Na listach przebojów zaroiło się od przebojów country, a przedstawiciele gatunku stali się głosami pragnącego zemsty narodu, śpiewając patriotyczne pieśni o sile amerykańskich żołnierzy i wspaniałości Ameryki. „Włożymy wam buciory w dupę”, zapowiadał tekst „Zagniewanego Amerykanina” Toby’ego Keitha, hit numer jeden z listy country amerykańskiego „Billboardu”. Byłyby to dni estetycznego upadku, gdyby nie… czysty rock’n’roll.

O The Strokes, debiutantach z Manhattanu, było głośno od kilku miesięcy. Zakochana w przystojniakach w ramoneskach brytyjska prasa wieściła nadejście artystycznej sensacji, nowej rockowej rewolucji. „Is This It”, pierwsza płyta zespołu, w Ameryce ukazała się na winylu 11 września. Wydana miesiąc później kompaktowa edycja albumu była uboższa o jeden utwór, zainspirowany tragiczną w skutkach interwencją nowojorskiej policji „New York City Cops” z refrenem: „nowojorscy glinarze nie są zbyt bystrzy”. W erze „bohaterów Ameryki” wizerunkowe ryzyko było zbyt wysokie, Strokesi z żalem zrzucili jedną ze swoich najlepszych piosenek. Ale i bez „Glinarzy” był to album wybitny, okrzyknięty przez „New York Timesa” „ścieżką dźwiękową świata po 9/11”.

Gitarowi, w idealnych proporcjach wystudiowani i nonszalanccy The Strokes, rzeczywiście rozpoczęli rewolucję. Alternatywne podziemie, kipiące od pomysłów i kreatywności, w normalnych rynkowych warunkach było skazane na niszę. Ale nic nie było „normalne”. Sukces nieoszlifowanych, niepopowych The Strokes ośmielił media i wydawców, szukających w obskurnych klubach kolejnych nieoczywistych gwiazd, bo tam artyści odreagowywali to, co wydarzyło się w ich mieście.

„Ten atak zdjął z Nowego Jorku kocyk bezpieczeństwa”, wspominała w książce „Meet Me In The Bathroom” Karen O, wokalistka punkowych Yeah Yeah Yeahs. „Myśleliśmy, skoro zrobili to, co wymyślą teraz? Żyliśmy w ciągłym zagrożeniu, potrzebowaliśmy jakiegoś upustu tych emocji, natychmiast. To pragnienie zainspirowało naszą pierwszą płytę, to uczucie, że jest tylko tu i teraz, bo każdy moment wydawał się nam ostatnim”. „Fever To Tell”, debiut Yeah Yeah Yeahs, był albumem wspaniałym, podobnie jak wydawnictwa gwiazd lokalnej sceny, Interpol, LCD Soundsystem czy The Rapture. Dla Ameryki były to dni klęski, dla amerykańskiej kultury − niezaprzeczalnego triumfu.

Nowy Jork: miasto w gruzach

Dla tańczących w nowojorskich klubach dzieciaków, konsumujących według mieszkającego w mieście Moby’ego zatrważające ilości narkotyków i alkoholu, „bo przecież życie się kończy, po co się ograniczać”, Bruce Springsteen był tak bardzo nie-cool jak nauczyciele i rodzice. Legendarny „Boss” nie był ich „szefem”, był brzmieniem przeszłości. Na szczęście inaczej myślał przejeżdżający 11 września przez New Jersey kierowca. Stojąc na światłach, zauważył spacerującego muzyka. Rzucił przez okno samochodu: „Bruce, potrzebujemy cię teraz!”. 

Bard Ameryki, jej sumienie i głos, milczał fonograficznie od długich sześciu lat. I zrozumiał, że wystarczy. Po powrocie ze spaceru wrócił do pisania. Zanim w 2002 r. wydał znakomity „The Rising”, inspirowany 9/11, nagrodzony Grammy concept album, na potrzeby naprędce zorganizowanego telewizyjnego koncertu charytatywnego dla „bohaterów Ameryki” odświeżył stworzoną rok wcześniej „My City Of Ruins”. Wtedy pisał o upadającym Asbury Park, mieście swojej młodości. 

Teraz śpiewał o Nowym Jorku, pustce, zniszczeniu, tęsknocie i stracie. „Moje miasto w gruzach” kończy modlitwa o siłę, miłość i wiarę. Powtarzane przez Bossa i chór za jego plecami „dalej, powstań!”, ostatnie słowa piosenki, zostawiły miliony telewidzów z tak potrzebną nadzieją. Przypomniały także, jaka może być rola muzyki, moc tekstu. Dwa tygodnie po zamachach Ameryka miała swój hymn, pieśń ukojenia. Tańczące dzieciaki nie protestowały.

10 września w Chelsea tańczono do świtu podczas „spektakularnej” imprezy projektanta Marca Jacobsa po pokazie najnowszej, wiosennej kolekcji. Jeden z gości wspominał, że ciężkie deszczowe chmury otoczyły migoczące na horyzoncie wieże World Trade Center. „Wyglądały, jakby miały zniknąć. A następnego dnia rzeczywiście zniknęły”. 

Manhattan: tu jest wszystko

Wielka moda nie ma sumienia ani moralnych kompasów, a jednak w chwili tragedii projektanci stanęli na wysokości zadania. Odwołano pokazy NY Fashion Week, z dostępnych w magazynach materiałów uszyto tysiące śpiworów, rozdano ratownikom przygotowane dla gości zapasy wody. Zbudowany na potrzeby pokazu Donny Karan wielki namiot zamieniono w szpital polowy. Pracownicy wspominali, że przez pierwszą dobę nie przywieziono ani jednej żywej osoby. Następnego dnia ze szpitala zrobiono kostnicę. Ale nie przywieziono do niej ani jednego ciała. Trzeciego dnia z namiotu, w którym miały być pokazane kosztowne jedwabie i kaszmiry, zrobiono centrum pomocy dla rodzin, które musiały zidentyfikować bliskich z pomocą DNA. 

Nowojorski tydzień mody wrócił kilkanaście dni później, w skromnej skali, ale i w duchu „życie trwa dalej, nie mogą z nami wygrać”. Najsłynniejszy z projektantów, Ralph Lauren, ukłonił się po pokazie ubrany w bluzę z amerykańską flagą. Patriotyzm oficjalnie stał się najmodniejszym trendem sezonu, a Nowy Jork, mimo wciąż świeżych ran, został okrzyknięty „tym” miastem, najwspanialszą metropolią świata. 

Tu rozgrywała się akcja najpopularniejszych seriali, „Przyjaciół” i „Seksu w wielkim mieście”, którego główna bohaterka, Carrie Bradshaw, wyznała, że „nie widzi żadnego powodu, by opuścić Manhattan, bo jest tu wszystko”. Tu grała najlepsza muzyka i otwierano najmodniejsze knajpy. Tu odrodziła się ważna, potrzebna i wartościowa kultura masowa, czekająca w blokach startowych po wielkim wybuchu artystycznej obfitości początku lat 90. Minęło, jak mija wszystko. Ale z każdym promieniem wrześniowego słońca uparcie o sobie przypomina.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Nowe melodie