Muzyka klubu. Jak się rodziła polska scena techno

Imprezy techno w latach 90. organizowano w barach, basenach, a nawet pralniach. Dziś mają swoje festiwale. Na jednym z nich w te wakacje zagra MONO, łódzki DJ z trzydziestoletnim stażem.
Czyta się kilka minut
Audioriver Festival – festiwal muzyki elektronicznej. Płock, 31 lipca 2022 r. // Fot. Paweł Skraba / East News
Audioriver Festival – festiwal muzyki elektronicznej. Płock, 31 lipca 2022 r. // Fot. Paweł Skraba / East News

Historia polskiej sceny klubowej stała się w ostatnich latach przedmiotem nostalgicznych powrotów, naukowych badań i interdyscyplinarnych analiz. Oglądaliśmy poświęcone tej scenie wystawy („Euforia”, „140 uderzeń na minutę”), dokumenty („Rave”) i spektakle („Mój pierwszy rave”). Nie brakowało kronik i antologii zbierających klubowe świadectwa („30 lat polskiej sceny techno”, „Technowulkan”, „Dzika rzecz”). Autorzy tych dzieł obierają różne perspektywy: osobistą, kronikarską albo socjologiczną. Scena klubowa staje się dla nich pretekstem do opowieści o transformacji, kapitalizmie, retrofuturyzmie, ba, udaje się ją nawet łączyć ze zwrotem ludowym. 

Ale na muzyce klubowej i nostalgii za jej romantycznymi początkami można też robić politykę. Prezydentka Łodzi Hanna Zdanowska, zapowiadając powrót słynnej Parady Wolności, ogłaszała: „Wracamy do korzeni. Wracamy do legendy”.

– Parada Wolności wróciła, ale została skrzywdzona, bo nie obejmie już całonocnej oficjalnej imprezy – tłumaczy MONO, łódzki DJ z trzydziestoletnim stażem. – Kiedyś platformy zjeżdżały pod Halę przy ulicy Skorupki, gdzie odbywała się impreza, i to ona była gwoździem programu, do którego parada była tylko przyczynkiem. Teraz to się odwróciło i nagle ciężarówki stały się symbolem wszystkiego.

Przykład Parady Wolności wydaje się symptomatyczny, pokazuje, jak instrumentalnie traktowany jest ten kulturalny fenomen. A także, że jego symboliczny wymiar staje się ważniejszy niż muzyka, wokół której zawiązywały się roztańczone wspólnoty. A bez niej nie da się opowiedzieć tej historii. 

– Lata 90. to były takie fajne czasy, kiedy popularna muzyka elektroniczna była zarazem bardzo progresywna – wspomina DJ BLIK. – Na kanale VIVA, jakby nigdy nic, leciał sobie Aphex Twin. Totalnie pojechane, eksperymentalne rzeczy były po prostu na topie. A ja to chłonąłem jak gąbka.

Nie on jeden.

Radio pralnia

Rozmowy z weteranami sceny klubowej nie pozostawiają wątpliwości, że przyczyny fascynacji holenderskim gabberem czy angielskim acid house’em bywały różne. Inny charakter miały imprezy w łódzkim Pubie Chenko, inny w krakowskiej Galerii Krzysztofory czy sopockim Sfinksie.

– Łódź miała swój potencjał i swoje przekleństwa – opowiada MONO. – Miasto robotnicze, biedne, więc wielu jego mieszkańców czuło potrzebę oderwania się od trudnej rzeczywistości, ucieczki w inny świat. Muzyka pozwalała złapać oddech i odlecieć.

W sopockim Sfinksie entuzjaści muzyki klubowej tańczyli natomiast ramię w ramię z przedstawicielami lokalnego środowiska artystycznego i trójmiejskiej inteligencji.

– Odbywały się tu jedne z pierwszych imprez techno w Polsce – wspomina Małgorzata Żerwe, reportażystka i artystka wizualna. – To, co w historii tego miejsca wydaje mi się najbardziej cenne, to jego otwartość. Chodziłam na te imprezy, bo odbywały się w Sfinksie, czułam się częścią tej wspólnoty. Najpewniej nie brałabym w nich udziału, gdyby odbywały się gdziekolwiek indziej.

Tym, co łączyło imprezy, była nie tylko wysoka liczba bitów na minutę, ale także zagraniczne kontakty ich organizatorów. Artysta i założyciel Sfinksa, Robert Florczak, w latach 80. mieszkał w Nowym Jorku, więc próbował przenieść do Sopotu atmosferę tamtejszych klubów. Janusz Zawierucki (znany jako DJ Loverover, Zawieja), organizator pierwszych klubowych imprez w Krakowie, po 1989 r. wyjeżdżał do krajów zachodniej Europy, skąd przywoził płyty i fascynację nową elektroniką. Łódź natomiast zawdzięcza wiele polsko-angielskim korzeniom DJ’a Life’a – związanego z kultową ekipą Amnesia Energy Crew (dalej: Amnesia).

Historia tej grupy dobrze oddaje realia i wspólnotowy charakter rodzącej się wówczas sceny. MONO kojarzył jej członków ze swojego osiedla. Mieli kanciapę w starym budynku przepompowni, który wchodził walcem w głąb ziemi. Amnesia zajmowała pomieszczenie na najniższym piętrze. Mieli tam gramofony, płyty i święty spokój. Jeden z jej członków – Kuba Czerwonka – kojarzył MONO ze szkoły, bo młody hipis, który ciągle kręcił się po okolicy, nie miał ucha. To on zresztą wymyślił mu sympatyczną ksywkę. MONO zawdzięcza jednak Amnesii znacznie więcej, bo starsi koledzy zapraszali go do kanciapy, gdzie poznawał nową muzykę, a także próbował swoich sił w graniu na gramofonach. DJ’ska ekipa edukowała swoich sąsiadów nie tylko w bezpośrednim spotkaniu. 

– Kuba był fanem krótkofalarstwa i dzięki niemu założyli nielegalne radio w 1992 r. – wspomina MONO. – Mieli nadajnik w pralni, za sprawą którego emitowali muzykę na obszarze osiedla Teofilów. Puszczali audycje z brytyjskich pirackich stacji radiowych nagrywane przez DJ Life’a. On wysyłał im także dźwiękowe listy, na które składały się jego miksy poprzeplatane pozdrowieniami dla kolegów i opowieściami o tym, jak mija mu czas w Londynie.

Przepompownia, pralnia, nielegalne radio – początek lat 90. to dla sceny klubowej czas wielkiej improwizacji. Na szczęście wśród jej organizatorów nie brakowało weteranów sceny niezależnej, artystów zaangażowanych w inne jej obszary. Jednym z nich był Wojciech Krawczyk – lider słynnej hardcore-punkowej grupy Homomilitia, który później jako DJ Wojti zrobił karierę na scenie techno. On też mieszkał na Teofilowie – w zasięgu rażenia Amnesii.

Z bufetu na basen

Rola takich oddolnych inicjatyw była tym ważniejsza, że w tamtym okresie brakowało mediów, które pomagałyby odbiorcom wejść w ten nowy muzyczny świat. Takie tytuły zaczęły się pojawiać w połowie lat 90. i nierzadko miały większe ambicje. Wystarczy otworzyć numer krakowskiego „Future Guide” z 1996 r. Już w pierwszym artykule tego magazynu („Internet jest dla ludzi”) czytam: „Jest to nowe jakościowo zjawisko, którego skutki dla ludzkości (czyli dla Ciebie) mogą według niektórych entuzjastycznych proroków ery informacji przewyższyć wynalezienie druku przez mistrza Gutenberga”. 

Kilka stron dalej otrzymujemy króciutki wgląd w sytuację krakowskiej sceny klubowej: „1 października 1993 r. Krzysztofory – licznie zgromadzeni z niezupełnym zrozumieniem, ale pełnym zaskoczeniem reagują na muzykę. Imprezkę prowadzi Zawieja”. Zawieja był jedną z kluczowych postaci dla rozwoju krakowskiej sceny muzyki klubowej. Zanim jednak doprowadził do tego, że Krzysztofory pękały w szwach, potrzeba było czasu.

– Początkowo na imprezach bywało po kilka osób – wspomina. – Bywalcy dyskotek byli przyzwyczajeni, że tańczy się do radiowych przebojów, więc nie mogli się w tym odnaleźć. Podchodzili do mnie i pytali, co jest grane i czy nie mógłbym jednak puścić Michaela Jacksona. Z drugiej strony, dla słuchaczy muzyki alternatywnej, niekomercyjnej, te imprezy też były nie do przyjęcia, ponieważ bit był trochę dyskotekowy. Wiele osób odczuwało więc pewnego rodzaju dysonans, nie wiedziało, jak to ugryźć.

Pomimo „niezupełnego zrozumienia” promotorom muzyki nie brakowało entuzjazmu i inicjatywy. A te były konieczne w realiach powszechnego braku: sprzętu, lokali, mediów. MONO zwraca uwagę na paradoks polegający na mówieniu o scenie klubowej w okresie, kiedy tych klubów tak bardzo brakowało. A przynajmniej w rozumieniu lokali o konkretnym profilu muzycznym i ustalonym programie wydarzeń. Imprezy organizowano więc gdzie tylko się dało: w barach, dyskotekach, domach kultury, halach sportowych, a nawet basenach.

– Czasem to były naprawdę przedziwne miejsca – wspomina MONO. – Jak bufet pod Pałacem Poznańskiego: w dzień przychodziłeś tam na schabowego i ogóra, a wieczorem – na imprezę techno. 

Miłośnicy gabbera, acid house’u czy techno spotykali się również na spontanicznych imprezach organizowanych w utajnionych miejscach. Czasem wymagały one wycieczki za miasto, innym razem odbywały się w samym jego centrum. Tak było w przypadku słynnej imprezy w bunkrach w parku Poniatowskiego, która odbyła się w 1992 r. 

– To wąskie pomieszczenia, korytarze i zakamarki, więc pomieściło się tam maksymalnie 100-150 osób, ale wiadomość o wydarzeniu rozeszła się pocztą pantoflową po całej Łodzi – wspomina MONO, który dodaje, że były to imprezy bardzo inkluzyjne. Ściągali na nie przedstawiciele wszystkich subkultur (no, może poza skinheadami). Czymś absolutnie normalnym były zaś imprezy techno rozpoczynające się zaraz po punkowych koncertach. Ściągano piece, wnosiło się gramofony – wieczór trwał w najlepsze.

Po dwudziestu latach na ulicę Piotrkowską w Łodzi wróciła Parada Wolności. Łódź, 30 lipca 2022 r. // Fot. Piotr Kamionka / Reporter

Jak w domu

Każdego roku przybywało jednak w Polsce klubów specjalizujących się w tanecznej muzyce elektronicznej. Dla wielu twórców tej sceny rozpoczynał się najlepszy okres – z jednej strony profesjonalizowało się zaplecze, z drugiej – świat nie kręcił się jeszcze wokół nazwisk gwiazd i festiwalowych marek. Tymi ostatnimi były wówczas kluby – to one były gwarantem udanego wieczoru. Wokół nich zawiązywały się wspólnoty.

– Kiedyś próg wejścia, aby zostać DJ’em, był bardzo wysoki: trzeba było mieć gramofony, mikser i oczywiście płyty – tłumaczy DJ BLIK. – Pamiętam, że na pierwszy gramofon odkładałem przez rok, a drugi długo pożyczałem. W klubach zwykle był ten sprzęt, więc młodzi adepci tam trenowali i potem – siłą rzeczy – grali w tych miejscach. Rodziły się więc środowiska skupione wokół konkretnych miejsc. 

Twórczość DJ’a BLIKA stanowi hołd dla tamtej epoki i towarzyszącej jej filozofii. Z tego powodu twórca nie podaje swoich personaliów, a kolejne utwory na wydawanych przez niego płytach zawdzięczają tytuły kultowym warszawskim klubom. To świadome nawiązanie do ideałów sceny klubowej, której twórcy często zmieniali pseudonimy, by nie zamienić się w markę. Grali w kompletnych ciemnościach w anty-gwiazdorskim geście. Dystrybuowali nieopisane płyty, by ich nazwisko nie wpływało na odbiór muzyki.   

Niektórzy producenci uważali wręcz, że prymat klubu jest wpisany w DNA muzyki tanecznej. Wspominając początki swojej kariery w latach 80. DJ Sprinkles mówił mi przed laty w wywiadzie: „Termin »house music« tłumaczyło się jako muzyka klubu. Wynikało to stąd, że kluby miały swoje własne płytoteki, z których korzystali występujący w nich DJ’e. W ten sposób lokale wypracowywały swoją reputację, budowały swoje brzmienie…”.

Muzyka była najważniejszą składową budującą markę klubu, ale w pewnym momencie ich legenda zaczynała żyć własnym życiem. – Dla mnie to środowisko było drugim domem – wspomina MONO. – Również dlatego, że w domu zmagałem się z ojcem alkoholikiem, a ten świat wydawał się piękny. Prawie wszystkie najważniejsze relacje zawiązywałem w miejscach, w których się tańczyło, bawiło, słuchało muzyki. To była moja ostoja.

DJ BLIK do dziś dobrze pamięta emocje, które towarzyszyły mu podczas pierwszej wizyty w warszawskiej Piekarni.

– Nie chciano mnie wpuścić, bo byłem za mały. Miałem siedemnaście lat, ale wyglądałem raczej na trzynaście. Kiedy się już udało, do wszystkich wrażeń dochodził więc smak zakazanego owocu. Wszystko widziałem przez różowe okulary: wystrój, soundsystem, publiczność. Jadłem to łyżkami.

A przecież nie mówimy o miejscach opływających w luksusy. Niektóre z nich miały kubaturę sporej hali, częściej były to jednak duszne klitki. 

– Pamiętam, że ludzie nie tylko świetnie się bawili, ale byli też w stosunku do siebie bardzo empatyczni – wspomina Zawieja. – Krzysztofory znajdują się pod ziemią, więc kiedy przyszło trzysta osób, to robiło się bardzo duszno, bo wentylacja nie wyrabiała. Wśród ludzi krążyły więc butelki wody, szklanki z piwem przechodziły z rąk do rąk, bo było naprawdę gorąco – nie tylko pod względem muzycznym. 

Różne podróże

Uczciwie trzeba dodać, że w klubach z rąk do rąk przechodziły nie tylko butelki z wodą. Już w 1995 r. donosił o tym „Brulion” w tekście „Techno – muzyka przyszłości” autorstwa Wojciecha Bockenheima i Michała Długosza, stałych bywalców Krzysztoforów. Znajdziemy w nim precyzyjną wiwisekcję muzyki klubowej, skrupulatne opisy sprzętu i efektów, które pozwalają uzyskać, ale także rozdział o preferowanych w tym środowisku używkach (m.in. fantastyczny akapit o prapoczątkach napojów energetycznych).

„Większość technomanów ma, rzecz jasna, na swoim koncie podróże i na LSD, i na grzybach czy meskalinie, jednak ogólne preferencje zmierzają raczej w stronę dragów bardziej finezyjnych w działaniu i bardziej eleganckich pod względem cenowym” – możemy przeczytać w tym świetnym eseju. Znów jednak wiele zależało od okoliczności, bo nie zawsze przecież bywało tak elegancko. MONO przyznaje, że na muzyce klubowej z pewnością wzbogaciła się przestępcza Łódź, a zlokalizowane na jej przedmieściach fabryki amfetaminy miały zapewniony rynek zbytu: – Byliśmy młodzi, przeżywaliśmy niesamowite doznania, więc wiele osób idealizuje teraz tamte czasy, ale trzeba też pamiętać, że ta scena rozwijała się w narkotycznym sosie. Wiele osób w Łodzi potraciło z tego powodu zdrowie, życie, trafiło do Monaru.

MONO, jak i wielu innych łódzkich twórców, wystąpi na festiwalu Audioriver, który odbędzie się w tym mieście w dniach 12-14 lipca. To ładny ukłon w stronę miejsca, które odcisnęło ważne piętno na historii polskiej sceny klubowej. Mój rozmówca ma jednak wątpliwości, czy obecność wielkiego festiwalu może stanowić dla tego środowiska jakieś nowe otwarcie. Jego zdaniem komercjalizacja znacząco osłabiła artystyczny ferment i eksperymentalny charakter, które w latach 90. cechowały to środowisko. 

Po chwili jednak dodaje: – Rozumiem, że ta muzyka może wciąż gwarantować młodym ludziom ogromne emocje i na pewno nie chciałbym im tego odbierać. Oni nie znają innego świata i wierzę, że przeżywają to wszystko tak samo intensywnie, jak ja trzydzieści lat temu. 

DJ BLIK jest większym optymistą: – Mam wrażenie, że powoli wracamy do tamtych czasów. Młodzi ludzie chcą szukać muzyki na własną rękę, chcą mieć coś swojego, chcą być poza systemem, poza algorytmem.

Historia polskiej sceny klubowej, z jej otwartością i oddolnością, może posłużyć im nie tylko jako retro-ciekawostka, ale bezcenny przewodnik.

Dziękuję Michałowi Hanusie za pomoc przy pracy nad tekstem. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Muzyka klubu