Niedzielny poranek był spokojny. Były prezydent Nicolas Sarkozy cieszył się ostatnim weekendem na wolności, politycy odpoczywali przed ciężkimi negocjacjami budżetowymi. Francuzi, mocząc croissanty w porannej kawie, nie mieli pojęcia, że w sercu ich stolicy właśnie odbywa się „kradzież stulecia”.
Problem w tym, że pracownicy Luwru też nie. Siedem minut – tyle czasu potrzeba na usmażenie dwóch omletów. Albo na wyniesienie z muzeum kilku bezcennych sztuk biżuterii.
Co złodzieje ukradli z Luwru. Jest w tej opowieści polski wątek
Złodzieje zastosowali metodę na bezczelnego. Najgorzej się krygować – uczyła mnie babcia, pewnym krokiem wchodząc do eleganckiego hotelu, żeby skorzystać z toalety. Odziani w kamizelki odblaskowe bandyci w biały dzień podjechali pod Luwr wypożyczoną ciężarówką z podnośnikiem, szlifierką kątową sforsowali okno Galerii Apollona, wparowali do środka, rozbili gablotki i zabrali dziewięć artefaktów, jeden z nich, koronę cesarzowej Eugenii, gubiąc po drodze. Potem wsiedli na skutery i tyle ich widziano.
Alarm uruchomił się zbyt późno, żeby ująć sprawców. Zresztą protokół, który, jak podkreślają analitycy, został wdrożony skrupulatnie, i tak nie zakłada pościgu: zadaniem personelu jest ewakuacja zwiedzających, a nie walka z przestępcami. Dzięki temu nikt nie ucierpiał. Może tylko wizerunek Francji, o czym niżej.
System Ramzes zakłada, że sygnał alarmowy z Luwru dzwoni bezpośrednio w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, które automatycznie przysyła odpowiednie służby. Ramzes zadziałał. Niestety złodzieje zdołali uciec, zostawiwszy za sobą wspomnianą koronę, ciężarówkę, szlifierkę i kamizelki. No i mnóstwo śladów, które po tygodniu intensywnego śledztwa i analizie stu pięćdziesięciu próbek DNA oraz odcisków palców pozwoliły policji zatrzymać dwóch podejrzanych. Jeden wybierał się do Algierii, drugi do Mali. Mężczyźni przebywają w areszcie, egzekwując swoje prawo do milczenia. Po cennym łupie nadal ani śladu.
Co zabrali? Osiem sztuk biżuterii z okresu pierwszego i drugiego cesarstwa. Są wśród nich tiara, naszyjnik i kolczyki z zestawu królowej Marii Amelii i królowej Hortensji, wszystkie zdobione cejlońskimi szafirami; szmaragdowy naszyjnik i para szmaragdowych kolczyków z zestawu cesarzowej Marii Ludwiki; diamentowa broszka w kształcie kokardy oraz perłowo-diamentowa tiara należące do cesarzowej Eugenii; a także jej diamentowa broszka relikwiarzowa.
Jest w tej opowieści wątek polski: po abdykacji Napoleona Maria Ludwika Austriaczka wróciła do ojczyzny, zabierając ze sobą swój szmaragdowy zestaw. Po jej śmierci przeszedł on na spadkobierców z rodu Habsburgów i tak po wielu latach trafił do matki Kazimierza Badeniego, czyli wuja prezesa Fundacji Lanckorońskich hrabiego Piotra Pinińskiego. Luwr nabył je dopiero na początku XXI w.
Kto mógł zlecić kradzież i co się stanie z klejnotami?
Jak podkreśla brytyjska ekspertka Joanna Hardy, środowisko jubilerskie jest w szoku – bo choć turyści na objazdówkach zwykle zaliczają tylko „Mona Lisę”, „Wenus z Milo” i galerię egipską, skradzione klejnoty w oczach ekspertów były co najmniej tak samo ważne. Z emocjonującej wypowiedzi Hardy wywnioskować można, że takiej maestrii i takich kamieni dziś już po prostu nie ma. Nawet antyrojaliści muszą przyznać, że to prawdziwe majstersztyki.
Słowo „bezcenne” pojawia się w co drugim zdaniu, choć już dwa dni po kradzieży prokurator Paryża Laure Beccuau podała do wiadomości publicznej, że szkody szacowane są na osiemdziesiąt osiem milionów euro. Kwota imponująca, choć znikoma w porównaniu ze „szkodą historyczną”. Jak zatem ustala się wartość unikatów?
Zwykle cenę dzieł sztuki wyznacza rynek – w dużym uproszczeniu dzieło sztuki kosztuje tyle, ile ktoś jest skłonny za nie zapłacić. W przypadku artefaktów, które nigdy nie trafią na aukcję, podawane liczby to z reguły wartość ubezpieczeniowa, czyli kwota, którą właściciel otrzyma od ubezpieczyciela w razie straty. Tyle że dzieła z Luwru nie są ubezpieczone – przynajmniej prywatnie. Ubezpiecza je skarb państwa.
O dwóch zatrzymanych mężczyznach na razie wiadomo niewiele. Podobno obaj są po trzydziestce, jeden jest Francuzem, drugi ma podwójne obywatelstwo francuskie i algierskie. Ich DNA było w policyjnej kartotece, bo brali już udział w „skomplikowanych kradzieżach”. Zdaniem ekspertów to zapewne najemnicy działający na zlecenie.
Czyje? Być może bogatego kolekcjonera, który zamknie łup w swoim sejfie. Albo zwykłego mafiosa, który przetopi złoto i srebro, potnie rozpoznawalne kamienie i sprzeda je pojedynczo. Co byłoby, jak zgodnie twierdzą eksperci, „niepowetowaną tragedią” – biżuteria, która przetrwała upadek cesarstwa i dwie wojny światowe, miałaby trafić do skupu kruszców…
Arsène Lupin i inni genialni włamywacze
To scenariusz najbardziej prawdopodobny, choć brawura sprawców i precyzja, z jaką przeprowadzili operację, grając na nosie strażnikom i systemowi Ramzes, sprawia, że zbiorową wyobraźnię rozpalają opowieści o genialnych przestępcach.
Media przywołują innych słynnych złodziei dzieł sztuki – Vincenza Peruggię, który w 1911 r. wyniósł z Luwru „Mona Lisę”, Człowieka Pająka, który ograbił Muzeum Sztuki Nowoczesnej z bezcennych obrazów (dokument „Vjeran Tomic: Spiderman z Paryża” święci właśnie triumfy na Netfliksie), czy dwóch spryciarzy, którzy, korzystając z tego, że wszystkie oczy zwrócone były na ceremonię otwarcia zimowych igrzysk olimpijskich w Lillehammer, przystawili drabinę do fasady muzeum w Oslo i po cichu wynieśli „Krzyk” Muncha.
Sporo mówi się też o innych bezczelnych złodziejach biżuterii. Na przykład o zuchwałych rabusiach, którzy w latach 2021-2023 organizowali napady na luksusowe butiki przy placu Vendôme, czy „o gangu dziadków”, który w 2016 r. okradł Kim Kardashian z wartej kilka milionów dolarów biżuterii (w maju tego roku stanęli przed sądem).
W medialnych opowieściach nie brak rzecz jasna także Arsene’a Lupina, słynnego dżentelmena-włamywacza, który też ukradł cenny naszyjnik noszony rzekomo przez samą Marię Antoninę. Sprytnie wyniósł go z posiadłości zadufanego arystokraty, księcia Dreux-Soubise. Po wielu latach napisał do księcia, informując go, że naszyjnik był jednak fałszywy. Opowiadanie Maurice’a Leblanca „Naszyjnik cesarzowej” to archetyp gatunku: elegancki włamywacz, który dyskretnie okrada rozpuszczonych arystokratów.
Dlaczego romantyzujemy niektórych przestępców
Sprawca jest inteligentny (nie daje się złapać) i ma swój kodeks moralny (jego ofiarami są wyłącznie bogacze, zwykle antypatyczni). W dodatku często kradnie klejnoty i dzieła sztuki. Nie jest więc pospolitym, chciwym złodziejaszkiem łasym na (brudne) pieniądze. Nie, to koneser sztuki, który zna się na wartości klejnotów, a czytelnik praktycznie mu kibicuje. No bo skoro potrafi docenić wartość dzieła i zręcznie je sobie przywłaszczyć, to przecież zasługuje na nie bardziej niż gnuśny arystokrata, który po prostu je odziedziczył.
O fetyszyzowaniu postaci złodziei opowiadała niedawno profesor kryminalistyki Magdalena Grzyb. Jej zdaniem pewne kategorie przestępców są bardzo „romantyzowane”: złodziej, który kradnie artefakty, zwłaszcza wykazując się sprytem i inteligencją, wydaje nam się sympatyczniejszy niż ten, który okrada nas w tramwaju czy wynosi nam z domu telewizor.
Według ekspertki „sublimacja” dzieła sztuki spływa na przestępcę i przydaje mu szlachetności. Pewnie dlatego, myśląc o tego typu sprawcach, zamiast zwykłych zbirów oczyma duszy widzimy przystojnego sir Charlesa Lyttona z „Różowej Pantery” czy bystrego Cumę z „Vinci”.
O tym, że tak właśnie postrzegani są złodzieje napoleońskich klejnotów koronnych, świadczą liczne memy i rysunki satyryczne, które po 19 października zalały internet: „Jeden facet nie odpisuje ci całą dobę. Inny w siedem minut okrada Luwr. Wybierz rozsądnie” – poucza użytkowniczki Tindera anonimowy internauta.

„Goście, którym udało się zaparkować w centrum Paryża, przepiłować okno i wyczyścić plac budowy w siedem minut… Gdybym był przedsiębiorcą, natychmiast zaproponowałbym im etat” – kpi „Le Canard enchaîné”. Tymczasem na Instagramie króluje elegancki kot włamywacz w czarnej masce, który spokojnie ciągnie za sobą worek z biżuterią.
„Upokorzenie dla Francji”: trwa szukanie winnego
Od środy 22 października największe na świecie muzeum znów otworzyło podwoje dla zwiedzających. Pod oknem, przez które weszli rabusie, jest teraz tłoczniej niż przed „Mona Lisą”. Przewodnicy we wszystkich językach świata z podnieceniem opowiadają o „kradzieży stulecia”. Internet kipi od teorii spiskowych (współpraca z wewnątrz? prowokacja?) i prześmiewczych rysunków.
A dyrektor Luwru Laurence des Cars stanęła na dywaniku senackiej komisji do spraw kulturalnych. Jak zwykle w takich sytuacjach równolegle z poszukiwaniem sprawców odbywa się bowiem szukanie winnego. Warkot złodziejskich motorów jeszcze dobrze nie ucichł, a Jordan Bardella, przewodniczący Zjednoczenia Narodowego, już tweetował, że to „upokorzenie” dla Francji.
„Rana na francuskiej duszy” – wtórowała mu Marine Le Pen. Nawet rząd musiał przyznać się do klęski: „Zawiedliśmy” – stwierdził minister sprawiedliwości Gérald Darmanin, „skoro przestępcy byli w stanie podjechać ciężarówką pod muzeum, w ciągu kilku minut wspiąć się do środka i wynieść bezcenną biżuterię, co fatalnie rzutuje na wizerunek Francji”.
Oczywiście natychmiast zaczęły się rozmowy o pieniądzach. Luwr nie dostaje od państwa wystarczającej dotacji – od lat jest taka sama, sto milionów euro, co w obliczu inflacji sprawia, że praktycznie z roku na rok środków jest mniej. Są jeszcze prywatni darczyńcy i wpływy z biletów, ale 320 milionów euro nie wystarczy, żeby zabezpieczyć i odpowiednio wyremontować giganta o powierzchni dwudziestu czterech hektarów.
Już w styczniu Laurence des Cars wystosowała notę do minister kultury Rachidy Dati, w której domaga się pilnych działań ze względu na zły stan infrastruktury. Trybunał Obrachunkowy miał z początkiem listopada opublikować raport – z wstępnych doniesień, ujawnionych po rabunku, wynika, że „stwierdza się znaczne opóźnienia w unowocześnianiu instalacji technicznej”.
„W tym skrzydle Luwru w jednej trzeciej sal nie ma kamer. Tymczasem w dziale z nabiałem każdego supermarketu Franprix są cztery” – tak anonimowy youtuber skomentował wywiad z ekspertem, który opisywał karygodny stan zabezpieczeń największego muzeum świata. Ogromna powierzchnia, brak sprzętu, niedobór personelu, niewystarczający budżet: to wszystko sprawia, że napad na Luwr był tak naprawdę kwestią czasu.
Czy Francja odzyska klejnoty z Luwru?
Emmanuel Macron, który w styczniu ogłosił plan renowacji „Louvre – nouvelle renaissance”, teraz obiecuje, że klejnoty zostaną odzyskane: „Kradzież w Luwrze stanowi naruszenie drogiego nam, bezcennego dziedzictwa. Odzyskamy dzieła, a sprawcy zostaną postawieni przed sądem”.
Miejmy nadzieję, że prezydent się nie myli. Warto jednak przypomnieć, że pejzaż francuskiego malarza realisty Camille’a Corota „Le Chemin de Sèvres. Vue sur Paris”, skradziony z Luwru w maju 1998 r., nadal nie został odzyskany.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















