Sytuacja stała się poważna: 13 stycznia zaniepokojona dyrektorka Luwru Laurence des Cars wystosowała do minister kultury, Rachidy Dati, poufną notę, w której wyszczególnia wszystkie bolączki i domaga się pilnych działań. Dziennik „Le Parisien” zdobył tę korespondencję i 22 stycznia poinformował Francuzów o stanie chorego.
Ośmiusetletni pacjent od ponad 230 lat pełni funkcję muzeum. Na ponad 70 tysiącach metrów kwadratowych, w 400 salach, prezentowane jest 35 tysięcy dzieł sztuki, a dziesięć razy więcej znajduje się w muzealnych rezerwach. Luwr jest największym i najczęściej odwiedzanym muzeum sztuki na świecie oraz pierwszą (w niektórych rankingach drugą, po wieży Eiffla) atrakcją turystyczną Paryża.
I na tym, zdaniem Laurence des Cars, polega problem. Infrastrukturę muzealną przewidziano na 4 miliony turystów rocznie, tymczasem w roku 2024 Luwr odwiedziło ponad 8 mln (a przed pandemią nawet 10). Rezultat: awarie, szkody, dziury, wycieki i ogólnie bardzo kiepski stan budynku. Co przekłada się na fatalne doświadczenie wizyty.
Ton noty jest ostry – stan jest poważny, trzeba działać, bo muzeum popada w ruinę, a „zwiedzanie Luwru to męka fizyczna: dostęp do dzieł jest trudny i czasochłonny. Nie ma miejsc na to, by przysiąść i zrobić sobie przerwę. Oferta gastronomiczna jest niewystarczająca, a toalet za mało. Trzeba też zupełnie zmienić oznakowanie”.
Wie o tym każdy, kto zachęcony przez Tripadvisora, wspaniałą stronę internetową muzeum czy artykuł o ciekawej wystawie, postanowił się tam wybrać. O spontanicznych odwiedzinach i spokojnej kontemplacji „Koronczarki” Vermeera można zapomnieć.
Nawet z biletem zarezerwowanym na konkretną godzinę stoi się w przerażająco długiej kolejce do kontroli bezpieczeństwa. I, jak w państwowej przychodni, nigdy się o wyznaczonej godzinie nie wchodzi. W środku czeka jeszcze kontrola biletów, kolejka do łazienki i do szatni. I już można oddać się zwiedzaniu.

A raczej przedzieraniu się przez tłum. Teoretycznie bowiem rzesza turystów mogłaby rozpłynąć się po 400 salach, w praktyce szeroki strumień płynie jednak w jednym kierunku: na pierwsze piętro skrzydła Denon, czyli do Giocondy, Nike z Samotraki i Wenus z Milo. Według szacunków obsługi 80 proc. turystów gromadzi się na jednej siódmej powierzchni muzeum.
Po co? Jak kąśliwie zauważa w „Le Parisien” Marie-Christine Tabet: celem numer jeden jest zrobienie zdjęcia pod tytułem „Ja i Mona Lisa” oraz bezzwłoczne wrzucenie go na Instagram. Zdaniem wicenaczelnej dziennika Luwr, owszem, zasługuje na inwestycje i remonty, żeby jednak naprawdę poprawić doświadczenie wizyty należy raczej wdrożyć detoks, czyli obowiązek zostawienia telefonu w szatni. Tylko czy bez selfika wizyta w ogóle się liczy?
Tym, co na pewno się liczy, są pieniądze. Choć bilet wstępu do Luwru kosztuje aż 22 euro, co pomnożone przez liczbę zwiedzających (minus zniżki i gratisy) daje astronomiczną kwotę uzupełnioną jeszcze przez dochody ze sprzedaży pamiątek i przekąsek, a także mecenat prywatny, gigant nie jest samowystarczalny. Ministerstwo kultury co roku pompuje w niego kilkadziesiąt milionów euro. Dziura budżetowa dyktowałaby cięcia (w 2024 zmniejszono subwencję o 3 miliony euro), stan budynku wymaga natomiast dodatkowych środków. Sprawa robi się polityczna, zwłaszcza że Luwr jest wizytówką Francji.
Prezydent Republiki, który często przyjmuje głowy państw pod piramidą – to tam zorganizowano między innymi kolację inaugurującą igrzyska olimpijskie – nie może pozostać obojętny na doniesienia pani dyrektor, która zwraca uwagę, że turyści nie mają co jeść, a latem omdlewają z gorąca, bo szklana piramida zamienia się po prostu w szklarnię.
Jaką kurację proponują zatem specjaliści? Poważne remonty, nowe wejście od strony kościoła Saint-Germain-l’Auxerrois i przeniesienie Giocondy do osobnej sali. Wielkie chore ciało wymaga kosztownych operacji. Tylko komu wysłać rachunek?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















