Sukces szczytu klimatycznego COP29 jako pierwsze odtrąbiły w mediach społecznościowych boty powiązane z azerskim rządem, wszelkie zasługi przypisując „silnej woli” prezydenta Ilhama Alijewa, który „odegrał decydującą rolę w osiągnięciu porozumienia”. Sęk w tym, że wtedy salę obrad opuszczali negocjatorzy z państw najbardziej narażonych na skutki zmiany klimatu, uznając, że przedstawiony im do akceptacji dokument końcowy jest jak „splunięcie w twarz”.
Porozumienie udało się osiągnąć dopiero kilkanaście godzin później i do jego opisania najczęściej używano słów „rozczarowanie” i „zdrada”. „Przyjechaliśmy tu w dobrej wierze, mając na uwadze bezpieczeństwo naszych społeczności i dobro świata. Na tej konferencji zobaczyliśmy najgorsze przykłady politycznego oportunizmu, który igra z życiem najbardziej narażonych ludzi na świecie” – oświadczyła po zakończeniu obrad w niedzielę Tina Stege, wysłanniczka Wysp Marshalla.
Wyłaniająca się właśnie strategia ochrony klimatu przypomina naszą krajową politykę dotyczącą bałtyckiego dorsza. Eksperci przez lata ostrzegali: gatunek wymiera, trzeba ograniczyć połowy. Mimo to politycy w imię doraźnych korzyści grzmieli, że będą bronić interesu polskich rybaków i połowów nie zakażą. W efekcie rybacy i tak zostali z niczym, bo populacja dorsza skurczyła się do tego stopnia, że zakaz połowów ostatecznie wprowadzono, i to na większą skalę. A gatunek w naszym regionie Bałtyku i tak zapewne wyginie.
Funduszy dla krajów rozwijających się będzie wielokrotnie mniej niż potrzeba
Opary absurdu zawisły nad COP29 już podczas ceremonii otwarcia, gdy jego gospodarz, prezydent Alijew ogłosił, że paliwa kopalne to „dar od Boga”. Widmo porażki obecne było jednak wcześniej. Nie tylko dlatego, że celem negocjacji miało być dowiedzenie się, kto i ile zapłaci za adaptację do zmiany klimatu w najbiedniejszych regionach świata – w tej kwestii nikt nigdy się nie wyrywa. Do tego ci, którzy zwykle wykładają pieniądze, byli nawet znacznie bardziej powściągliwi niż zwykle – w USA niebawem prezydenturę obejmie Donald Trump, który globalne ocieplenie uważa za „ściemę”. A w Europie w zasadzie wszelkie ekoprojekty są w centrum politycznych awantur, głównie z powodu ich rzekomo za wysokich kosztów.
Atmosferę w Baku chyba najlepiej oddają słowa premiera Albanii Ediego Ramy (jednego z niewielu przywódców, którzy tam pojechali). Gdy wyszedł na mównicę, odłożył zawczasu przygotowane przemówienie i zapytał pozostałych uczestników obrad: „Co, do diabła, robimy na tych wszystkich spotkaniach, jeśli na horyzoncie nie widać zbiorowej woli politycznej, by wyjść poza słowa i zjednoczyć się w celu podjęcia znaczących działań?”.
Sprawą funduszy trzeba się było jednak zająć. 15 lat temu kraje zamożne obiecały wypłacać co roku 100 mld dolarów państwom rozwijającym się. Choć wypłaty rozpoczęły się w 2000 r., obietnicę udało się w pełni zrealizować tylko raz, dwa lata temu. Tymczasem zobowiązanie z 2009 r. właśnie wygasa i w Baku miało być wynegocjowane nowe. Do Azerbejdżanu delegacje państw rozwijających się przyjechały więc z konkretami. Z ich wyliczeń i z analiz najróżniejszych ośrodków naukowych wynikało, że na stole – jeśli cele mają być osiągnięte – powinno się znaleźć co najmniej 1,3 bln dolarów rocznie. Gdy pod koniec drugiego tygodnia obrad nieoficjalnie podano, że najbogatsi zrzucą się co najwyżej na 200 mld dolarów, wysłannik Boliwii, usłyszawszy tę kwotę od dziennikarzy, wypalił: „To żart?”.
I to była jedna z delikatniejszych wypowiedzi, jakie można było usłyszeć w kuluarach.
Rzecz nie tylko w tym, że po uwzględnieniu inflacji pieniędzy w zasadzie byłoby niewiele więcej, niż uzgodniono 15 lat temu w Kopenhadze, podczas gdy mnożą się wyzwania związane z coraz szybciej ocieplającym się klimatem. „Przede wszystkim chodzi o to, że jeśli nie będzie dość funduszy na mitygację [działania ograniczające emisje gazów cieplarnianych – red.], wszystko inne się zawali” – przekonywał Eamon Ryan, irlandzki minister środowiska.
W niedzielnym komunikacie po zakończeniu szczytu azerska prezydencja trąbiła o 1,3 bln dolarów, które mają trafić do krajów rozwijających się, ale zaledwie 300 mld z tej kwoty to granty i niskooprocentowane pożyczki od krajów rozwiniętych. Resztę mają stanowić m.in. prywatne inwestycje czy normalnie oprocentowane bankowe kredyty, których źródeł w zasadzie nie wskazano. Do tego pieniądze nie będą przekazywane od razu – w dokument końcowy wpisano, że to cel do 2035 r.
„Kraje rozwijające się zmuszono do przyjęcia umowy, która nie tylko nie daje im nowych funduszy, ale może zwiększyć ich zadłużenie” – mówił dziennikowi „The Guardian” Claudio Angelo z brazylijskiej organizacji Observatório do Clima.

Dlaczego Chiny nie mają obowiązku zmniejszania emisji CO2
Problemem było nie tylko ustalenie kwoty, ale też to, kto ma wyłożyć pieniądze. Pierwsza międzynarodowa konwencja dotycząca klimatu, zawarta podczas Szczytu dla Ziemi w Rio w 1992 r., podzieliła państwa na trzy grupy: kraje rozwinięte, państwa będące w okresie transformacji gospodarczej oraz kraje rozwijające się, w tym najuboższe. Najbogatsi, których emisje historycznie były wówczas najwyższe, mieli pomagać tym z ostatniej grupy. Tyle że wówczas np. Chiny (dziś emitujące więcej gazów cieplarnianych niż Europa i USA razem wzięte) czy kraje Zatoki Perskiej (rekordziści emisji w przeliczeniu na mieszkańca) zakwalifikowano do państw „rozwijających się”, więc formalnie nie mają obowiązku cięcia emisji i należy im się pomoc. „To oczywiste, że te kategorie są przestarzałe, ale renegocjacje tamtych zapisów byłyby dziś otwieraniem puszki Pandory” – mówiła w BBC Susana Muhamad, minister środowiska Kolumbii.
Rząd w Pekinie odpowiada, że choć nie zamierza włączać się do międzynarodowej „zrzutki”, to i tak pomaga – od 2016 r. przekazał na walkę ze zmianami klimatycznymi w krajach rozwijających się 24,5 mld dolarów i inwestuje tam co najmniej 3 mld rocznie w odnawialne źródła energii. Jednocześnie tempo transformacji w samych Chinach jest imponujące. W 2023 r. w czystą energię zainwestowano 273 mld dolarów (na drugim miejscu była UE, która wydała połowę tej kwoty).
– Do myślenia powinno też dawać, że w zeszłym roku zainstalowano w Chinach więcej paneli słonecznych niż USA w całej ich historii – mówi „Tygodnikowi” dr Neil Grant z berlińskiego instytutu Climate Analytics.
Jednocześnie Pekin w sprawie dekarbonizacji przyjmuje wyjątkowo skromne cele, ale zwykle dochodzi do nich przed wyznaczonym terminem. Tak było m.in. z zapowiedzią budowy 1200 GW odnawialnych źródeł energii do 2030 r. Plan wykonano w tym roku. Zgodnie z zapowiedziami szczyt emisji gazów cieplarnianych kraj ten miał osiągnąć około 2030 r. Z niezależnych analiz wynika, że mogło się tak stać już w 2024 r. (od początku tego roku chińskie emisje spadły o 1 proc.).
Strategia Zatoki Perskiej jest całkiem inna. Np. Arabia Saudyjska podczas praktycznie każdego międzynarodowego szczytu zabiega, by nie wpisywać w ustalenia końcowe „odchodzenia od paliw kopalnych”. Podczas COP29 wysłannicy Riadu spowalniali lub blokowali obrady, stosując proceduralne wybiegi, i wprowadzali poprawki nieakceptowalne dla innych uczestników szczytu. Ostatniego dnia obrad wybuchł skandal, bo wyszło na jaw, że przedstawiciel saudyjskiego ministerstwa ds. energii Basel Alsubaity bez wiedzy innych uczestników zmodyfikował dwa zapisy umowy końcowej. Dostęp do pliku zapewne otrzymał od kogoś z gospodarzy szczytu.
„Patroszenie polityki klimatycznej” może zaszkodzić Trumpowi
Czy zbliżająca się prezydentura Donalda Trumpa przyczyniła się do fiaska COP29?
– Nikt, kogo martwi stan klimatu, nie powinien mówić, że objęcie przez władzy przez Trumpa to dobra wiadomość – mówi dr Neil Grant, przypominając, że przyszły gospodarz Białego Domu podczas kampanii wyborczej wielokrotnie obiecywał, że „wypatroszy politykę klimatyczną”.
Trump zapowiedział już wycofanie USA z Porozumienia Paryskiego podpisanego w 2015 r. (państwa zobowiązały się w nim do próby ograniczenia globalnego ocieplenia do 2 st. C, a najlepiej 1,5 st. C w stosunku do ery przedprzemysłowej). Jeśli nowy amerykański prezydent rzeczywiście to zrobi, przegranymi będą kraje najbiedniejsze – odbije się to w funduszach na pomoc dla nich. Waszyngton może też próbować wycofać się z konwencji zawartej w Rio w 1992 r. „To jest jednak politycznie znacznie trudniejsze, a prawnicy specjalizujący się w kwestiach ochrony klimatu twierdzą, że mogłoby nawet okazać się niemożliwe lub skutkować sporem sądowym” – komentował dla tureckiej agencji Anadolu prof. Richard Klein ze Stockholm Environment Institute.
– Byłyby to działania przede wszystkim autodestrukcyjne, bo podważyłyby wiarygodność Waszyngtonu na arenie międzynarodowej. Co więcej, reszta państw zapewne nie pójdzie śladem Ameryki. Nie spodziewam się efektu domina – mówi „Tygodnikowi” dr Katherine Browne, badaczka Stockholm Environment Institute, która uczestniczyła w szczycie w Baku.
„Patroszenie polityki klimatycznej” na scenie krajowej może być równie wątłe. Trump może wprawdzie przekazać tereny federalne pod wydobycie ropy i gazu, zgodnie z jego wyborczym sloganem „Drill, baby, drill” (dzięki czemu, jak zapowiadał, koszty energii „w ciągu roku spadną o połowę”). Może też m.in. wycofać wprowadzone przez administrację Bidena normy środowiskowe dla elektrowni, które nazywał „regulacyjnym dżihadem”. Wreszcie, teoretycznie, może próbować wycofać wprowadzoną przez poprzednią administrację ustawę o redukcji inflacji – największy w historii USA pakiet klimatyczny służący cięciu emisji. To potężna kombinacja zachęt podatkowych, dotacji i gwarancji kredytowych dla firm i indywidualnych konsumentów.
– Chociaż przyszły prezydent już zapowiedział, że spróbuje ograniczyć te przepisy, będzie to trudniejsze niż sądzi, choćby dlatego, że około 80 proc. korzyści z tej ustawy czerpią stany, które głosują na Republikanów – mówi „Tygodnikowi” prof. Patrick Kinney z wydziału zdrowia publicznego Uniwersytetu w Bostonie.
Na drodze do wycofania się z ustawy mogą stanąć także najbliżsi sojusznicy prezydenta, którzy już teraz są jej beneficjentami. To m.in. zięć Trumpa Jared Kushner, który wyłożył 200 mln dolarów na firmę inwestującą w energię słoneczną, czy Elon Musk, którego Tesla korzysta z ogromnych ulg podatkowych.
– To się po prostu amerykańskiej gospodarce opłaca, a próba odwrócenia tego kursu byłaby jak próba zawrócenia lotniskowca. Oczywiście, da się to zrobić, ale zajmie to bardzo dużo czasu – dodaje dr Browne.

Europa chce rozwijać zielone technologie, ale rozwadnia regulacje
W tyle, zarówno za Chinami, jak i Stanami, jest Unia Europejska. Choć gdy przedstawiano założenia Zielonego Ładu, którego celem jest doprowadzenie wspólnoty do neutralności węglowej do 2050 r., wydawała się prymuską i wzorem do naśladowania. Po pięciu latach można odnieść wrażenie, że ambitny zestaw reform pruje się w szwach, bo kolejne kraje domagają się jego rewizji.
Najbardziej widoczne było to podczas protestów rolników na początku roku, gdy Komisja Europejska wycofała się pod presją z niektórych planów, m.in. przepisów ograniczających stosowanie pestycydów (ich produkcja wiążę się z poważnymi emisjami gazów cieplarnianych) czy wymogów środowiskowych Wspólnej Polityki Rolnej. Teraz – jak mówiła ostatnio dziennikowi „Le Monde” europosłanka Zielonych Marie Toussaint, „wyzwaniem jest utrzymanie tego, co już zostało osiągnięte”.
– Najpierw z powodu pandemii, a później wojny w Ukrainie, przygotowaniu i wdrażaniu Zielonego Ładu nie poświęcono dość uwagi. Jednocześnie Komisja Europejska nie miała dobrego planu, jak te wszystkie zmiany zakomunikować obywatelom. A gdy to wszystko się na siebie ponakładało, program stał się dyżurnym chłopcem do bicia, bo politycy próbują na tym ugrać swoje – mówi „Tygodnikowi” dr Andrzej Kassenberg, pionier badań i popularyzacji w Polsce ochrony środowiska, współzałożyciel Instytutu na rzecz Ekorozwoju i ekspert Koalicji Klimatycznej.
Z jednej strony – jak zauważył w najnowszym raporcie think tank Strategic Perspectives, „Unia była drugą najbardziej atrakcyjną lokalizacją dla inwestorów proklimatycznych w 2023 r. po Chinach, ale przed Stanami Zjednoczonymi”. Ale z drugiej, „pozycja ta jest coraz mocniej zagrożona”. To samo w swoim niedawnym raporcie podkreślał Mario Draghi, były szef Europejskiego Banku Centralnego, który uważa, że jeśli Unia ma stać się konkurencyjna, jednym z filarów jej gospodarki musi być dekarbonizacja. Bruksela nie może jednak wprowadzić takich rozwiązań jak Waszyngton czy Pekin. UE nie ma centralnie sterowanej gospodarki jak Chiny ani nie może też zagwarantować np. jednolitych ulg podatkowych jak Amerykanie, bo to leży w gestii państw członkowskich.
– Europa ma świadomość, że musi być bardziej konkurencyjna. Właśnie z tego powodu powstaje Przemysłowy Zielony Ład, który w wielu aspektach ma uzupełnić Zielony Ład i wspólne działanie jest tu kluczowe – mówi Anna Sands, kierowniczka zespołu ds. polityki środowiskowej WWF Polska. – Ze wspólnym działaniem jest jednak problem, bo dochodzi do czegoś w rodzaju rozdwojenia jaźni: z jednej strony mowa o rozwijaniu zielonych technologii, a z drugiej rośnie presja ze strony państw członkowskich, by rozwadniać wszelkie regulacje.
I Polska właśnie w tym ostatnim obszarze, rozwadniania unijnych planów – w przeciwieństwie do realnych działań na rzecz ochrony klimatu – wyrasta na czempiona.
Koszt wydobycia tony polskiego węgla wynosi 800 zł, sprzedajemy ją za 500 zł
Dobrym przykładem tego, jak na arenie unijnej działa Warszawa, jest wałkowana właśnie sprawa systemu handlu uprawnieniami do emisji – ETS2. Program, będący częścią Zielonego Ładu, od 2027 r. ma objąć sektor transportu i budownictwa. Premier Donald Tusk już zasugerował, że będzie chciał go renegocjować, gdy w styczniu Polska obejmie przewodnictwo w Radzie UE. „Nie dość, że Europa ma energię średnio dwa i pół raza droższą niż USA, to my jesteśmy niestety w czołówce cen energii” – stwierdził Tusk, podkreślając, że te ceny bezpośrednio zagrażają konkurencyjności naszej gospodarki.
Ta sprawa jak w soczewce skupia problemy polskiej polityki ochrony klimatu, więc warto jej się przyjrzeć bliżej. Celem Systemu Handlu Emisjami UE jest podniesienie kosztów „brudnych” branż, by wymusić na nich inwestycje w nowe, czystsze rozwiązania. W największym skrócie: jeśli ich nie wdrażają, muszą płacić za uprawnienia do emisji, a pieniądze trafiają z powrotem do kraju-emitenta i powinny być inwestowane w transformację energetyczną. Czy u nas tak się dzieje? W październiku NIK opublikował raport, według którego w latach 2013-2023 „dochody ze sprzedaży uprawnień wyniosły blisko 94 mld zł, z czego jedynie niecałe 1,3 proc. przekazano bezpośrednio na cele związane z redukcją emisji lub zarządzaniem tymi emisjami”. Co stało się z pozostałymi pieniędzmi? Z raportu NIK: „System gospodarowania środkami ze sprzedaży uprawnień EU ETS w Polsce został zorganizowany w sposób uniemożliwiający jednoznaczne ustalenie faktycznego wykorzystania dochodów (...) w przypadku niemal 90 proc. uzyskanych środków”. Wynikało to z faktu, że pieniądze trafiały do wspólnej kasy państwa, a później nikt właściwie nie kontrolował, czy rzeczywiście wydawane są zgodnie z przeznaczeniem.
Te fundusze mogłyby iść np. na odchodzenie od węgla. Kolejne rządy wolały jednak nie ryzykować zwarcia z górniczym lobby. – I to pomimo że cały ten sektor z ekonomicznego punktu widzenia jest kulą u nogi rozwoju sektora energetycznego. Tyle że Górny Śląsk i Lubelszczyzna to regiony, w których się wygrywa wybory – mówi dr Łukasz Tolak, adiunkt w Instytucie Stosunków Międzynarodowych Rozwoju Collegium Civitas. Efekt jest taki, że w ciągu ostatnich 35 lat polski podatnik dopłacił do naszego „czarnego złota” znacznie ponad 200 mld zł.
– Tylko w tym roku to było 7 mld zł, czyli 19 mln dziennie. W przyszłym roku będzie to 9 mld, 24 mln dziennie – mówi nam Jakub Wiech, redaktor naczelny portalu Energetyka24. W znakomitej większości to wydatki wyłącznie na utrzymanie etatów w sektorze węglowym. – I, co należy podkreślić, ponosimy te wydatki, by ten sektor w ogóle istniał, bo na palcach jednej ręki można policzyć rentowne kopalnie. Czemu? Bo średni koszt wydobycia jednej tony węgla to u nas około 800 zł, a sprzedajemy ją za 500 zł – dodaje Wiech.
Przeciętnemu Kowalskiemu, nawet jeśli mu nie po drodze z ekologią, ale liczy własne pieniądze, humoru nie poprawi fakt, że Polska jeszcze długo przy węglu planuje zostać. Przytłaczająca większość UE zrezygnuje z niego do 2033 r., my – przynajmniej w teorii – z węglem zostaniemy nawet po 2040 r.
Koszty zaniechań w ochronie klimatu: tegoroczna powódź na Dolnym Śląsku spowodowała straty rzędu co najmniej 3,5 mld zł
Pocieszeniem może być to, że choć rządowe plany dotyczące „obrony” polskich górników (jak rybaków, hutników czy włókniarek) pozostają niezmienne, zmienia się rynek. – Do zmian już doszło dzięki fotowoltaice czy wiatrakom, i dzięki temu odchodzimy od węgla. 10 lat temu jego udział w miksie energetycznym wynosił około 80 proc., teraz to powyżej 50 proc. – mówi dr Tolak.
Problem w tym, że nie dzieje się to zgodnie z zaplanowanymi rządowymi strategiami, ale w sytuacji ich braku. Inwestycje w energetykę odnawialną są najczęściej dokonywane przez indywidualnych odbiorców, bo rosną im ceny za prąd. A rosną, bo prąd jest z elektrowni węglowych. To nie jest jednak prawdziwa transformacja i nie będzie jej bez udziału rządzących
– A oni od lat, zamiast rzeczywiście zajmować się polityką, wolą doraźne politykierowanie. Przykładem może tu być ustawa wiatrakowa, której mimo lat awantur, wciąż nie udało się przyjąć – mówi Mirosław Proppé, prezes WWF Polska.
Teoretycznie „rozwodnienie” ETS2 ma sens, bo system będzie obejmował m.in. kwestie związane z efektywnością energetyczną budynków mieszkalnych. – To regulacja, którą wszyscy odczujemy w portfelach, bo Polska ma w tym obszarze sięgające dziesięcioleci zapóźnienia. By je nadgonić, potrzebny jest rozległy, kosztowny i przede wszystkim efektywny program termomodernizacji – wyjaśnia dr Łukasz Tolak. Z drugiej strony, wysokie koszty przełożą się na późniejsze wydatki. – Jeżeli jesteśmy w stanie zmniejszyć zapotrzebowanie na energię do ogrzewania o kilkadziesiąt procent u odbiorców końcowych, to są to niebagatelne oszczędności na ich rachunkach, ale też na tym, ile emitujemy gazów cieplarnianych, za które docelowo też trzeba płacić.
Dr Kassenberg wskazuje na jeszcze jeden koszt zaniechań, którego przy swoich kalkulacjach politycy nie biorą pod uwagę. – Badacze z Uniwersytetu Stanforda wyliczyli, że społeczne koszty emisji gazów cieplarnianych w postaci m.in. utraty zdrowia czy zmniejszenia plonów to 220 dol. za każdą wyemitowaną tonę CO2. W Polsce mamy obecnie emisję rzędu 380 mln ton, co daje sumę 335 mld zł rocznie. Wynik mnożenia jasno wskazuje, ile już teraz na tym tracimy. A dodać do tego trzeba jeszcze to, ile dopłacamy z racji gwałtownych zjawisk pogodowych, takich jak tegoroczna powódź na Dolnym Śląsku, która spowodowała straty rzędu co najmniej 3,5 mld zł.
Przez smog przedwcześnie umiera rocznie 50 do 90 tys. ludzi. Czy to jest odpowiedni koszt wolności dla polityków?
Pewnie nadużyciem byłoby twierdzenie, iż Polska w kwestii unijnej polityki klimatycznej zachowuje się jak petropaństwa w sprawie postanowień COP. Takie analogie mogą się jednak nasuwać na widok tego, jak Warszawa działała m.in. w sprawie odbudowy zasobów przyrodniczych (nasz kraj zagłosował przeciw temu prawu i pomimo rekomendacji własnego Ministerstwa Środowiska), czy dyrektywy zakazującej wprowadzania na unijny rynek towarów przyczyniających się do wylesiania. Zanim KE sama zaproponowała odroczenie tej dyrektywy, nasi politycy wyjątkowo chętnie powtarzali, że to cios w konkurencyjność polskiej gospodarki. I – jak z dorszem – strzelali w kolano tym, których, jak twierdzą, chcą bronić.
– Sprowadzanie do nas taniego drewna jest nie tylko sprzeczne z naszymi globalnymi interesami w sensie stabilizacji klimatu, bo niszczy lasy deszczowe i inne obszary najcenniejsze z punktu widzenia zasobności przyrody i efektów klimatycznych. To jednak również działanie przeciwko naszej rodzimej gospodarce leśnej – mówi Mirosław Proppé. Jego zdaniem naszych polityków „charakteryzuje nie tylko brak wiedzy, ale też wyjątkowa niechęć do niej”. Efekt jest taki, że gdy Bruksela coś proponuje, Warszawa wysłuchuje tych planów i nie ma w ich sprawie nic do powiedzenia. Gdy jednak zaczyna się ich realizacja, a plany mają być wprowadzane w życie, zaczynają się protesty – dodaje prezes WWF Polska.
Dr Kassenberg: – A na koniec przed kamerami staje np. taki pan Krzysztof Bosak z Konfederacji i mówi, że polityka klimatyczna Unii nie może ograniczać swobód obywatelskich Polaków. Tylko że nie można realizować swojej wolności kosztem innych, a wolność to również odpowiedzialność. Przez zanieczyszczenia powietrza (smog) przedwcześnie umiera rocznie 50 do 90 tys. ludzi. To tak, jakby w ciągu roku zniknęła ludność Wejherowa czy Jaworzna. Czy to jest odpowiedni koszt wolności dla polityków?
Rok 2024 znów pobije rekordy ciepła. Co to oznacza?
Krajobraz po COP29 nie wygląda optymistycznie. Do lutego wszystkie państwa mają przedstawić w ONZ swoje plany na kolejną dekadę, gdy chodzi o cięcia emisji gazów cieplarnianych. Świat, w tym także Polska, uważnie liczy więc, ile to będzie kosztować. A biorąc pod uwagę gospodarczy wyścig między USA, Chinami i Europą, plany mogą nie być zbyt ambitne. W tej debacie o rentowności i pieniądzach ginie jednak to, co w niej najważniejsze, czyli – po co w ogóle to robimy.
Z danych Światowej Organizacji Meteorologicznej wynika, że ten rok znów pobije rekordy ciepła. Podobnie jak cała mijająca dekada, która ma być najgorętszą w historii pomiarów. Jednocześnie emisje gazów cieplarnianych wpompowywanych przez ludzkość, zamiast spadać, ciągle rosną. Możemy już zapomnieć o granicy ocieplenia 1,5 st. C, która umożliwiłaby uniknięcie katastrofalnych zjawisk pogodowych, czy 2 stopni, którą świat raczej osiągnie nie u końca wieku, lecz już w 2030 r. Zresztą, wedle ostrożnych szacunków ekspertów ONZ, jesteśmy na ścieżce, w której wartość globalnego ocieplenia może przekroczyć 3 stopnie. A to oznacza ekstremalne zjawiska pogodowe, które mogą po prostu zagrażać naszemu życiu.
Jeśli nie uratujemy klimatu, gospodarki ratować nie będzie po co.
WYSOKA EMISJA
Emisje CO2 za 2023 r.
Świat: 37,79 mld ton
Chiny: 11,9 mld ton (31,5 proc. globalnych emisji)
USA: 4,91 mld ton (13 proc.)
Unia Europejska: 2,51 mld ton (6,4 proc.)
Arabia Saudyjska: 0,73 mld ton (1,95 proc.)
Polska: 0,29 mld ton (0,8 proc.)
Emisje CO2 w przeliczeniu na mieszkańca (za 2023 r.)
Arabia Saudyjska: 22,13 ton
USA: 14,30 ton
Chiny: 8,37 ton
Polska: 7,46 ton
Unia Europejska (średnia): 4,72 ton
Świat (średnia): 4,7 ton
Źródło: Global Carbon Budget
Prognozowany wzrost temperatury
(jeśli emisje utrzymają się na obecnym poziomie)
do 2030 r. 1,5 st. C
do 2050 r. 2 st. C
do 2100 r. 2,6-3,1 st. C
źródło: 2024 UN Emissions Gap Report
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















