Mundial Trumpa. Jak oglądać piłkę bez poczucia winy

Każdy ma swoje problemy. Jeśli obejrzenie meczu może pomóc zapomnieć o nich choć na chwilę, wszystko w porządku. Zwłaszcza że futbol to też fenomen kulturowy – mówi Jonathan Wilson, historyk futbolu.
Czyta się kilka minut
Reprezentant Curacao Tahith Chong w wyjazdowej koszulce swojej drużyny - jednej z najbardziej poszukiwanych przez kibiców tegorocznego mundialu, podczas meczu towarzyskiego ze Szkocją. Glasgow, 30 maja 2026 r. // Fot. Colin Poultney / imago sport / Forum
Reprezentant Curacao Tahith Chong w wyjazdowej koszulce swojej drużyny - jednej z najbardziej poszukiwanych przez kibiców tegorocznego mundialu, podczas meczu towarzyskiego ze Szkocją. Glasgow, 30 maja 2026 r. // Fot. Colin Poultney / imago sport / Forum

Jakub Krupa: Jestem kibicem, w sezonie klubowym nie odpuszczam żadnego meczu, ale w ogóle nie czuję ekscytacji mistrzostwami świata. I chyba nie jestem w tym sam.

Jonathan Wilson: Tymi konkretnymi? Czy w ogóle mistrzostwami?

Tymi chyba szczególnie.

Ja wciąż uważam, że mundial to najlepsza rzecz na świecie. Ale przyznam, że akurat tegoroczny to pierwszy, do którego podchodzę z obawami. Kiedy szedłem na rozmowę wizową, jakaś część mojego mózgu mówiła: „Trudno, pewnie odrzucą mój wniosek, zdarza się. Pojadę do Meksyku i wrócę”. Ale proces był świetny. Niezależnie od tego, jakie problemy trawią Stany Zjednoczone, ludzie z ambasady w Londynie nie są jednym z nich.

Musisz wiedzieć, że takie mistrzostwa są dla dziennikarza wykańczające. Mam za sobą 26 turniejów międzynarodowych: nauczyłem się w ich trakcie, że trzeba narzucić sobie pewien rygor. Regularnie ćwiczyć, coś przy okazji zwiedzić, nie pić codziennie, jeść w miarę zdrowo. Ale to będzie najdłuższy mundial w historii. Mistrzostwa Europy czy Puchar Narodów Afryki trwają niecały miesiąc. Można dać radę. Pięć tygodni to już ciężka sprawa; sześć – brzmi brutalnie.

To efekt rozszerzenia formatu do 48 drużyn.

Poprzedni format, z 32 drużynami, był idealny. Był jakiś element ryzyka i w eliminacjach, i w fazie grupowej, a w fazie pucharowej zostawało tylko 16 reprezentacji. Teraz faza grupowa może się okropnie ciągnąć, a faza pucharowa z udziałem 32 drużyn oznacza wielkie ryzyko bez marginesu błędu. 

Jeszcze cztery lata temu w pierwszym meczu późniejszy mistrz, Argentyna, przegrała w grupie z Arabią Saudyjską – ale miała czas się poprawić. To samo Hiszpania ze Szwajcarią w 2010 r. Jeśli to się wydarzy w nowym modelu – odpadną. 

Ryzyko jest więc takie: najpierw będzie nuda, później nagle rzeźnia i nudna końcówka, w której zostaną jeden czy dwaj mocni faworyci. Będziemy musieli obejrzeć aż 72 mecze grupowe, żeby zawęzić grono z 48 do 32 zespołów.

Pierwsze trzy tygodnie będą się więc po prostu wlec. To strasznie dużo czasu, żeby pozbyć się z turnieju Curaçao i Haiti.

Dla mnie takie drużyny jak ci romantyczni debiutanci – Curaçao, Jordania, Uzbekistan, Wyspy Zielonego Przylądka – to jeden z nielicznych powodów, dla których potrafię się choć trochę ekscytować.

W poprzednim formacie też miałeś ich kilku. Musisz mieć aż kilkunastu?

Wiesz, o co mi chodzi: atmosfera wokół mundiali w Rosji czy w Katarze była zniechęcająca jeszcze zanim się zaczęły. Z jednej strony polityka, z drugiej strony bombastyczne zapowiedzi, że to będzie najlepszy, największy, najwspanialszy turniej, i jeszcze rozbuchana, wszechobecna komercja. Ale może to lustro dla naszego szalonego świata.

A pomyśl, że turniej w USA to miał być powrót do „normalnych” mistrzostw – po Katarze, Rosji, a nawet Brazylii w 2014 r. Tam też było sporo niezadowolenia z powodu wydawania pieniędzy, które powinny, zdaniem krytyków, trafić do szpitali czy szkół. W pewnym sensie podobnie było w RPA w 2010 r., kiedy podnoszono obawy dotyczące przestępczości albo tego, że mieszkańcy kraju inwestowali środki, których nie mieli, w coś, czego tak naprawdę nie potrzebowali.

Ale tutaj miało być inaczej: Meksyk już dwa razy był gospodarzem, Stany regularnie goszczą duże imprezy, a Kanada… Wiadomo: Kanada to Kanada, wszystko będzie w porządku.

To postać Trumpa sprawiła, że nic nie jest w porządku?

Nigdy wcześniej nie mieliśmy gospodarza mistrzostw, który na dwa tygodnie przed pierwszym gwizdkiem bombarduje jednego z uczestników. Jeśli USA i Iran skończą na drugich miejscach w swojej grupie – bardzo chcę, żeby tak się stało – mogą spotkać się w fazie pucharowej.

Dobrze, że Dania odpadła w eliminacjach, biorąc pod uwagę plany Trumpa dotyczące Grenlandii. Albo Wenezuela i Kuba.

To nie jest normalne.

Nigdy – w żadnych z 22 mistrzostw świata – nie mieliśmy gospodarza, którego rząd byłby tak otwarcie wrogi. Podejście zawsze było takie, żeby pokazać się innym: „Zobaczcie, jak u nas jest wspaniale, i powiedzcie światu, jacy jesteśmy cudowni”. 

W latach 30. XX w. Urugwaj i Włochy wręcz subsydiowały przyjazd drużyn na mistrzostwa. Nawet w 2018 r. bilet na mecz automatycznie dawał kibicom wizę na wjazd do Rosji. Tymczasem Stany nie zrobiły żadnych ustępstw. Cztery kraje – Haiti, Iran, Senegal, Wybrzeże Kości Słoniowej – są na czarnej liście wizowej. Piłkarzy i sztabów trenerskich ograniczenia nie dotyczą, ale już np. działaczy? Spodziewam się kłopotów.

Są też miękkie zakazy. Jeśli jesteś kibicem Ekwadoru – a to jest pewnie najlepszy zespół Ekwadoru w historii – i chcesz go zobaczyć na mundialu, to nawet jeśli złożyłeś wniosek o wizę w dniu, kiedy zakwalifikował się na turniej, jeszcze nie dostałeś się do urzędnika konsularnego. Trump zapowiadał przyspieszenie procedur, ale nie wygląda na to, by dotrzymał słowa.

Twórca idei mistrzostw świata Jules Rimet wierzył, że sport może zjednoczyć świat, i mówił w 1930 r. o turnieju jako okazji do wzmocnienia braterskich więzi między narodami. Tymczasem wiele krajów jest z niego efektywnie wykluczonych – i to nie ze względów sportowych.

A przecież nie o to w tym wszystkim chodzi.

Jedną ze wspaniałych rzeczy w mundialu jest to, że widzisz, jak kibice z całego świata mieszają się w najdziwniejszych miejscach. Pamiętam ulicę Nikołajską w Moskwie, która w 2018 r. wyglądała tak, jakby 32 kraje wysłały swoje delegacje, żeby wspólnie napić się piwa. Albo knajpę z pielmieniami w Niżnym Nowogrodzie, zawaloną kibicami z Peru, które nawet nie grało tam swoich meczów. Ciężko będzie o podobne sceny w USA.

To dość niepokojące, jeśli porównujemy mistrzostwa w Stanach z mistrzostwami w Rosji i myślimy: „O, tam to było dobrze”.

Nawet pomysły dynamicznego ustawiania cen biletów na tegoroczny mundial – jak w przypadku połączeń lotniczych – pokazują problem. Teoretycznie ma to sens rynkowy, że ustawiasz wysoką cenę, spodziewając się wysokiego popytu, ale w praktyce dyskryminuje to przybyszów.

Jak mieszkasz w, powiedzmy, Bostonie, to możesz poczekać z zakupem biletu do dnia przed turniejem, licząc, że wobec braku zainteresowania jakimś meczem ceny spadną do 10 dolarów. Ale nie zrobisz tego, jeśli jesteś kibicem z Uzbekistanu czy Kongo, bo musisz zaplanować całą podróż. Znowu: cały proces wygląda, jakby był zaprojektowany w celu wykluczenia obcokrajowców.

Bo to turniej dla jednej osoby: Donalda Trumpa.

I to też jest wyjątkowe. Nawet w przypadku Mussoliniego i mistrzostw w 1934 r. nie chodziło o promowanie Duce jako osoby, tylko faszyzmu i jego wizji Włoch. Nie mam zresztą poczucia, żeby Trump chciał promować jakąś konkretną wizję Stanów Zjednoczonych, bardziej chce być po prostu cesarzem w Koloseum.

Gdyby siedział z nami, pewnie powiedziałby, że to wyrażenie jego wizji „po pierwsze Ameryka”, w której chodzi o sukces komercyjny i zarobienie pieniędzy.

Tylko co się stanie, jeśli Trump pójdzie na pierwszy mecz USA w Los Angeles i zostanie wybuczany? Jeśli spojrzysz na miasta-gospodarzy, bodaj osiem ma burmistrzów Demokratów, a trzy – niezależnych. Nie ma ani jednego Republikanina.

Kiedy Trump poszedł w listopadzie na mecz NFL w Waszyngtonie i został wybuczany, to później już nie wybrał się na Super Bowl. Co zrobi, jeśli na tych mistrzostwach spotka się z podobnym przyjęciem? 

W najlepszym wypadku uzna, że w takim razie to on ma ten turniej gdzieś. Ale może, będąc małostkowym i mściwym facetem, zrobi coś na niekorzyść turnieju? W najgorszym scenariuszu może aktywnie próbować szkodzić mundialowi, jeśli nagle uzna, że mu nie służy.

Sam widzisz, że trudno o tę dawną magię. Kiedy wspominam turnieje z lat 90., głównie pamiętam szczerą ekscytację, zbieranie naklejek i kart, wypełnianie drabinek turniejowych w zeszycie, odtwarzanie bramek na podwórku. Starzeję się, czy naprawdę coś się zmieniło?

Nie wiem. W przypadku kibica trudno kompletnie odłożyć opowieść o swoim dorastaniu na bok. Zastanawiam się, co jako dwudziestolatek myślałbym o mundialu w USA.

Angażowałbyś się jakoś i protestował? Czy po prostu poszedłbyś do pubu na kolejny mecz?

Nie protestowałbym; na pewno bym oglądał. Ale może przewagą turniejów z lat 80. i 90. było to, że niewiele o nich wiedzieliśmy.

Mówiłem kilka dni temu w BBC o mundialu w Meksyku z 1986 r. Z racji wieku pamiętam z niego dwie rzeczy: pierwsze prostokątne siatki na bramkach i prawego obrońcę Brazylii Josimara, który strzelił dwa piękne gole. 

Przez całe lato, jak ktoś na podwórku huknął z dystansu, to wszyscy krzyczeli „Josimaaar!”. A przecież nie mieliśmy pojęcia, kto to jest. W reprezentacji zagrał tylko 15 meczów, nigdy nie był specjalnie dobry, a nagle mówił o nim cały świat po golach z Irlandią Północną i – no właśnie – z wami, z Polską.

Na mundialach powstają legendy?

Kiedyś na pewno powstawały.

A dzisiaj?

Dzisiaj na długie tygodnie przed turniejem czytamy w najdrobniejszych szczegółach o dylematach brazylijskiego selekcjonera z obsadą pozycji prawego obrońcy, a w podkastach omawia się absolutnie każdy szczegół jego życia. Zanim zagra pierwszy mecz, masz go po dziurki w nosie.

Sposób, w jaki patrzymy na mistrzostwa, wyspecjalizowanie mediów sprawiły, że straciliśmy sporo dawnego kolorytu. Może to zmienią te nowe drużyny, bo przyznaję, że składów Curaçao i Wysp Zielonego Przylądka dobrze nie znam.

Jeszcze.

Jeszcze. Kiedy jakiś prawy obrońca walnie dwa gole z trzydziestu metrów, to będę pierwszym, który powie: „ten jest dobry”. Swoją drogą, na tym mundialu może zagrać siedmiu zawodników po czterdziestce – tylu, ile zagrało łącznie we wszystkich mistrzostwach do tej pory.

Nie każ mi ich wymieniać.

Gdybyś kojarzył Vozinhę, bramkarza Wysp Zielonego Przylądka z drugiej ligi portugalskiej, byłbym pod wrażeniem. Mam nadzieję, że będzie miał kilka świetnych interwencji.

To, jak konsumujemy mistrzostwa, rzeczywiście bardzo się zmieniło. W książce „Potęga i chwała” wspominasz o czasach, w których – przed erą telewizji – przychodziło się pod redakcje gazet, gdzie czytano z balkonów telegramy nadsyłane w trakcie meczów. Teraz masz wszystkie mecze wszystkich drużyn na jedno kliknięcie.

Szkoda, że to straciliśmy, prawda? Wyobraź sobie jakiś zacięty mecz, tysiące kibiców pod siedzibą redakcji w oczekiwaniu na kolejny telegram. Jak to robili? Czy odgrywali scenki? Jakoś akcentowali poszczególne zdania? Mówili beznamiętnie? Nie mamy żadnych nagrań: nie wiemy.

A może powinniśmy to znowu zrobić? Zakazać transmisji w telewizji, radiu, internecie i kazać wszystkim przychodzić pod nasze redakcje?

Śmiejesz się, ale nostalgii za „prawdziwą” piłką, za śledzeniem wyników w telegazecie, za tym, że „kiedyś to było”, jest coraz więcej. 

Świat wzajemnych powiązań jest dobry, poziom futbolu się podniósł, ale zgoda: konsekwencją globalizacji jest to, że niektóre rozgrywki, przede wszystkim Premier League, są coraz bogatsze, a inne – w Afryce, Ameryce Południowej, nawet we Włoszech – są cieniem samych siebie z przeszłości.

Telewizja wiele zmieniła. Pamiętam, że w 2008 r. byłem w Ghanie na Pucharze Narodów Afryki. Siedziałem w lokalnym barze i namawiałem ludzi, żeby następnego dnia przenieśli się dosłownie o kilkaset metrów na stadion, gdzie za jakieś 10 dolarów mogli zobaczyć Kamerun ze słynnym Samuelem Eto’o.

Odpowiadali: „Nie, my nigdy nie chodzimy na mecze, oglądamy w telewizji”. Oczywiście, mogli mieć wiele powodów – np. obawy o bezpieczeństwo, bo w 2001 r. po wybuchu paniki na stadionie w Akrze zginęło 120 osób. Faktem jest jednak, że w całym świecie futbol coraz częściej ogląda się tylko w zagranicznym wydaniu, przed ekranem, a nie na stadionie, więc lokalne ligi nie mogą się rozwinąć.

Są też kraje z silną kulturą kibicowania, jak Argentyna, gdzie jakość miejscowego futbolu jest słaba, bo wszyscy dobrzy gracze wyjechali za chlebem i w klubach grają wyłącznie juniorzy albo weterani. Zabraliśmy im futbol i przesunęliśmy 10 tysięcy kilometrów dalej. Przyznam jednak, że nie wiem, jak to rozwiązać bez kompletnego resetu gospodarczego, którego wolałbym nie oglądać.

Kiedyś wiedzieliśmy mniej, więc mniej nam to wszystko przeszkadzało?

Na pewno istnieje poczucie rozczarowania, bo po USA spodziewalibyśmy się czegoś więcej. Ale przecież mówiliśmy też o problemach w Katarze czy w Rosji.

Może wtedy łatwiej nam było przymknąć oko: w końcu to nie „Zachód”, tam są inne standardy.

W Katarze, gdzie oglądaliśmy znakomity sportowo turniej, wiedzieliśmy, że stadiony, na których przyszło nam pracować, są zbudowane kosztem krwi migrantów. To było okropne. Ale kiedyś, rzeczywiście, nie patrzyliśmy aż tak uważnie za kulisy. 

W brytyjskich relacjach z mundialu w 1970 r. próżno szukać informacji, że zwycięską reprezentację Brazylii wspierała okropna dyktatura. Wszyscy mówią o „splamionym” sukcesie Argentyny, w której w 1978 r. rządziła junta, a o 1970 r. się nie wspomina. Zresztą w Meksyku, gdzie turniej rozegrano, również była dyktatura, a dwa lata wcześniej rząd tłumił protesty studentów.

A jednak my, zamiast o tym mówić, zachwycaliśmy się Pele, Jairzinho i dźwiękami samby.

Chronimy niewinność kibica, który chce w mistrzostwach widzieć tylko festiwal sportu.

Myślę, że to kompletnie zrozumiałe. Wszyscy mamy swoje problemy w życiu rodzinnym, zawodowym i społecznym. Jeśli obejrzenie meczu może pomóc zapomnieć o nich choć na chwilę, wszystko w porządku.

Ale piłka nożna jest też wielkim fenomenem kulturowym, który tworzy dla nas uniwersalne punkty odniesienia, kody, które wszyscy rozumiemy. Wszyscy pamiętamy, jak Zidane dostał czerwoną kartkę za uderzenie Materazziego „z byka”. 

Wszyscy zachwycamy się Messim, który dla naszego pokolenia jest najlepszym piłkarzem, jakiego widzieliśmy (transmisje meczów z udziałem Maradony były jeszcze rzadkością). I możemy o nim mówić w kategoriach piękna, geniuszu, docierania do granic możliwości gatunku ludzkiego. Messi jest odpowiedzią na pytanie, po co tu jesteśmy: żeby robić coś wyjątkowego, coś, co nas porusza.

I właśnie dlatego, że podobne historie tak z nami rezonują, źli ludzie i złe kraje chcą nimi manipulować i je wykorzystywać. Ale nie możemy przed tymi ludźmi i krajami kapitulować, mówiąc, że jak tak, to ja nie będę oglądał mundialu.

Nie powinienem więc czuć się winny, jeśli będę oglądał?

Kiedyś żyłem w klasztorze buddyjskim. Samookaleczenie to wedle zasad tej religii najgorsza forma krzywdy. Nie musisz sprawiać sobie przykrości z powodu tego, co złe u innych. Ciesz się piłką, potępiaj to, co złe – i tyle.

W przypadku tych mistrzostw dodatkowym problemem będzie konfrontacja z obcą europejskiemu widzowi amerykańską komercją: przerwami na wodę, czyli de facto na reklamy, albo koncertami muzycznymi po pierwszej połowie, niczym na Super Bowl. 

Świat się zmienia. Pojawienie się sponsorów na angielskich koszulkach klubowych w latach 70. było niezwykle kontrowersyjne. W sumie piłka międzynarodowa pod tym względem wciąż się jeszcze broni, bo nie ma reklam na koszulkach.

Jeszcze.

Pytasz, czy ten turniej może być pewnego rodzaju punktem krytycznym? Nie sądzę, żeby ktokolwiek powiedział, że przestaje oglądać mistrzostwa z powodu samej komercjalizacji, ale to plus ceny biletów, plus szalone koszty transportu…

Plus Trump…

Tak, to wszystko się kumuluje.

Rytuały są dużą częścią przeżywania sportu. Ludzie kupują karnety na mecze swojego klubu, rok w rok, bo się nad tym nie zastanawiają. Chcą siedzieć koło tych samych ludzi, gadać o tym samym, potem pójść do tego samego pubu. I to jest zdrowe. Tak samo z piłką reprezentacyjną i jeżdżeniem za swoją kadrą. Jak stracisz takie przyzwyczajenia, tracisz fundament. Coś bardzo cennego.

A jak tracisz, to najczęściej na zawsze.

Wiele osób stara się w trakcie mistrzostw oglądać wszystkie mecze. Ale gdy masz takie pary jak Austria–Jordania czy Uzbekistan–Kongo o czwartej nad ranem, to możesz mieć pokusę, żeby odpuścić. A jak dopuścisz do zanikania tego rytuału, to potem zamiast meczu w sobotni wieczór część kibiców obejrzy jakiś serial, a po nim tylko sprawdzi wynik. 

Tyle narzekania, że zastanawiam się, czy i Ciebie jeszcze coś w tych mistrzostwach ekscytuje.

Jasne. To wciąż mistrzostwa świata.

Po prostu?

No tak. Zaraz będę w Meksyku, po raz pierwszy w życiu. I nawet jeśli z początku te pary nie wydawały się ekscytujące, to teraz się cieszę. Weźmy np. mecz Tunezja–Japonia: Japończycy wyglądają naprawdę dobrze. Albo Uzbekistan–Kolumbia: nie widziałem uzbeckiego futbolu od 2000 r.

Po długim sezonie klubowym to jest coś innego. Możesz spojrzeć na wszystko inaczej, inaczej opisać. A czasem musisz opowiedzieć historię tego nieznanego piłkarza, który strzelił dwa niebywałe gole.

I co, znowu wpadniemy w to po same uszy?

No pewnie. Zawsze wpadamy.

Rozmawiał Jakub Krupa

Jonathan Wilson jest angielskim pisarzem i dziennikarzem sportowym, założycielem i redaktorem naczelnym kwartalnika „The Blizzard”. Autor wielu książek, po polsku ukazały się nakładem wydawnictwa SQN m.in. „Odwrócona piramida. Historia taktyki piłkarskiej”, „Aniołowie o brudnych twarzach. Piłkarska historia Argentyny”, „Nazwiska dawno niesłyszane. Jak złoty wiek węgierskiej piłki ukształtował współczesny futbol” oraz – przed kilkoma dniami – „Potęga i chwała. Nieznana historia mistrzostw świata”.

Jakub Krupa jest dziennikarzem „The Guardian” w Londynie.

Jonathan Wilson, „Potęga i chwała. Nieznana historia mistrzostw świata”, przeł. Jan Halbersztat, wydawnictwo SQN // materiały prasowe
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 24/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Piękno i pycha