Koniec górnictwa w Czechach. Polska dosypuje pieniądze do kopalni

Czechy kończą wydobycie węgla kamiennego, Polska wciąż do niego dopłaca. W Polsce zamykanie kopalń pozostaje tematem politycznym, a transformacja energetyczna postępuje wolniej, niż wymusza to rynek.
Czyta się kilka minut
Manifestacja zwiazkowców z Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Jastrzębie Zdrój, 14 października 2025 r. // Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl
Manifestacja zwiazkowców z Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Jastrzębie Zdrój, 14 października 2025 r. // Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl

Punktualnie o dziesiątej brama zakładu w Stonawie, ostatniej czynnej czeskiej kopalni węgla kamiennego, zostanie otwarta dla wszystkich zainteresowanych. Około południa spod ziemi wyjedzie ostatni wagonik z węglem, przy którym na powierzchni, niczym dobrzy znajomi na pogrzebie, zgromadzą się pracownicy kopalni. Do godziny szesnastej można będzie sobie zrobić z nim pamiątkowe zdjęcie. 

Po południu uroczystości przeniosą się do pobliskiej Ostrawy. Górnicy przejdą w uroczystym pochodzie do miejscowej katedry, w której mszę w intencji wszystkich pracowników czeskich kopalń odprawi biskup Martin David, ordynariusz diecezji orawsko-opawskiej. 

Harmonogram prac rządu premiera Andreja Babiša na 4 lutego 2026 roku – dzień, w którym zakończy się 250-letnia historia czeskiego górnictwa węgla kamiennego – nie przewiduje z tej okazji żadnych oficjalnych wystąpień. 

– Wyobraża pan sobie podobny scenariusz w Polsce? – uśmiecha się ksiądz Mieczysław Augustynowicz, który od dwunastu lat pracuje w parafiach na Zaolziu wśród tamtejszych górników.

Czechy zamykają kopalnie węgla bez żalu i protestów

Trasa z Orłowej, w której znajduje się aktualna parafia ks. Augustynowicza, do sennej Stonawy zajmuje raptem dwadzieścia minut. Kontrolowane przez czeski skarb państwa Kopalnie Ostrawsko-Karwińskie (OKD), ostatni czeski producent węgla kamiennego, z końcem stycznia wygasiły tu wydobycie. 

Odchodzącym pracownikom zagwarantowano odprawy o łącznej wartości ponad 500 mln koron, czyli około 88 mln zł. Część górników otrzyma niemal równowartość średnich rocznych dochodów.

– Obeszło się bez napięć i protestów, nawet związki zawodowe dawno pogodziły się z zamknięciem okolicznych kopalń. Kto miał znaleźć sobie nową pracę, już dawno jeździ do niej do Ostrawy. Kto jeszcze robił pod ziemią, ale wypracował sobie prawo do górniczej emerytury, ten czekał ze spokojem na koniec stycznia. Mam wrażenie, że zakończenie wydobycia węgla kamiennego w Czechach rezonuje mocniej po polskiej stronie niż tutaj – zauważa polski duchowny. 

– Ale tutaj górnicy nigdy nie mieli takiej pozycji społecznej jak w Polsce. Nigdy też branża ta nie stała się przedmiotem doraźnej rozgrywki politycznej – dodaje.

Zaledwie kilka kilometrów od kopalni w Stonawie, w Karwinie, zerka niezdarnie w niebo dzwonnica barokowego kościoła pod wezwaniem św. Piotra z Alkantary. Jak dziesiątki okolicznych budynków, świątynia częściowo zapadła się w ziemi wskutek szkód górniczych, a jej wieżyczka odchyliła się od pionu niemal o siedem stopni. 

Kościoła nie rozebrano, bo był zabytkiem, a z czasem stał się także lokalną atrakcją turystyczną. Dziś przeżywa swoje piętnaście minut ogólnokrajowej sławy za sprawą Karin Lednickiej, pochodzącej z Zaolzia pisarki, której saga „Šikmý kostel” („Krzywy kościół”), traktująca o losach Karwiny i jej górniczej ludności z perspektywy żon górników, bije w Czechach rekordy popularności.

Dla polskiego odbiorcy – wychowanego na Gustawie Morcinku, Kazimierzu Kutzu czy nawet na prozie Szczepana Twardocha – może to być chwilami zaskakująca lektura. Na kartach tej sagi kopalnia nie służy za tło opowieści o heroizmie czy tragizmie losów pracujących pod ziemią ludzi. Nie jest też zastępczym adresatem oskarżeń wymierzonych w rzeczywistości w ustój polityczny czy gospodarczy. 

Jest nienasyconym organizmem, który pochłania kolejne wsie i miasteczka. Niekiedy wraz z mieszkańcami.

– Goście, którzy odwiedzają nas w parafii, żartują czasem, że moglibyśmy założyć benedyktyńską pustelnię, bo z kościoła mamy pięć kilometrów do najbliższych zamieszkanych zabudowań. Wszystko dookoła rozebrane lub opuszczone z powodu szkód górniczych albo pod planowaną, ale nigdy nie rozpoczętą eksploatację – ciągnie Augustynowicz.

– W rolniczej Polsce, zwłaszcza po II wojnie światowej, górnictwo niosło ze sobą obietnicę lepszego życia. Tutaj, w gęściej zaludnionych Czechach, to, co pod ziemią, od zawsze wydobywano niejako kosztem tego, co na powierzchni. Myślę, że to jeden z powodów, dla których nikt tu nie płacze po kopalniach. 

Koniec węgla w Czechach a przyszłość górnictwa w Polsce

Z Karwiny do polskiego Jastrzębia-Zdroju przy dobrych warunkach drogowych można dojechać w kwadrans. Kilka minut więcej zajmie podróż do Czechowic-Dziedzic. W obu miejscowościach wciąż jeszcze działają kopalnie. Po zamknięciu zakładu w Stonawie Polska stała się jedynym krajem UE z czynnym górnictwem węgla kamiennego. 

Założenia programu likwidacji tego sektora przewidują, że wydobycie zakończy się do roku 2049. Plan przewiduje sukcesywną likwidację kolejnych kopalń, aby dać czas górnikom na przebranżowienie. „Bolesław Śmiały” ma zatrzymać fedrunek w 2028 roku. KWK „Sośnica” – rok później. W 2035 roku ostatni wagon z węglem ma wyjechać z kopalni „Piast”.

Tyle plany. W praktyce – jak pokazuje opublikowany niedawno raport fundacji Instrat – pożegnanie z węglem kamiennym może nastąpić w Polsce szybciej, niż przewiduje rządowy harmonogram przyjęty na początku tej dekady. Aktualnie w naszym kraju używa się ok. 40 mln ton węgla energetycznego. Jednak fundacja Instrat prognozuje, że w ciągu czterech najbliższych lat zużycie tego surowca spadnie do około 15 mln ton i będzie nadal maleć w kolejnych latach.

„Jeśli tempo wygaszania wydobycia podyktuje rynek, a nie dotacje z budżetu, to w 2030 roku w Polsce pozostaną trzy-cztery kopalnie węgla kamiennego” – podkreślają autorzy raportu.

Plany wygaszania wydobycia wymagają pilnej aktualizacji – z uwagi na sytuację w krajowej energetyce. Jeszcze dziesięć lat temu ponad 80 proc. prądu wytwarzały siłownie węglowe; dziś ich udział w polskim miksie energetycznym spadł w okolice 50 proc. Na znaczeniu szybko zyskują w nim odnawialne źródła energii, które latem już regularnie zaspokajają nawet 40-50 proc. dobowego zapotrzebowania na prąd. 

Rzecz jasna, w polskich warunkach klimatycznych OZE samodzielnie nie są w stanie zasilać kraju przez okrągły rok, ale w rolę fundamentu polskiego systemu energetycznego, którą przez lata pełniły siłownie węglowe, zaczyna płynnie wchodzić gaz. A około 2040 roku prąd powinien popłynąć z pierwszej polskiej elektrowni jądrowej.

– Mieszkam na Śląsku całe życie, jestem górnikiem z wykształcenia, całą karierę związałem z tą branżą, ale mimo to uważam, że górnictwo węgla kamiennego powinno jak najszybciej zostać w Polsce pożegnane – mówi Janusz Steinhoff, minister gospodarki w rządzie Jerzego Buzka i jeden z architektów przeprowadzonej wówczas restrukturyzacji górnictwa. 

– Z należnymi mu honorami, bo odegrało ważną rolę w dziejach naszego kraju, ale bez zbędnej zwłoki.

Związki zawodowe w górnictwie – kto naprawdę rządzi kopalniami

Liczba zatrudnionych przy produkcji węgla kamiennego w Polsce w październiku ub. roku spadła do 71 543. Maleje nieprzerwanie od roku 2008, gdy w branży pracowało jeszcze ponad 118 tys. osób. Wydobycie, które pod koniec pierwszej dekady tego stulecia oscylowało na poziomie 8-9 mln ton miesięcznie, obecnie stopniało do poniżej 4 mln ton. Rosną za to koszty działalności.

Tylko pomiędzy rokiem 2021 a 2025 średnia cena wydobycia tony węgla kamiennego o standardowej wartości opałowej wzrosła w polskich kopalniach z 470 do 945 zł. Polskie „czarne złoto” wywiezione na powierzchnię w Knurowie, Jastrzębiu-Zdroju czy w Rudzie kosztuje dziś niemal tyle samo, ile węgiel importowany z RPA czy Kolumbii.

– Przyczyny? – powtarza pytanie Steinhoff. – Pierwszą jest niewątpliwie geologia, bo złoża mamy położone głęboko, nawet 1,3 kilometra pod ziemią. Wielu pokładów nie da się też łatwo eksploatować metodami wielkoprzemysłowymi, czyli z użyciem ciężkiego sprzętu górniczego, który znacząco zwiększa efektywność. Ale samymi trudnościami technicznymi nie da się wytłumaczyć, dlaczego w naszych kopalniach już średnio połowę kosztów działalności stanowią wynagrodzenia.

Manifestacja związkowców z Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Jastrzębie-Zdrój, 14 października 2025 r. // Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl

Kopalniami, jak mówi Steinhoff, trzęsą związki zawodowe. W Jastrzębskiej Spółce Węglowej działa blisko 70 organizacji związkowych, a uzwiązkowienie sięga 150 proc. Oznacza to, że wielu pracowników należy do więcej niż jednej organizacji. Związkowcy oczywiście licytują się, kto wywalczy więcej dla załogi (ale i dla samych działaczy). 

W 2024 roku, który JSW zamknęła z ponad 7 mld zł straty, związkowcy wynegocjowali 14. pensję oraz nagrodę roczną. W październiku ub. roku – gdy resort energii wpisał zadłużoną JSW na listę podmiotów, które mają zostać objęte tzw. Nowym Mechanizmem Wsparcia w ramach noweli ustawy górniczej – zagrozili strajkiem.

 Część organizacji związkowych odrzuca także pomysł włączenia JSW do Polskiej Grupy Zbrojeniowej.

Dotacje do górnictwa: ile naprawdę kosztuje węgiel podatników

Po trzech kwartałach 2025 roku polskie kopalnie miały łącznie 6,175 mld zł straty, a ich szefowie mogli jedynie cieszyć się z tego, że rok wcześniej branża była pod kreską aż na 9,2 mld zł. Bez dotacji z budżetu polskie górnictwo węgla kamiennego już dawno utraciłoby więc płynność i musiałoby zawiesić kaski na kołkach. W ub. roku na ratowanie branży poszło z budżetu niemal 9 mld zł. 

W tegorocznej ustawie budżetowej przewidziano już tylko ok. 5 mld zł wsparcia dla sektora górniczego, ale Ministerstwo Energii wnioskuje o co najmniej 2,5 mld zł więcej, powołując się na „zapotrzebowanie spółek węglowych sięgające ponad 10 mld zł”. Nazywając rzecz po imieniu, należałoby powiedzieć, że podatnicy mają się zrzucić po 200 zł na pensje dla 70 tysięcy pracowników kopalń, dostarczających surowiec de facto krajowi niepotrzebny.

Przed końcem roku koalicja rządząca przyjęła pakiet ustaw mających przyspieszyć proces dobrowolnych odejść z pracy przy „czarnym złocie”. Górnicy węgla kamiennego mogą liczyć na aż 176 tys. zł jednorazowej odprawy – w dodatku w pełni zwolnionej z podatku PIT. 

Alternatywnym rozwiązaniem jest płatny pięcioletni urlop z wynagrodzeniem na poziomie 80 proc. ostatniej górniczej pensji. Taktyczna cisza rozpostarta nad tymi propozycjami nie jest oczywiście zbiegiem okoliczności. Rząd obawia się reakcji pracowników z innych branż, na przykład nauczycieli, którzy mogą tylko marzyć o takim wsparciu w przebranżowieniu. 

W resorcie finansów pakiet pomocowy dla kopalń zdążył już nawet zdobyć ironiczną nazwę „Wielkiej Orkiestry Górniczej Pomocy”.

Związki zawodowe – uważa Janusz Steinhoff – stworzyły i narzuciły decydentom w Warszawie zafałszowany obraz znaczenia kopalń dla Śląska. 

– Kiedy zaczynaliśmy restrukturyzację, w mediach jak refren powracała opowieść o siedmiu etatach utrzymywanych rzekomo na Śląsku z jednej górniczej pensji. Tymczasem tylko za mojej kadencji doprowadziliśmy do odejścia z górnictwa 100 tysięcy osób. To by oznaczało, że w liczącym ponad 4 miliony mieszkańców regionie pracę powinno stracić jakieś 700 tysięcy osób. 

Tymczasem statystyki pokazywały coś zgoła odwrotnego. Bezrobocie na Śląsku w okresie transformacji górnictwa było o dwa punkty procentowe niższe od średniej krajowej.

Transformacja Śląska: jak region radzi sobie bez węgla

Górniczy związkowcy mogą tłumaczyć, że kryzys tej branży nie rzutuje na jakość życia na Śląsku właśnie dzięki pakietom osłonowym z budżetu, których bronią jak lwy – tyle że to niepełne wytłumaczenie. Współczesny Śląsk, który wciąż darzy górnictwo estymą i sentymentem, nauczył się żyć i radzić sobie bez węgla. 

W przemyśle pracuje tu już niespełna pół miliona osób, z czego tylko 71 tysięcy w górnictwie. Handel, usługi, gastronomia, transport oraz administracja zatrudniają dziś w regionie łącznie niemal dwa razy więcej osób w wieku produkcyjnym niż przemysł. Bezrobocie jest niemal dwukrotnie niższe niż średnia krajowa. Pensje zaś ją przewyższają. 

Oczywiście Śląsk to nie tylko kwitnące Katowice, gdzie bezrobocie ociera się o 1 proc. Niedaleko stąd do Bytomia, gdzie pracy nie ma blisko 9 proc. mieszkańców w wieku produkcyjnym.

Badanie stosunku mieszkańców do transformacji śląskiego górnictwa, które w 2024 roku przeprowadziły dr Justyna Orłowska i Alicja Piekarz, pokazało, że Ślązacy nie boją się przyszłości bez kopalń. Większość zatrudnionych bezpośrednio w górnictwie uważa, że bez trudu znajdzie zatrudnienie w innych sektorach, zwłaszcza przy produkcji energii ze źródeł odnawialnych, które w najbliższych latach powinny stworzyć w regionie około 300 tysięcy nowych miejsc pracy. 

Ankietowani często podkreślali również zadowolenie, że ich region wreszcie przestaje się kojarzyć z pokopalnianym brudem i degradacją środowiska (o tym częściowo przemilczanym w Polsce aspekcie funkcjonowania kopalń opowiada serial „Ołowiane dzieci”, który niebawem pokaże Netflix). 

Ten aspekt transformacji śląskiej gospodarki za kluczowy uznało niemal tyle samo ankietowanych (35 proc.), co tych, dla których najważniejszą kwestią były niskie i stabilne ceny prądu i energii cieplnej (41 proc.). Jednocześnie Ślązacy oczekują, że pożegnanie z górnictwem odbędzie się z poszanowaniem ich tradycji – zwłaszcza ze zrozumieniem, że kopalnie były swoistymi punktami centralnymi, wokół których kręciło się życie lokalnych wspólnot.

Problem w tym, że dla wielu polityków takie oczekiwania sprowadzają się nadal do prostej konstatacji, że na Śląsku wciąż da się zbić kapitał polityczny, wzywając do krucjaty w obronie „czarnego złota”. 

Dlaczego energia elektryczna w Polsce jest najdroższa w Unii Europejskiej

Ksiądz Mieczysław Augustynowicz: – Pamiętam, że gdy w 2018 roku w Katowicach odbywał się Międzynarodowy Szczyt Klimatyczny, Mateusz Morawiecki zapewniał uczestników, że Polska już podjęła decyzję o odejściu od węgla. W tym samym czasie opodal, na spotkaniu z górnikami, prezydent Duda obiecywał, że Polska nigdy węgla nie porzuci. 

Niektórym taka fraza weszła już w krew. Wojciech Dąbrowski – były prezes spółki PGE od lat związany z Prawem i Sprawiedliwością, a obecnie szef ideologicznie bliskiej tej partii Fundacji SET – w wywiadzie dla serwisu WNP przekonywał niedawno, że Polska powinna inwestować w nowe elektrociepłownie węglowe i rozpocząć eksploatację kolejnych złóż węgla kamiennego. 

„Jest to paliwo dostępne u nas, na miejscu” – podkreślał Dąbrowski, dorzucając do wywodu garść danych obrazujących wielkość jego wydobycia w Polsce i w Chinach.

W kalkulacji byłego prezesa zabrakło jednak słowa o tym, że przy obecnych cenach certyfikatów emisji CO2 budowa elektrowni węglowej jest w zasadzie niemożliwa, bo nie skredytuje jej żaden bank i nie znajdzie się chętny na ubezpieczenie ryzyka inwestycyjnego. Dąbrowski przemilczał również to, że Pekin, będąc istotnie liderem w wydobyciu węgla, jeszcze szybciej zwiększa moce wytwórcze swojej energetyki odnawialnej, zwłaszcza hydroelektrowni.

Do 2030 roku udział OZE w chińskim miksie energetycznym ma wzrosnąć z 35 do co najmniej 40 proc., głównie kosztem paliw kopalnych, które obecnie odpowiadają za wytworzenie ok. 62 proc. energii. W planie maksimum mowa nawet o 50 proc. energii elektrycznej wytwarzanej przez źródła odnawialne.

Wywiad, w którym Wojciech Dąbrowski nazwał dekarbonizację polskiej gospodarki „klimatyczną fanaberią”, bijącą po kieszeni najbiedniejszych, ukazał się 28 stycznia. Dosłownie dzień wcześniej Polska znów uplasowała się na niechlubnej pierwszej pozycji wśród krajów z najdroższą energią elektryczną w UE (jesteśmy też w ścisłej czołówce, jeśli chodzi o zanieczyszczenie środowiska). 

Za jedną megawatogodzinę płaciliśmy aż 222 euro. Francuzi, którzy swoją energetykę oparli na atomie, w tym samym czasie mieli stawkę 94 euro za 1 MWh. W Norwegii, która prąd czerpie głównie ze źródeł odnawialnych, najniższa lokalnie odnotowana cena nie przekraczała równowartości 30 euro za megawatogodzinę.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 06/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Gorączka czarnego złota