Zbigniew Rokita: Kopalnie umierają głośno. Opowieść o Śląsku prawdziwym

Kopalnia to antyświat. Tu na nowo trzeba nauczyć się chodzić, mówić, być. Byłem w paru miejscach na świecie, ale żadne nie zrobiło na mnie tak wielkiego wrażenia jak podziemia mojego własnego miasta.

06.12.2023

Czyta się kilka minut

Górnicy w kopalni Silesia. Czechowice-Dziedzice, 2015 r. / HENRYK PRZONDZIONO / Gość Niedzielny / Forum
Górnicy w kopalni Silesia. Czechowice-Dziedzice, 2015 r. / HENRYK PRZONDZIONO / Gość Niedzielny / Forum

W 1989 r. w polskim górnictwie (głównie na Śląsku) pracowało ok. 400 tys. osób; dziś zostało niespełna 80 tys. Robi ledwie kilkanaście kopalni. Dni do niedawna kluczowej na Śląsku grupy zawodowej – górników – są policzone. Już teraz jednego roku więcej turystów zjeżdża pod ziemię do zabytkowej kopalni Guido w Zabrzu, niż zatrudnia polskie górnictwo. Często pada pytanie: „Co stanie się ze Śląskiem po kopalniach?”. Tymczasem my już żyjemy w swoim własnym „po”. 

Górnictwo to jednak coś więcej niż praca. I dlatego kopalnie umierają tak głośno. Zwłaszcza że węgiel jest uwikłany w największe bieżące sprawy: od ekologii po wojnę rosyjsko-ukraińską. 

I.

Jestem na kopalni Wujek, czekam aż przyjedzie szola. To mój pierwszy raz na kopalni, choć w moim życiu węgiel zawsze był wszędzie.

Gdy byłem mały, w mojej Wójtowej Wsi zimę zapowiadał zgrzyt łopat chroboczących po chodnikach. Na łopaty mówiono „hercówy”, bo ich sztychy kształtem przypominały serca. Przez okienka węgiel zrzucaliśmy do piwnic, tonę, dwie, trzy, karmiliśmy nim później piece i kafloki. Potem zmywaliśmy węglowe makijaże, a na chodnikach zostawały czarne, impresjonistyczne bohomazy. Chodziłem po Wójtowej Wsi i wiedziałem, który piwnicę już zapełnił, a który zwleka. Przez pół roku kominy pluły czarnym dymem tak, jakby w każdym domu kardynałowie próbowali wybrać papieża.

Węgiel jest kluczowym budulcem organizmów żywych oraz najważniejszym budulcem mojego świata, Śląska. Tutaj to on budował ulice, domy, całe miasta. Jeśli chcę zobaczyć historię alternatywną, Górny Śląsk, na którym nie odkryto węgla, wystarczy że pojadę tuż obok, na Śląsk Opolski – zielony, wiejski, miasteczkowy. U nas węgiel budował nawet przyrodę. Żyję na pojezierzu antropocenu, wokół jest mnóstwo jezior, które są pozalewanymi wyrobiskami. Żyję wśród masywów górskich, które są pasmami hałd, usypanych przez jelcze i stary szczytów z kopalnianych odpadków. 

Jest szola. Wchodzimy. Jest ze mną górnik Tomek Kopania, 16 lat przepracowane na dole, i Robert Ciupa, pochodzący z górniczej rodziny dyrektor Śląskiego Centrum Wolności i Solidarności, muzeum kopalni Wujek. 

Jak to się mówi: „Tela zjazdów, wiela wyjazdów”. Szola rusza. Zjeżdżam na dół, w ciemność, w ziemię.

II

– Idealizować górnictwo zaczynają w XIX w. Niemcy – opowiada mi śląski historyk Sebastian Rosenbaum. Pod koniec XVIII w. do Tarnowskich Gór trafia jedna z pierwszych w Europie maszyn parowych i kilkudziesięciu specjalistów do jej obsługi. Wśród nich jest trójka braci Rosenbaumów: Gottlieb, Johann Friedrich i Wilhelm August. Sebastian to potomek tego pierwszego.

– Dlaczego akurat ten zawód romantyzowano? – pytam.

– Romantyzujesz coś jednocześnie ważnego i ciężkiego. A to straszna robota. I dlatego trzeba było pracować nad górnikami, tworzyć filozofię zawodu, żeby uwierzyli w swoją pracę, identyfikowali się z kopalnią. Wbija się im do głowy, że są czymś więcej niż grupą zawodową, że są kastą.

– Ale jest w tym trochę prawdy – mówię. – Górnicy są wtedy w awangardzie. Muszą potrafić czytać, pisać, muszą być punktualni, przestrzegać reguł bezpieczeństwa.

– Oczywiście. Kopalnia jest jak mechanizm zegarka, to musi działać, jeśli puszczasz to na żywioł, wali się.

Rosenbaum zwraca uwagę, że dochodzi do tego symbolika militarna, a nawet rycerska: mówi się o „froncie podziemnym”, o walce, o pracy na dole jak o ostrzale na froncie. Widziałem to już parę miesięcy temu, gdy wyprosiłem u Roberta Ciupy, żeby ten zabrał mnie na karczmę piwną, która jest częścią Barbórki – długie ławy, piwo, pieśni, brać górnicza. Tam po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, jak bardzo ten zawód przypomina wojsko: mundury, szpady, ceremonia pasowania na górnika, składanie przysięgi.

Rosenbaum: – Polska zdobywając po 1945 r. cały Górny Śląsk odrzuca niemieckie dziedzictwo, ale filozofię i romantyzowanie górnictwa przejmuje w pełni.

Robi się tak również po to, żeby ściągnąć tu górników. Górnictwo staje się kluczową gałęzią polskiej gospodarki już po I wojnie światowej (wraz z przyłączeniem części Górnego Śląska w 1922 r. potencjał przemysłowy kraju rośnie trzykrotnie), ale największa rewolucja społeczna zajdzie tu dopiero po II wojnie światowej.

– Od lat 60. region się gwałtownie zmienia, to społeczeństwo na botoksie, sztucznie pompowane – mówi Rosenbaum. – Gierek chce mieć 200 mln ton, chce być 10. gospodarką świata. Bije szyby, polskie wydobycie węgla to przeszło 5 proc. światowego. Udaje mu się częściowo. Ale za cenę, którą płaci Śląsk. Gierek szybko ściąga ludzi, często trafiają tu niewykwalifikowani. Kopalnie są źle zarządzane, dochodzi do katastrof. W latach 70. i 80. ludzie giną dziesiątkami.

– Śląsk to nie było żadne eldorado – dopowiada Jacek Raciborski. 25 lat robił na dole, dziś jest młodym emerytem i śląskim bluesmanem. – Pamiętam, jak teść pokazywał mi zdjęcia, jak robił na grubie w latach 50. i 60. Chopy ważyły po 50 kilo, wydzierali węgiel kilofami. Wydobycie odbywało się kosztem człowieka, wielu ginęło.

Na powojennym Śląsku górnicy pracują często siedem razy w tygodniu, z nadgodzinami, robi się na cztery zmiany, w warunkach, których wielu nie wytrzymuje. Wciąż potrzeba siły roboczej. Trwa rewolucja demograficzna, region się nieodwracalnie przeobraża: autochtoni na Śląsku stają się coraz mniejszą mniejszością. Niedługo po wojnie wraca wielu repatriantów z Francji i Belgii, dekadami przybywają tzw. werbusi – setki tysięcy mieszkańców Podkarpacia, Świętokrzyskiego czy Małopolski. Obiecuje się im dobrobyt. Wielu się rozczarowuje.

– Znajomy górnik z Rydułtów opowiadał mi, że werbujący mieli zasadę: nie przyjeżdżać do tej samej wioski dwukrotnie – mówi mi Beata Piecha-van Schagen, historyczka zajmująca się kulturą górniczą na Śląsku. – Wcześniej zwerbowani mogli już zdążyć opowiedzieć swoim, jak zostali oszukani, i zdarzało się, że powracającego do tego samego miejsca werbującego pobito.

Z drugiej strony kopalnia i przenosiny z biednych wsi na Śląsk są szansą na cywilizacyjny awans. Problem z opowieściami werbujących polegał chyba głównie na tym, że nikt w słowach nie jest w stanie oddać tego, jak wygląda dół.

Obchody święta Barbórki z udziałem orkiestry górniczej. Katowice-Nikiszowiec, 4 grudnia 2022 r. / fot. Beata Zawrzel / REPORTER

III

Po kilku minutach jesteśmy na dole. Nieswojo mi. Najbardziej niepokojąca jest dla mnie świadomość, ile ziemi jest nade mną. Jesteśmy ok. 700 metrów pod ziemią. To blisko 30 bloków mieszkalnych ułożonych jeden na drugim nad moją głową.

Rozpoczynamy około 40-minutową podróż podziemiem na przodek. Jest tu ciemno, bardzo sucho, ale momentami brodzę w wodzie, najpierw mi zimno, a potem gorąco, wokół kilometrami wiją się korytarze, którymi mogę przejść do innych części miasta. Na ścianach kłębowisko rur, kabli, przedmiotów, których zastosowania nie rozumiem. I mnóstwo tabliczek z ostrzeżeniami jak ta, koło której teraz przechodzę: „Pamiętaj, urodziłeś się bez części zamiennych”.

Bo górnictwo z Barbórkami i orkiestrami dętymi jest piękne, ale tylko na powierzchni. Pod spodem jest inaczej. To antyświat. Niektórzy zjazd pod ziemię nazywają przemienieniem, transfiguracją. 

Pięknie opowiada o tym Jacek Raciborski: – Gdy mając 18 lat zacząłem pracować pod ziemią, zobaczyłem świat tak inny od tego, który znałem dotychczas. Musiałem stać się jak dziecko i w świecie węgla wszystkiego uczyć się od początku: jak się poruszać, jak słuchać, jak mówić, a nade wszystko jak w tym miejscu myśleć. Też uczyłem się inaczej patrzeć. Najważniejszą częścią tego świata byli ludzie „węglem malowani”. Ich twarze znałem od lat, a tu często były nie do poznania i tylko oczy w ciemności odróżniały ich od węgla.

Człowiek jest pod ziemią intruzem. Tu rządzi przyroda. I choć z dekadami i wraz z umaszynowieniem coraz bardziej zamiast człowieka w przyrodę wsłuchiwała się technologia, Jacek opowiada, że on sam robiąc pod ziemią też musiał być uważny: nasłuchiwać, czy górotwór nie mruczy, czy drewno nie trzeszczy, czy szczury, których na dole sporo, nie uciekają. A gdy uciekały – rzucać wszystko i razem z nimi brać nogi za pas.

Jacka przysypało dwukrotnie. Nic wielkiego mu się nie stało, ale za to gdy skały zasypały jego ojca, szukali go dwa dni. Potem latami był inwalidą.

Każda kopalnia jest inna. I każda zabije inaczej. Na Staszicu tąpie, na Wujku niebezpieczny jest metan, a na Ziemowicie czy Piaście dużo jest wody. Na Wujku nie tąpnie tak, jak tąpło u nas w październiku – wówczas po wstrząsie blisko 20 km od mojego domu wciąż mamy centymetrowe pęknięcie w ścianie. Na Górnym Śląsku za sprawą kopalń regularnie dochodzi do krótkich trzęsień ziemi.

IV

Żeby dostać się na przodek, najpierw jadę jednym scharfem, potem drugim. Scharf to kolejka z wagonikami, choć nie odważyłbym się tak powiedzieć do hajerów pod ziemią. Tu panuje inny język.

Zbigniew Rokita: podróż z ojcem [Punkt zwrotny]

„Formatujące doświadczenie: ojciec na pustej zupełnie drodze, w nocy, gdzie nic nie miało prawa jechać, a my z podporządkowanej wyjeżdżaliśmy na główną, spytał: Młody, czy po twojej stronie wolne? Poczułem, że pierwszy i ostatni raz powierzył mi swoje życie” - opowiada reporter i pisarz Zbigniew Rokita. Na kolejny odcinek cyklu „Punkt zwrotny” zaprasza Katarzyna Kubisiowska

– To dzięki kopalniom śląszczyzna przetrwała tak długo. Trafiając tutaj wielu przyjezdnych musiało nauczyć się godać – mówi Robert Ciupa. – Tak było też z moim ojcem, który przyjechał tu do pracy. Musisz wiedzieć, co to znaczy „gruba”, „szychta”, „fedrowanie”, „folowanie” czy „felezunek”. Inaczej sobie nie poradzisz.

Są tu krzoki, ptoki, pnioki, są gorole, krojcoki, hanysy – śląszczyzna ma bogatą terminologię pozwalającą raz-dwa rozstrzygnąć, czy jesteś swój czy obcy. A czasem po prostu uczono przyjezdnych śląskiego. Jak ten sztygar na kopalni Wieczorek. Gdy przerzucano do niego Polaków z kopalni Generał Zawadzki czy z Saturna, mówił im: „Gorole, bydzie felezunek to wōm postawia tablica przy falbanku i kożdego dnia byda pisać trzi słowa po ślōnsku. I mocie sie ich uczyć!”. Ponoć się nawet uczyli.

– Z przyjezdnych robili sobie też żarty. Mówili np.: „przynieś kibel sztromu”. A taki wstydził się przyznać, że nie wie, co to jest kibel sztromu, chodził po wszystkich i pytał, gdzie go znajdzie – mówi mi Tomek Kopania. A kibel sztromu to wiadro prądu.

Tworzy się tu mimo wszystko związek między ludźmi, którzy są zdani na siebie – jeśli jeden popełni błąd, drugi może przypłacić to życiem. Tu na ogół wszyscy są na ty.

Tak jak kiedyś było z Edmundem Hanuskiem. Rocznik 1909, Schießmeister, czyli instruktor strzałowy, robił na Abwerze czyli na Mikulczycach (to ciągłe „czyli” jest pomostem między górą i dołem, przeszłością i teraźniejszością) – najlepiej zakładał dynamit na ścianach. Gdy zaczął z nim robić młodszy o 33 lata Herbert Kandzia, Herbertowi nie mogło przejść przez gardło „Edmundzie”. I mówił do niego per „panie Hanusek”, a on mu powtarzał, że ma „mu godać za jedno”, czyli na ty. W końcu Hanusek powiedział: „Jo niy chca już tego słyszeć. My tu sōm wszyjscy za jedno. Pany są na wiyrchu, tu my sōm rōwni”. I Herbert w końcu przywykł. Ale po szychcie, już na górze pyta szicmajstra Hanuska: „Panie Hanusek, a pōdymy sie do szynku? Pogrōmy sie we szkata”. I wówczas Hanusek już nie protestuje na „pana”, tutaj to dla niego naturalne.

Bo na powierzchni jest inny świat, a na grubie inny. Każdy z tych światów ma trochę z postu, trochę z karnawału, w odwróconych proporcjach.

V

– Miejscowi rzadko byli sztygarami, Ślązacy robili fizycznie, na ogół sztygarami byli przyjezdni spoza regionu. A w biurze to już w ogóle zapomnij – mówi mi Grażyna Bułka, pochodząca ze świętochłowickich Lipin aktorka Teatru Śląskiego.

W opowieści Bułki porusza mnie to, jakie mikroświaty pokoleniami tworzyły się wokół kopalń.

– Tam wszyscy byli związani z kopalnią, a 90 proc. mężczyzn na Lipinach na niej pracowało – mówi.

– Całe życie słyszę, że gruba była czymś więcej niż pracą.

– Bo tak było. Wokół niej powstawała społeczność. Kopalnia nas żywiła, opiekowała się nami, była wszystkim.

– Co to znaczy?

– Dawała nam mieszkania, sklepy, zapewniała opiekę w przykopalnianych przychodniach, węgiel, organizowała czas wolny – zabawy, święta, obozy dla dzieci. Gdy byłam dziewczynką w latach 60. i 70., całe nasze życie toczyło się w trójkącie familok, gruba, dom kultury. To był trójkąt bermudzki, nie dało się z niego wyjść – mówi Bułka.

Miało to jednak również rewers. Gruba żądała żertwy, uzależniała górników i ich rodziny od siebie.

– Twój ojciec długo robił na kopalni? – dopytuję Grażynę Bułkę.

– Całe życie. Mój tato, Leon Kałuża, miał 14 lat, gdy w 1944 r. poszedł na Matyldę.

– I całe życie pracował na tej jednej?

– Trzy lata przed emeryturą tacie zawarli gruba. Nie zapomnę tego. Stał na winklu, patrzył na Matyldę i płakał. Jak on ją kochał… Ona była dla niego drugim domem. Popracował chwilę na innej kopalni, tam już nie potrafił się odnaleźć. A potem poszedł na emeryturę w wieku 55 lat i po 3 latach zmarł. Na pylicę. Cierpiał, dusił się.

– Kopalnia go wyssała i zostawiła?

– Tak jak moja postać mówi w spektaklu „Wujek ’81. Czarna Ballada” Roberta Talarczyka: „Gruba to jest gruba. Gruba nos żywi, gruba się nami opiekuje i gruba czasem musi keregoś z naszych chopów zabrać do siebie”.

Cichych śmierci, takich jak ojca Bułki, nikt nie zliczył. Statystyki milczą też, ile osób zginęło podczas pracy na kopalni.

– Albo tę robotę pokochasz, albo znienawidzisz. Nikt nie jest wobec niej obojętny – mówi mi Tomek Kopania, z którym idę teraz po podziemiu.

VI

Bo Śląsk na przemyśle też tracił. 

Tracił, gdy pokoleniami przeżywał katastrofę ekologiczną. Do dziś jest ona największą białą plamą w najnowszej historii Śląska. Kazimierz Kutz wspominał, że dopiero wyjechawszy na studia, zorientował się, że powietrze jest przezroczyste.

Tracił, gdy w takim Bytomiu notowano najwyższy w Polsce wskaźnik zgonów kobiet, bardzo wysoki wskaźnik umieralności noworodków, a wszystko to w związku z katastrofalnym skażeniem powietrza, gleby, wody.

Tracił, gdy bywało, że Śląsk był traktowany jak wewnętrzna kolonia. Za PRL bywało, że sam jeden Bytom dawał 10 proc. krajowego wydobycia węgla. Warszawa wiedziała jednak, że skończy się to katastrofą – i skończyło. Gdy Bytom i wiele innych miejsc na Śląsku przestało być użytecznych, nie nadeszła adekwatna pomoc. Miasta zapadały się o metr, dwa, trzy, ludziom kominy wpadały do mieszkań, czasem z dnia na dzień musieli porzucać swoje domy.

VII

Idziemy. W tym świecie nie ma toalet, nie ma gdzie się załatwić. Rozglądam się i zastanawiam, dlaczego nazwano górnictwo górnictwem, a nie dolnictwem. Nieliczni mijani górnicy witają się z nami „Szczęść Boże”. Nagle widzę, że na końcu korytarza trochę jaśniej, dobiegają hałasy. To przodek. Jesteśmy. Temperatura rośnie, wokół pełno górników, wrzawa, huk.

– Przypomina to Mordor – mówi Robert Ciupa. – Miejsce tak ciemne i pozbawione człowieczeństwa, że sam widok pracujących tu ludzi zaskakuje.

To ten moment, gdy język się wyczerpuje. Uciec tu można wyłącznie w metaforę – kiełznania przyrody, wydzierania ziemi skarbów, dojenia kopalń. Wiele już było prób przekazania metafizyki kopalnianego podziemia, żadna doskonała.

Król podziemia kombajn targa skałę, po taśmociągu sunie wyszarpywany górotworowi węgiel. Schylamy głowy, wąski korytarz, pełno pyłu, drobinki wirują w powietrzu. Przeszkadzamy górnikom swoją obecnością, ci nawet tego nie ukrywają.

Szybko stamtąd odchodzimy.

VIII

Byłem w paru miejscach na świecie, ale chyba żadne nie zrobiło na mnie tak wielkiego wrażenia jak podziemia mojego własnego miasta.

– Ile osób pracuje teraz na Wujku? – pytam Tomka, gdy wyjeżdżamy z kopalni.

– Teraz? Z 900. A kiedy zaczynałem tu robić – to ponad 5 tysięcy.

Rozchodzimy się. Obwódki wokół oczu uda mi się zmyć dopiero w domu.

Wujka zamkną niebawem. Ale teraz kopalnie zamykają się już bez tak wielkich wstrząsów społecznych jak wcześniej.

Po 1989 r. rozpoczyna się wielkie i nie raz, nie dwa nieprzemyślane zamykanie kopalń.

Beata Piecha-van Schagen: – Nie chodziło wyłącznie o te kilkaset tysięcy górników. Po pierwsze, często byli oni jedynymi żywicielami rodziny, żony nie pracowały, na wychowaniu było po parę dzieci. Po drugie, jeden górnik to cztery miejsca pracy poza kopalnią.

Bo gdy zamkniemy kopalnię, to padają inne firmy: od koksowni przez firmy przewozowe po pralnie piorące górniczą odzież.

– Pomyśl więc, co oznaczało dla takiego 230-tysięcznego Bytomia nagłe zamknięcie pięciu kopalń – ciągnie Piecha-van Schagen. – Można było je likwidować stopniowo. Można było to robić tak jak teraz, z planem rozpisanym na lata.

Historyczka zwraca też uwagę, że wówczas górnikom trudniej się było przekwalifikować. Dziś większość ma jakiś zawód, który wykonuje na kopalni, ale może go wykonywać też gdzie indziej – elektryk, cieśla czy behapowiec. Są przyzwyczajeni do wolnego rynku. W latach 90. było inaczej.

– Zamykano kopalnie, a oni mieli wybór: przenieść się na inną grubę, często daleko od domu, lub wziąć wysoką odprawę i podpisać glejt, w którym zobowiązywali się, że już nigdy nie będą pracować na żadnej państwowej kopalni w Polsce – wyjaśnia badaczka.

Ogromna część bierze odprawy. Później co zamykają kopalnię, to wokół pojawia się spora grupa tymczasowo zamożnych mężczyzn. Nie wszyscy się odnajdują w kapitalizmie i na powierzchni.

– Judaszowe pieniądze – mówi mi Raciborski. On nie wziął. Z kopalni Katowice poszedł na Kleofasa, stamtąd na Wieczorka. – Nikomu niczego dobrego nie dały. Może jedynie tym, którzy wrócili tam, skąd przyjechali – w głąb Polski.

– Część jechała też do Niemiec, a część dała się złapać na lep liberalnych haseł, że zostaną biznesmenami i będą żyć o tak – Sebastian Rosenbaum pokazuje palcem jak. – Ale większość nie miała do tego smykałki i im te biznesy – warsztat czy kiosk – popadały. Kasy już nie było, a oni zostawali na lodzie. Ale to była mniejszość.

– A większość?

– Przewalili te pieniądze. Kupili sobie fajne auta, wyremontowali domy, trochę pożyli i po paru miesiącach zaczepiali kolegów, czy im nie pożyczą. Był taki jeden facet w Bytomiu. Jeździł do nocnego klubu do Knurowa i zakochał się tam w jakiejś prostytutce... Albo czekaj, może on był z Knurowa, a jeździł do Queens do Gliwic... No nieważne, w każdym razie jeździł do tej panny i kupował jej wszystko co się dało najdroższe – ubrania, kosmetyki, perfumy. Tak szastał pieniędzmi, że prędko wydał całą odprawę. Wtedy ona się w nim odkochała, a on skończył na ulicy.

– Świat się zmienił, a im to przychodziło z trudem. W oczach społeczeństwa już nie są herosami – mówi Piecha-van Schagen.

IX

Wraz z kopalniami znika cały przykopalniany świat – ten z opowieści Grażyny Bułki: kluby, orkiestry, domy kultury, domy wczasowe. Cała Polska się atomizuje, ale przemysłowy Śląsk być może szczególnie. Po 1989 r. znika Wielki Opowiadacz, PRL, opowieść o górnictwie się demokratyzuje, pojawiają się nowe wątki – o przepłacanej i nierentownej branży, o ekologii, o roszczeniowych Ślązakach. Podbijają to rozliczne sceny jak te, które wielokrotnie rozgrywały się nieopodal mojego katowickiego domu, w budynku Katowickiego Holdingu Węglowego.

– Co był sztrajk, to chopy brały karę, bergi i murowali działaczy od zewnątrz. Policja przyjeżdżała, straż, trzeba było kuć. Mijało pół roku, znów kara, znów bergi i murują – śmieje się Jacek Raciborski.

Dla wielu to też kwestia godności: nie raz kopalnia zabierała ich ojców, wujków, braci, a teraz wielu mówi im, że ich biografie były niepotrzebne. Nie wszyscy górnicy rozumieją, skąd ta nagła zmiana, bo nie każdy musi rozumieć, co oznacza dekarbonizacja i czym jest zielona energia. O tym na felezunku się nie mówi.

Opowieść o górnictwie jako dziadostwie to ta, której wokół było sporo, gdy ja dorastałem. Oraz opowieść o ciągłych katastrofach.

– Często narażano górników – mówi Beata Piecha-van Schagen. – Jeśli metanomierz wykazywał zbyt wysoki odczyt metanu, trzeba byłoby wyłączyć prąd, zatrzymać kombajn itd. To dużo zachodu. Kierownictwo przymykało więc oczy, metanomierze zawieszało się u wylotu lutniociągu, w papierach było dobrze, fedrowano dalej, a potem dochodziło do wypadków.

Historyczka mówi, że wzięło się to z głębokiego upolitycznienia górnictwa. – Politycy zawsze wykorzystywali górników. Wydobywajcie, bo ZSRR potrzebuje, bo dewizy, nie wydobywajcie, bo ekologia, bo nierentowne, jednak wydobywajcie, bo Rosja napadła na Ukrainę. Kopalnie są bardzo narażone na koniunkturę światopoglądową i polityczną – tłumaczy.

– Przekręty z metanem? Oczywiście – mówi mi Zbigniew, emerytowany górnik z Zabrza, który prosi, żeby nie podawać jego nazwiska. – Presja na wydobycie była ogromna, a raz na 10 przypadków, gdy jest za dużo metanu, wybucha. Kamień potrze o kamień i gotowe. Jak 20 lat temu na Bielszowicach – tam nie doszło do zapłonu. 2 kilometry trwał potem podziemny marsz spalonych ludzi, którzy przeżyli. Inne przekręty? Lewe zjazdy. Zanim kilkanaście lat temu nie wprowadzili elektronicznych kart, wszyscy tak robili: ktoś pracował np. przy konserwacji maszyn u góry, ale załatwiał sobie glejt, że ileś razy zjechał na dół, żeby mieć lepszą emeryturę.

X

– Moją kopalnię, KWK Katowice, przerobili na Muzeum Śląskie. A gdy ją zamykali, to ja tam zgasiłem światło i wykręciłem zicherungi. To po polsku bezpieczniki. Byłem ostatnim górnikiem wyjeżdżającym szolą z dołu. Za mną już tylko ratownicy. Potem zamknęliśmy. Wyjeżdżając, wziąłem ze sobą ostatni kawałek węgla.

– Tłusty?

– Bardzo.

– Po co wziąłeś?

– Przełamałem go na dwie części. Jedną część wsadziłem ojcu do trumny, a drugi moi bliscy włożą do mojej.

– Po co ojcu dałeś węgiel do trumny?

– Pomyślałem, że jak przyjdzie do świętego Pyjtra i wyciągnie trochę węgla, to nic nie będzie musiał mówić. Będą wiedzieli, że przyszedł górnik.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Gruba