Reklama

Wymiary Solidarności

Wymiary Solidarności

17.08.2020
Czyta się kilka minut
Jej powstanie było jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Polski i cezurą w dziejach świata. Ale jej rola nie ogranicza się do obalenia komunizmu – jest też związana z głębokim przekształceniem społeczeństwa, swoistą rekonstytucją narodu.
Lech Wałęsa ogłasza podpisanie porozumienia z rządem, Gdańsk, 31 sierpnia 1980 r. PETER MARLOW / MAGNUM PHOTOS / FORUM
S

Solidarność można postrzegać jako odpowiedź na doświadczenie komunizmu. Na kłamstwo odpowiadano prawdą, na przemoc – walką bez jej użycia, na pogardę – szacunkiem dla godności człowieka, na brak demokracji – niekiedy wręcz jej nadmiarem, tocząc niekończące się dyskusje na związkowych zebraniach.

Przyczyny

Gdyby szukać przyczyn bezpośrednich jej powstania, było ono związane z trzema wydarzeniami: uformowaniem się nowej opozycji, wyborem Karola Wojtyły na papieża i załamaniem gospodarki PRL.

Represje wobec uczestników protestów z czerwca 1976 r. przyspieszyły proces krystalizowania się nowych ugrupowań opozycyjnych. Kolejno powstały Komitet Obrony Robotników oraz Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela, a następnie szereg innych organizacji. Spośród nich Studencki Komitet Solidarności jako pierwszy w swej nazwie użył słowa, które wkrótce zrobi światową karierę, a Wolne Związki Zawodowe na Wybrzeżu stały się prekursorem formy nowego ruchu. Opozycja, działająca w dużej części jawnie, była – niezależnie od znaczenia konkretnych form jej aktywności (jak pisma wydawane poza zasięgiem cenzury) – przede wszystkim znakiem, że sprzeciw wobec systemu jest możliwy.

Radosna wieść o wyborze Polaka na Stolicę Piotrową wywołała ogromny entuzjazm. Skoro mogło się wydarzyć to, co było niewyobrażalne, wszystko stawało się możliwe. Tę nadzieję umocniła pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do ojczyzny w czerwcu 1979 r. W kontekście późniejszego Sierpnia ’80 najczęściej przywoływane są pamiętne słowa papieskiej modlitwy z homilii wygłoszonej na placu Zwycięstwa w Warszawie. Można jednak zryw z lata 1980 r. postrzegać także jako odpowiedź na prośbę Ojca Świętego, wypowiedzianą również w czerwcu 1979 r. w Krakowie: „Proszę was, abyście całe to duchowe dziedzictwo, któremu na imię »Polska«, raz jeszcze przyjęli z wiarą, nadzieją i miłością (…) abyście nigdy nie zwątpili i nie znużyli się, i nie zniechęcili”.

Gospodarka PRL funkcjonowała w stanie permanentnego kryzysu. Jednak załamanie z połowy lat 70. było wyjątkowo głębokie i kontrastowało z aspiracjami rozbudzonymi krótkim okresem napędzanej zachodnimi kredytami prosperity. Polacy byli coraz bardziej zmęczeni nie tylko powszechnymi brakami podstawowych artykułów, ale także widocznym marnotrawstwem, błędami w zarządzaniu itp. Irytację budziły kolejne „ukryte” podwyżki cen, realizowane poprzez sztuczne wprowadzanie „nowych” produktów, różniących się od poprzednich tylko nazwą, albo poprzez przesuwanie towarów do tzw. sklepów komercyjnych, gdzie sprzedawano je za znacznie wyższą cenę.

Pierwsza fala

Jedna z takich podwyżek, wprowadzona 1 lipca 1980 r., stała się iskrą, która rozpaliła płomień społecznego sprzeciwu. Stało się tak głównie dlatego, że tym razem cenami komercyjnymi objęto też zakładowe stołówki.

Pierwsze strajki miały niezorganizowany charakter, a do ich zakończenia wystarczające były obietnice podwyżek lub przywrócenie poprzednich cen w stołówce [czytaj tekst Tomasza Kozłowskiego]. Jednak wraz z wybuchem protestu w zakładach lotniczych w Świdniku zaczęły one nabierać innego charakteru: powstawały komitety strajkowe, zamiast ustnych obietnic domagano się pisemnych porozumień.


Podczas manifestacji w drugą rocznicę porozumień sierpniowych w Lubinie milicja użyła ostrej amunicji. Na zdjęciu: demonstranci wynoszą Michała Adamowicza, jedną z trzech ofiar śmiertelnych. Lubin, 31 sierpnia 1982 r. Fot. KRZYSZTOF RACZKOWIAK / FOTONO

W połowie lipca to Lubelszczyzna stała się strajkowym centrum Polski, pracę przerwały załogi takich przedsiębiorstw jak Fabryka Samochodów Ciężarowych czy lubelski węzeł PKP.

Ten ostatni strajk stał się źródłem wielu plotek, z których najpopularniejsza głosiła, iż kolejarze przyspawali lokomotywy do szyn, aby uniemożliwić wywóz mięsa do Związku Sowieckiego. Pogłoska ta odzwierciedlała popularne przekonanie, że źródłem braków żywności jest nadmierny eksport, zwłaszcza na Wschód.

Strajki na Lubelszczyźnie zakończyły się sukcesem: obok ustępstw ekonomicznych, w niektórych przedsiębiorstwach zgodzono się na nowe wybory do rad zakładowych, a do rozpatrzenia setek zebranych postulatów powołano komisję rządową.

Wydawać by się mogło, że ekipa Edwarda Gierka, pierwszego sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, suchą nogą przeszła przez kolejny kryzys. Fala strajkowego buntu opadała.

Pierwszy tysiąc

Paradoksalnie paliwa do jego ponownego rozniecenia dostarczyły same władze. Zwolnienie z pracy w Stoczni Gdańskiej Anny Walentynowicz, działaczki Wolnych Związków Zawodowych, wywołało odruch solidarności: działacze opozycji pod kierunkiem Bogdana Borusewicza przygotowali strajk [patrz tekst Jana Szkudlińskiego]. Poprzedzony akcją ulotkową, protest zaczął się 14 sierpnia.

To, że załoga Stoczni Gdańskiej dała się pociągnąć trzem młodym robotnikom, świadczy zarówno o oburzeniu decyzją o zwolnieniu Walentynowicz, jak też o powszechnym pragnieniu zmian. Potwierdzeniem tej tezy jest rychłe rozszerzenie strajku na inne zakłady, w tym Stocznię im. Komuny Paryskiej w Gdyni, gdzie liderem stał się 20-letni Andrzej Kołodziej, zatrudniony zaledwie dzień wcześniej!


Pacyfikacja kopalni Wujek, Katowice Brynów, 16 grudnia 1981 r. Fot. MAREK JANICKI / FOTONOVA

Tymczasem na czele strajku w Stoczni Gdańskiej stanął Lech Wałęsa, który dołączył do kolegów po kilku godzinach od rozpoczęcia protestu. Obok przywrócenia do pracy Walentynowicz i Wałęsy (zwolnionego w 1976 r.) oraz postulatów ekonomicznych, żądano upamiętnienia stoczniowców poległych w Grudniu ’70. Pamięć o tamtej tragedii była niezwykle istotna – zdawano sobie sprawę, że jedyną drogą do zwycięstwa jest strajk okupacyjny, a nie uliczne demonstracje.

Pozornie sukces przyszedł szybko. Już 16 sierpnia dyrekcja Stoczni Gdańskiej zgodziła się spełnić wszystkie żądania, włącznie ze zmianą sposobu funkcjonowania związków zawodowych w zakładzie. W tej sytuacji Wałęsa ogłosił zakończenie protestu. W tym momencie historia Polski mogła potoczyć się zupełnie inaczej. Nastrój zwycięstwa zakłóciło kilka osób, głównie kobiet (m.in. Walentynowicz, a także 28-letnia Alina Pienkowska), które upomniały się o inne przedsiębiorstwa, jakie przerwały pracę wspierając Stocznię Gdańską. Ich argumenty przeważyły: strajk wznowiono, ponownie w imię solidarności, tym razem z innymi zakładami.

Pierwszej nocy strajku w Stoczni Gdańskiej pozostało jedynie około tysiąca robotników. Dla podtrzymania ducha protestu duże znaczenie miała msza odprawiona 17 sierpnia przez ks. Henryka Jankowskiego (a w stoczni w Gdyni przez ks. Hilarego Jastaka). W Gdańsku przed bramą nr 2 postawiono krzyż, a samą bramę ozdobiono portretem papieża i wizerunkiem Matki Boskiej. Podobne gesty powtarzać będą później strajkujący w całym kraju, symbolicznie podkreślając odrębność od ateistycznej władzy. Symbolika narodowa i religijna ściśle się ze sobą splotą w dziejach Solidarności.

Pat na Wybrzeżu

Wieczorem 16 sierpnia powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, który ogłosił listę 21 postulatów. Najważniejszy był ten pierwszy: „Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców Wolnych Związków Zawodowych”. Żądano także m.in. prawa do strajku, przestrzegania wolności słowa, zwolnienia więźniów politycznych, likwidacji przywilejów Służby Bezpieczeństwa, MO i aparatu partyjnego.

Wśród kilkunastu postulatów ekonomicznych, obok podwyżki płac, znalazły się m.in. ograniczenie eksportu żywności, wprowadzenie kartek na mięso i obniżenie wieku emerytalnego. W poszczególnych zakładach powstawały ponadto listy dziesiątek, a niekiedy setek szczegółowych postulatów, odzwierciedlających bolączki PRL-owskiej codzienności i stopień dysfunkcjonalności systemu.


Czytaj także: „Piekarz z Obłuża dał cały wypiek chleba. Każdy na swój sposób chce pomóc. Widać solidarność w społeczeństwie” – wspominał strajkujący stoczniowiec. Co 40 lat temu działo się w Trójmieście?


 

18 sierpnia rozpoczął się strajk w Szczecinie; liderem tamtejszego MKS-u był Marian Jurczyk. Treść 36 postulatów w dużej mierze pokrywała się z gdańskimi. Reakcją władz było wysłanie do obu miast komisji rządowych. Po próbie rozbicia jedności strajkujących, przez rozmowy z przedstawicielami wybranych zakładów, podjęto negocjacje z oboma MKS-ami.

Niezależnie od trudności w ustaleniu brzmienia poszczególnych punktów porozumienia główny problem dotyczył najważniejszego postulatu: wolnych związków zawodowych. Zgoda na to żądanie oznaczałaby złamanie fundamentalnej zasady systemu komunistycznego – kontroli wszystkich organizacji przez partię rządzącą. Ograniczenie to rozumieli eksperci gdańskiego MKS-u, proponujący poszukiwanie alternatywnych wariantów. Rozumiał je prymas kard. Stefan Wyszyński, który 26 sierpnia z Jasnej Góry zaapelował o zakończenie strajków. Jednak robotnicy wiedzieli, że bez własnych związków nie będą w stanie bronić swoich praw i egzekwować zawartych umów. Pat przedłużał się: partia nie ustępowała, a strajki wciąż ograniczały się do Wybrzeża.

Przełom

Sytuacja zmieniła się, gdy strajki nabrały charakteru ogólnopolskiego. 26 sierpnia we Wrocławiu powstał kolejny MKS, a wrocławianie nie wysunęli własnych postulatów, lecz solidaryzowali się z Gdańskiem – zapowiadając strajk aż do spełnienia tamtejszych żądań. 29 sierpnia stanął Górny Śląsk – MKS powołano w Jastrzębiu-Zdroju. To był przełom. W obliczu strajku powszechnego władze zdecydowały się na „mniejsze zło”, jakim dla Gierka była zgoda na nowe związki.

Kolejno podpisano porozumienia w Szczecinie (30 sierpnia), Gdańsku (31 sierpnia) i Jastrzębiu (3 września). Strajki jednak nie wygasły. Załogi zakładów, które w sierpniu pozostały spokojne, teraz walczyły o swoje postulaty. W wielu przypadkach przyczyną strajków było też utrudnianie przez władze tworzenia nowych związków. Ogólnopolski wymiar zgody na ich powstanie zagwarantowało dopiero porozumienie katowickie z 11 września 1980 r.


Pada mur berliński, listopad 1989 r. Fot. LOTHAR M. PETER / SZ-PHOTO / FORUM

Mimo szantażu groźbą utraty przywilejów (takich jak np. wczasy pracownicze) już wkrótce setki tysięcy ludzi deklarowały chęć przystąpienia do nowych związków. Przedstawiciele zakładów z całej Polski 17 września podjęli decyzję o powołaniu jednej organizacji, opartej na nietypowej strukturze: regionalnej, a nie branżowej. Był to wyraz przekonania, że wspólna sprawa jest ważniejsza niż partykularne interesy poszczególnych grup zawodowych. Na wniosek Karola Modzelewskiego na nazwę Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego wybrano słowo, które najlepiej symbolizowało nowy ruch: Solidarność.

Konfrontacje odcinkowe

Jej dzieje w latach 1980-81 można opisywać na różne sposoby. Jednym z najczęstszych jest prezentowanie 16 miesięcy solidarnościowego „karnawału” jako ciągu konfliktów z władzą. Realizowała ona taktykę „odcinkowych konfrontacji”, by zmęczyć społeczeństwo.

Pierwszy strajk ostrzegawczy Solidarność musiała zorganizować już 3 października 1980 r. Potem przyszedł kryzys wywołany próbą zmiany statutu związku przy jego rejestracji i sprawa aresztowania Jana Narożnika z regionu Mazowsze, uwięzionego za ujawnienie instrukcji prokuratora generalnego o sposobach walki z opozycją.

Po krótkim odprężeniu, symbolizowanym przez grudniową uroczystość odsłonięcia Pomnika Poległych Stoczniowców w Gdańsku, rozpoczął się konflikt dotyczący nierealizowania porozumień sierpniowych, zwłaszcza kwestii wolnych sobót. Regionalne strajki związane m.in. z nadużyciami lokalnych władz ogarnęły na przełomie stycznia i lutego 1981 r. Podbeskidzie i Jelenią Górę.

Źródłem napięć była też walka studentów i rolników o własne organizacje. Ta ostatnia sprawa stała się źródłem największego konfliktu Solidarności z władzą. W marcu 1981 r., po pobiciu trzech związkowców (w tym Jana Rulewskiego), wybuchł kryzys bydgoski. Polska stanęła na krawędzi strajku generalnego, przewodniczący Wałęsa odwołał go w ostatniej chwili. Decyzja ta pogłębiła wewnętrzne podziały w związku, którego członków nigdy później nie udało się już tak zmobilizować do konfrontacji. Jedynym pozytywnym efektem tego kryzysu stała się rejestracja NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”.

Napięcia w relacjach z władzą trwały nadal, m.in. latem zorganizowano szereg protestów przeciw katastrofalnemu stanowi zaopatrzenia. W wielu miejscach odbyły się „marsze głodowe”, w Warszawie na początku sierpnia zablokowano rondo w centrum miasta.

Eksplozja swobody

W cieniu tych wszystkich wydarzeń kryje się jednak istota tego, czym była wówczas Solidarność. Niezależnie od trwającej cały czas dyskusji, na ile był to związek zawodowy, a na ile ruch społeczny czy nawet pokojowe powstanie narodowe, warto przypomnieć kilka kwestii.

Powstanie związku oznaczało eksplozję wolności słowa. Na miejsce kilkudziesięciu pism podziemnych, w większości efemerycznych, teraz pojawiły się setki biuletynów związkowych, które nie podlegały cenzurze. W oficjalnym obiegu ukazywało się też kilka pism, na czele z „Tygodnikiem Solidarność” pod redakcją Tadeusza Mazowieckiego. Opisywano realia życia w kraju, toczono spory (w tym o zakres wolności prasy związkowej), odżyła publicystyka.

Ważnym tematem była historia, odkłamywano i przywracano pamięć o takich wydarzeniach jak zbrodnia katyńska. Troska o prawdę historyczną widoczna była też w działalności wszechnic związkowych, wznoszonych pomnikach i wmurowywanych tablicach pamiątkowych. Solidarność na nowo ukształtowała polską pamięć, zbudowała podwaliny pod dzisiejszą świadomość historyczną. Historia najnowsza była źródłem, na którym budowano własną tożsamość, a jednocześnie narzędziem delegitymizacji komunistycznej władzy.

Interesowano się nie tylko własnymi dziejami. Dużo uwagi poświęcano antykomunistycznym zrywom z innych państw, szczególnie rewolucji węgierskiej 1956 r. i Praskiej Wiośnie 1968 r. Były one punktem odniesienia dla rozważań o ryzyku sowieckiej interwencji. Dziś wiemy, że takiej groźby nie było, wówczas jednak musiano ją poważnie rozważać.

W efekcie zryw Solidarności przybrał charakter „samoograniczającej się rewolucji”, jak to określił Jacek Kuroń. Z obawy przed przekroczeniem niewidzialnej granicy powstrzymywano się przed otwartym stawianiem daleko idących żądań. Zjawisko to było widoczne już w Sierpniu, gdy na listę 21 postulatów nie wpisano żądania wolnych wyborów (choć i taki postulat wcześniej się pojawił).

Rzeczpospolita obywatelska

Nie oznacza to jednak, że Solidarność nie myślała o głębokich zmianach. Wprost przeciwnie: przygotowywano nie tylko plany reform całego państwa, ale także mnóstwo zmian szczegółowych. Nauczyciele wypracowywali propozycje nowelizacji programów nauczania, prawnicy zmiany w dziesiątkach ustaw, pracownicy handlu projekty jego usprawnienia itp. Rodził się ruch walki o prawa niepełnosprawnych i ruch ekologiczny. Nie jest przypadkiem, że w 1981 r. powstał Monar, zajmujący się uzależnionymi (wcześniej w PRL także oni byli na marginesie). Na kilkanaście miesięcy zaistniało prawdziwe społeczeństwo obywatelskie.

Symbolem powszechnego zaangażowania może być fakt, że w wyborach związkowych w NSZZ „Solidarność” wzięło udział aż 94 proc. z 9,5 mln członków związku. Oddolnie wybierano władze na szczeblu zakładu, następnie poprzez delegatów – na szczeblu regionalnym. Wyłoniono też blisko 900 delegatów na I Krajowy Zjazd.

Odbył się on w dwóch turach we wrześniu i październiku 1981 r. w Gdańsku, dysponując niezwykle silnym, demokratycznym mandatem. W czasie obrad wybrano najwyższe władze: Komisję Krajową i przewodniczącego. Pozostał nim Wałęsa, ale na jego radykalniejszych kontrkandydatów (Jurczyk, Rulewski i Andrzej Gwiazda) głosowało 45 proc. delegatów.

W trakcie zjazdu przyjęto wiele ważnych dokumentów. Szczególną wściekłość propagandy we wszystkich krajach bloku sowieckiego wywołało „Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej”. Uznano je za nawoływanie do naśladowania polskiego przykładu. Oficjalnymi dokumentami zjazdu stały się też trzy kazania ks. Józefa Tischnera (wraz z wcześniejszymi weszły one w skład jego książki „Etyka solidarności”). Zjazd zajął stanowisko w wielu sprawach, ale najważniejszym dokumentem był program związku. Jego skrótowa nazwa – „Samorządna Rzeczpospolita” – najlepiej oddaje treść uchwały, będącej kompleksowym programem reform gospodarczych, społecznych i politycznych.

Zjazd nie był wolny od napięć i sporów, szczególnie wiele emocji towarzyszyło uchwale zawierającej podziękowanie dla Komitetu Obrony Robotników, rozwiązanego w tym czasie. Coraz bardziej widoczne było, że na bazie związku zaczynają tworzyć się zróżnicowane grupy polityczne. Powoli pękały okowy „samoograniczania”, coraz bardziej otwarcie stawiano też żądania demokratyzacji systemu.

Po 13 grudnia

Ten naturalny proces stopniowego różnicowania się Solidarności przerwało wprowadzenie stanu wojennego nocą z 12 na 13 grudnia 1981 r. Władze PRL przygotowywały tę operację od ponad roku, a jej szczegóły były dopracowane od wiosny. Czekano jednak na właściwy moment, w którym społeczne zmęczenie nieustannie prowokowanym napięciem osiągnie szczyt.

To właśnie stan nastrojów społecznych – obok wielkiego pokazu siły, uwięzienia większości liderów czy przerwania komunikacji – jest kluczem do zrozumienia porażki Solidarności. Wprawdzie wybuchło kilkaset strajków, w tym w wielu ważnych zakładach, ale skala oporu była zdumiewająco mała w porównaniu do wcześniejszej siły związku. Oczywiście, dużą rolę odegrał też terror władz: grożenie karą śmierci czy masakra górników w kopalni Wujek.

Przez chwilę mogło się wydawać, że wielki ruch przestał istnieć. Szybko jednak do działania przystąpili nieliczni liderzy, którzy uniknęli uwięzienia; włączyło się też wielu wcześniej drugoplanowych działaczy i szeregowych członków. Przy wsparciu Kościoła organizowano pomoc dla represjonowanych i ich rodzin, pojawiały się spontaniczne formy sprzeciwu, jak choćby noszenie w klapie oporników. Powstawały tajne komisje zakładowe, działało kilka struktur regionalnych, na czele z najaktywniejszym: Regionalnym Komitetem Strajkowym Dolny Śląsk.

Ukrywający się członek prezydium Komisji Krajowej, zmarły niedawno Eugeniusz Szumiejko, powołał Ogólnopolski Komitet Oporu. Został on rozbity przez SB, jednak nawiązane przez Szumiejkę kontakty pozwoliły na powołanie 22 kwietnia 1982 r. ogólnokrajowej Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej (TKK), w składzie: Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Władysław Hardek i Bogdan Lis.

W podziemiu

Tworzeniu struktur podziemnych towarzyszył spór programowy między zwolennikami konfrontacji z władzą w postaci strajku generalnego („krótkie spięcie”) a tymi, którzy uważali, że trzeba przygotowywać się na długotrwały opór poprzez budowę rozproszonego społeczeństwa podziemnego („długi marsz”).

Dodatkowe kontrowersje wzbudziły tezy Prymasowskiej Rady Społecznej, przypisujące Solidarności część odpowiedzialności za stan wojenny i postulujące rezygnację z wszelkiej działalności pozazwiązkowej. Na kanwie tych sporów we Wrocławiu powstała Solidarność Walcząca, kierowana przez Kornela Morawieckiego. Z czasem przyciągnęła ona swoim jednoznacznym programem wielu działaczy związku.

Tymczasem koncyliacyjna oferta TKK (deklaracja „5 razy tak”) została zignorowana przez władze. W tej sytuacji podziemna Solidarność wezwała do manifestacji w drugą rocznicę podpisania porozumień sierpniowych. 31 sierpnia 1982 r. na ulice 66 miast wyszły dziesiątki tysięcy ludzi. Władze opanowały jednak sytuację, za cenę brutalnych represji i śmierci pięciu demonstrantów (w tym trzech zastrzelonych w Lubinie). Poczucie siły pozwoliło im ostatecznie porzucić plany budowy kontrolowanej „neo-Solidarności”. Sejm PRL zdelegalizował Solidarność (wcześniej jedynie zawieszoną).

W odpowiedzi TKK zapowiedziała na 10 listopada strajk generalny. Skończył się on całkowitą klęską: protest podjęły dosłownie pojedyncze osoby. Ta porażka zepchnęła związek do jeszcze głębszej defensywy. Działały podziemne pisma, a nawet radio, wydawano książki, istniały struktury różnych szczebli, kwitła kultura niezależna. Ale jednocześnie trwały represje (w samym stanie wojennym skazano 11 tys. osób), część internowanych działaczy przyjęła ofertę emigracji, coraz mniej osób odpowiadało na wezwania do protestu. Nadzieję podtrzymywały takie wydarzenia jak druga pielgrzymka Jana Pawła II w czerwcu 1983 r. czy przyznana w tym samym roku Lechowi Wałęsie pokojowa Nagroda Nobla.

W październiku 1984 r. Polakami wstrząsnęło zamordowanie przez funkcjonariuszy SB kapelana Solidarności, ks. Jerzego Popiełuszki. Jednak społeczna mobilizacja była krótkotrwała.

W klinczu

W połowie lat 80. komunistyczne władze i podziemny związek znalazły się w swoistym klinczu. Przywódcy PRL nie byli w stanie zlikwidować Solidarności (i wyrosłych w jej cieniu innych grup podziemnych), liderzy związku nie potrafili zaś zmobilizować społeczeństwa do oporu, by zmusić władze do ustępstw. Próbą przełamania pata miało być spektakularne wydarzenie: planowany na połowę 1986 r. podziemny zjazd Solidarności. Przygotowania przerwały władze, aresztując Bujaka.

Inicjatywę przejęła strona rządowa: ogłoszono kolejną amnestię, wybrane osoby kuszono członkostwem w Radzie Konsultacyjnej przy przewodniczącym Rady Państwa, funkcjonariusze SB przekonywali tysiące działaczy podziemia, że dalsza aktywność nie ma sensu.


Czytaj także: Latem 1980 r. przez cały kraj, od morza do Tatr, przelała się fala strajkowa. W szczytowym momencie protestowało ponad 700 tys. ludzi. Polskę ogarnęła gorączka, której skala przeraziła nawet strajkujących na Wybrzeżu.


 

Operacja ta spaliła na panewce, ale działania władz postanowił wykorzystać Wałęsa, pragnący odzyskać realne, a nie tylko symboliczne przywództwo w związku. Pod koniec września 1986 r. powołał jawną Tymczasową Radę NSZZ „Solidarność”. Wywołane tym zamieszanie i napięcia po stronie opozycyjnej zakończyły się rok później, gdy TRS i TKK połączyły się w Krajową Komisję Wykonawczą. Podejmowane próby prowadzenia jawnej działalności związkowej na szczeblu zakładów kończyły się jednak niepowodzeniem.

Działania Wałęsy skonsolidowały środowisko działaczy związkowych, którzy domagali się odbudowy władz Solidarności w składzie sprzed stanu wojennego (z wyłączeniem osób później skompromitowanych). W kwietniu 1987 r. powołali oni Grupę Roboczą Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”; obok rywali Wałęsy z czasu gdańskiego zjazdu (Gwiazda, Jurczyk, Rulewski) tworzyli ją m.in. Seweryn Jaworski i Andrzej Słowik. Prowadzone rozmowy z KKW zakończyły się niepowodzeniem. Później, już w 1990 r., część członków Grupy Roboczej powołała własny związek Solidarność 80.

Przewlekły kryzys gospodarczy, pogarszające się nastroje społeczne i radykalizacja młodego pokolenia mobilizowały władze do rozważania mniej i bardziej radykalnych planów reform. Początkowo łączyło je jedno: nie przewidywano powrotu Solidarności, a jedynie różnego rodzaju oferty dla jej działaczy. Sytuacja zmieniła się dopiero w 1988 r.

Rok 1988: strajki i rozmowy

Jest paradoksem, że pierwszą wiosenną falę strajków w 1988 r. rozpoczęli działacze nie podziemia, lecz oficjalnego związku zawodowego pracowników komunikacji miejskiej, wchodzącego w skład – budowanego od 1984 r. – Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych. Strajk komunikacji w Bydgoszczy obudził nadzieję – działaczom Solidarności udało się rozpocząć protest w kilku zakładach, w tym w Stoczni Gdańskiej. Ale krótkotrwałe nadzieje na rozmowy z władzami upadły wraz z brutalną pacyfikacją protestu w Nowej Hucie.

Skuteczniejsza okazała się druga fala strajków, w sierpniu 1988 r., przebiegająca pod hasłem „Nie ma wolności bez Solidarności”. Zapoczątkowały ją śląskie kopalnie, przyłączyły się m.in. Huta Stalowa Wola, porty w Szczecinie i ponownie Stocznia Gdańska. Najaktywniejszą rolę w proteście odgrywali młodzi robotnicy, dla których Solidarność była legendą.

Próba siłowego zakończenia protestu nie powiodła się – i ostatecznie władze przedstawiły ofertę podjęcia rozmów okrągłego stołu, w zamian za zakończenie strajku. Wałęsa ofertę przyjął, a następnie nie bez trudu przekonał młodych do przerwania protestu.

Wkrótce potem okazało się, że komuniści skłonni są rozmawiać o daleko idących reformach, a nie tylko o legalizacji Solidarności.

Jesienią 1988 r. władze podjęły próbę sprowokowania związku do zerwania negocjacji, podejmując decyzję o likwidacji Stoczni Gdańskiej. Sprawę miała zamknąć telewizyjna debata lidera OPZZ Alfreda Miodowicza z Lechem Wałęsą. Zdecydowanie jednak wygrał ją ten drugi, a nastroje społeczne gwałtownie przechyliły się na stronę Solidarności.

Paradoks zwycięstwa

Negocjacje okrągłego stołu (luty–kwiecień 1989), będąca ich efektem ponowna rejestracja związku (ze zmianami w statucie), naruszająca reguły zmiana ordynacji między dwiema turami wyborów czerwcowych i wreszcie udział posłów i senatorów Solidarności w wyborze Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta PRL – wszystko to pogłębiło spory i podziały wśród działaczy Solidarności. Jednocześnie brak zaangażowania ze strony związku w coraz liczniejsze wiosną 1989 r. strajki i konflikty socjalne (a nawet aktywne ich „gaszenie”, w imię reformy całego państwa) osłabił jego pozycję wśród pracowników. W efekcie do legalnej na nowo Solidarności przystąpiła tylko niewielka część jej dawnych członków.

Zwycięstwo wyborcze 4 czerwca 1989 r. i sukces, jakim było utworzenie rządu przez Tadeusza Mazowieckiego, paradoksalnie również osłabiły związek. Nagle okazało się, że najważniejsze decyzje nie zapadają już na forum Krajowej Komisji Wykonawczej, lecz w klubie parlamentarnym oraz w rządzie.


Czytaj także: Solidarność to lekcja, którą trzeba odrabiać również dziś, na nowo. Bo świat jest ciągle dynamiczny – co pokazują wydarzenia na Ukrainie i Białorusi.


 

Solidarność zaczęła szukać dla siebie nowego miejsca w powstającej III RP, wahając się pomiędzy rozpinaniem „parasola ochronnego” nad kolejnymi rządami, bezpośrednim udziałem w polityce a powrotem do klasycznej funkcji związku zawodowego. Ale to już inna historia…

Nasze fundamenty

Chociaż od Sierpnia ’80 mija dopiero 40 lat, badanie dziejów Solidarności przypomina dziś czasem pracę archeologa. Ta piękna historia przywalona została zwałami kłamliwej propagandy i brutalnych represji, gruzem zdrady i ludzkich słabości, warstwami kolejnych rozczarowań i niespełnionych nadziei. Swoje dołożyły zmagania dawnych współtowarzyszy walki, którzy, wyrywając sobie z rąk dziedzictwo ruchu, wdeptywali w ziemię jego wartości.

Wydawać by się mogło, że z dawnego pięknego gmachu, symbolu polskich nadziei, pozostały już tylko ruiny. Jednak za bardem Solidarności Jackiem Kaczmarskim warto powtórzyć: „nie gruzy to, lecz fundamenty”. ©

Autor jest historykiem, specjalizuje się w dziejach Polski w drugiej połowie XX wieku. W latach 2011-16 był prezesem IPN. Obecnie przygotowuje monografię dziejów Solidarności.

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]