Bartosz Marzec: Jak to jest z tymi duchami?
Emi Buchwald: Myślę, że są. I chociaż sama nie do końca jestem w stanie określić, na czym ich obecność w naszym życiu polega, to – odkąd pamiętam – poświęcam jej swoją uwagę.
Kino daje narzędzia do duchologicznych badań?
Najlepsze z możliwych. Sam pierwotny nośnik – taśma filmowa, jej naświetlanie mogą przywoływać takie skojarzenia. Kino pozwala na eksperymenty, przenoszenie się w czasie i przestrzeni, umożliwia przyspieszanie albo spowalnianie biegu wskazówek zegara, swobodne przekraczanie granicy tego, co realne. Rejestruje rzeczywistość, ale pozwala uchwycić też jej metafizyczny wymiar.
I materializuje się on czasem w postaci dusiołka.
Jako nastolatka przeczytałam wiersz Bolesława Leśmiana, którego bohater, Bajdała, podróżuje przez świat, a kiedy zasypia, nawiedza go Dusiołek, próbując odebrać oddech. Kiedy Bajdale udaje się z tego koszmaru obudzić, pyta Boga, dlaczego stworzył tak straszne istoty.
Później zobaczyłam Dusiołka na obrazie „Nocna mara” Johanna Heinricha Füssliego – znajduje się on w kolekcji Detroit Institute of Art. Scenografki Ewa Mroczkowska i Zosia Wilczkowska zrobiły jego kopię.
Od razu wiedziałaś, że pojawi się w filmie?
Początkowo miał być obecny tylko w rozmowach bohaterów i na obrazie. Ale w pewnym momencie dałam scenariusz do przeczytania Kasprowi Bajonowi, który powiedział, że jego zdaniem Dusiołek powinien pojawić się także fizycznie na ekranie. Uruchomiło to moją wyobraźnię. A że w kinie ważne jest delikatne zakrzywianie rzeczywistości, dzięki tej postaci możemy wpisać zmagania bohaterów w szerszy kontekst.
Gdyby Dusiołek miał imię, mogłoby ono brzmieć „Przygnęba”.
Bohaterowie moich filmów zawsze komunikują się własnym, specyficznym językiem. Podobnie jest z rodzeństwem – Benkiem, Nastką, Janą i Frankiem z „Duchów”. Inspirowałam się językiem, którym porozumiewamy się z piątką mojego rodzeństwa i to właśnie z niego wywodzi się słowo „przygnęba”.
Chodzi o rodzaj niepokoju charakterystyczny dla niedzielnego popołudnia, ale też poważniejszych smutków, wywołanych trudnymi doświadczeniami.
W „Duchach” pokazujemy zresztą cały przekrój przygnęb. W ogóle dziwne, że ja to słowo tłumaczę, bo zawsze wydawało mi się oczywistym elementem języka. Wszyscy mówimy trochę inaczej, mamy swoje mikrosłowniki. Uśrednianie sposobu komunikacji w kinie nie ma sensu – szczególnie języka młodych ludzi, który szybko się zmienia.
Twoje relacje z rodzeństwem były ważną inspiracją w pracy?
Film rzeczywiście powstał pod wpływem naszych relacji i zmian, które nastąpiły w nich kilka lat temu. Inspiruję się literaturą i kinem, ale przede wszystkim staram się czerpać z życia, własnych doświadczeń i obserwacji. Bohaterowie mojej codzienności są dla mnie istotniejsi niż teksty kultury.
My w ogóle zaczynaliśmy jako dzieci od teatru w ogrodzie rodzinnego domu. Ze względu na miejsce ulokowania nazwaliśmy go Teatrem Szopka. Nasi rodzice mieli wtedy grono przyjaciół, które spędzało u nas dużo czasu ze swoimi dziećmi. Razem tworzyliśmy wieloosobową bandę, w której dorastaliśmy. W tym doświadczeniu upatruję źródeł mojego podejścia do robienia filmów, które opiera się na wspólnotowości i zespołowości.
Współpraca z każdym członkiem ekipy to osobna historia. Bardzo się cieszę, że przy „Duchach” pracowałam z ludźmi, z którymi zaczynałam moją filmową drogę: z operatorem Tomkiem Gajewskim, montażystką Anią Łuką, reżyserką dźwięku Olą Landsmann, kostiumografką Hanką Podrazą. „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” to debiut wielu z nas.
Filmy inspirowane własnymi doświadczeniami i językami bywają nieprzystępne dla widzów. Jak zabezpieczyć się przed takim ryzykiem?
Pisząc scenariusz, biorę to pod uwagę. Jednocześnie osobista perspektywa ma wielką wartość, bo nikt inny nie przeżył tego, co ty. Istotna jest dla mnie współpraca ze współscenarzystą Karolem Marczakiem. Opowiadamy sobie historie, z których później konstruujemy fabułę.
Zadajemy sobie pytania, podważamy i sprawdzamy nasze pomysły. To otwiera głowę. Oczywiście nie przekładamy naszych doświadczeń jeden do jednego, bierzemy z nich to, co jest nam potrzebne, i splatamy ze sobą, żeby stworzyć możliwie uniwersalną opowieść.
Czy podobnie jak Marek Koterski podczas pracy na planie dbasz, aby nie pominąć żadnego słowa zapisanego w dialogach?
Ciekawe, że wspominasz o tym reżyserze. W wypadku filmów Marka Koterskiego taka skrupulatność wydaje się niezbędna, bo dzięki niej dialogi i monologi są bardzo oryginalne – jednocześnie literackie i bliskie życiu. Całkiem niedawno obejrzałam jego debiutancki „Dom wariatów” z 1984 roku: w naprawdę mistrzowski sposób oddaje surrealizm życia rodzinnego.

I faktycznie, bardzo dbam o dialogi. Zazwyczaj słyszę je i piszę tak, żeby nie wymagały obudowywania półsłówkami, które aktorzy tak uwielbiają. Są po prostu przyzwyczajeni, że dialogi mają charakter szkicu, trzeba je dopracować na planie. Tymczasem jeśli coś jest napisane sensownie, powinno się obronić. „Zagadywanie” scenariusza rozcieńcza język bohaterów, sprawia, że postaci tracą charakter.
Aktorzy odnaleźli się w tym modelu pracy?
Iza, Bartek i Karolina to niezwykle zdolni i ambitni profesjonaliści. Tymek jako muzyk ma świetne wyczucie słowa i rytmu oraz doskonale wytrenowaną pamięć. Wszyscy wierzyli w to, co robimy, ufali mi.
Przed rozpoczęciem zdjęć należy bardzo dobrze przygotować się do pracy na planie. Dlatego spotykamy się, robimy próby, rozmawiamy o scenach. Aktorzy dobudowują do napisanych bohaterów i sytuacji swoje doświadczenia, osobiste konotacje. W ten sposób dokładają swoje światy do mojego i film zaczyna coraz intensywniej żyć, robi się coraz bardziej konkretny. Osobisty także dla nich.
Akcja filmu toczy się na warszawskim Powiślu.
Warszawa, jak wiemy, jest pełna duchów. Za ulicą Dobrą, która w nim występuje, stoją osobiste powody. Przez jakiś czas mieszkałam na Powiślu z siostrą. A na Dobrej ulokowali się nasi bracia. Oczywiście, gdyby to była inna nazwa, pewnie bym jej nie wykorzystała.
Dobra intryguje, gra z opowieścią. Bo przecież duchy, demony, dusiołki to często „siła, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni”. Poza tym nasi bohaterowie to przede wszystkim dobrzy ludzie pragnący dobra dla siebie nawzajem. Działający z dobrych pobudek.
Czym się zajmuje Twoje rodzeństwo?
Kuba jest grafikiem. Moja młodsza siostra, Sara, projektuje przedmioty, ostatnio łączy technologię druku 3D z organicznymi materiałami. Tymek robi filmy animowane i zajmuje się montażem. Z kolei Jonasz rozwija swoje umiejętności w grafice 3D i chciałby tworzyć rzeczy w stylu „Dusiołka”. Najstarsza w rodzeństwie Ania jest trenerką pilatesu – wnosi do naszej rodziny niezwykle istotny element fizycznej pracy nad sobą.
Zdarzało się Wam rywalizować?
Nie pamiętam, żebyśmy rywalizowali. Raczej wspieraliśmy się i rozwijaliśmy wspólne zajawki muzyczne, filmowe, książkowe. Wymienialiśmy się różnymi tytułami, razem słuchaliśmy i oglądaliśmy. Ja godzinami pozowałam Kubełkowi, gdy przygotowywał teczkę na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. On projektował gazetkę szkolną, do której pisałam recenzje filmowe. Razem chodziliśmy do kina.
W Przedszkolu Filmowym w Szkole Wajdy złożyłam do teczki czarno-białe zdjęcia wykonane starym zenitem, na którym każde z nas uczyło się fotografować. Przedstawiały moich braci w szale wyimaginowanych walk. Mój pierwszy nauczyciel dokumentu Piotr Stasik poradził, żebym zrobiła o nich film, bo mają w sobie coś magnetycznego.
W efekcie powstała etiuda szkolna „Bracia”?
Tak, to był mój pierwszy przedszkolny film. Pamiętam, że Andrzej Wajda po obejrzeniu go powiedział, że czuje niedosyt i czeka na kolejną część. To samo powiedział Kazimierz Karabasz podczas egzaminu wstępnego do Szkoły Filmowej w Łodzi, gdzie pokazywałam film.
Można powiedzieć, że „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” jest kontynuacją rozpoczętej w tamtym czasie drogi. Myślę, że kiedyś nakręcę po prostu wielką sagę rodzinną w stylu „Buddenbrooków” Tomasza Manna. Trochę oczywiście żartuję, ale scenariusz, nad którym teraz pracuję, niebezpiecznie zbliża się w stronę pokoleniowych opowieści!
W Twojej drużynie jest także reżyser Maciej Buchwald.
Podczas pracy nad „Duchami” Maciek nie był na planie tak często jak wtedy, gdy pomagaliśmy sobie przy krótkich filmach. Pracował w tym czasie nad serialem „1670”. Zawsze jednak czytamy swoje scenariusze i konsultujemy je nawzajem. Maciek ma bardzo dobrą intuicję. Kiedy poszukiwałam piosenki ze słowem „serce”, puścił mi kawałek „Serce” Syberii TDW, który stał się hymnem naszego filmu. Scena, w której rozbrzmiewa, nawiązuje do osiemnastych urodzin mojego brata.
Trzy z czterech głównych ról zagrali aktorzy profesjonalni. W czwartej obsadziłaś Tymoteusza Rożynka, który nim nie jest.
Już w moim dyplomowym filmie „Heimat” (2017) obok Justyny Wasilewskiej wystąpili Roman Szymczyk i Nastasja Tuszyńska, moi przyjaciele, rodzeństwo bez wykształcenia aktorskiego. W takim układzie to często zawodowi aktorzy próbują doskoczyć do naturalności i prostoty tak zwanych naturszczyków, którzy potrafią być nieprzewidywalni.
Dzięki temu moment kręcenia sceny staje się jeszcze intensywniejszy. Z kolei aktorzy niezawodowi chcą uczyć się od aktorów profesjonalnych, obserwują ich, podchwytują narzędzia. Takie obsadzanie jest już w jakiś sposób wskazówką reżyserską, wpływa na konwencję gry. Z punktu widzenia prowadzenia aktorów jest to jeszcze bardziej ekscytujące, bo pracuję z grupą wymagającą różnorodnego podejścia.
Bohaterowie noszą kostiumy w różnych kolorach, ale dominantą filmu jest błękit.
Kolorem Benka jest niebieski, Nastce towarzyszy czerwony, a z Janą kojarzy się biel. Franek jest bardziej zróżnicowany, ale jego ubrania korespondują z resztą rodzeństwa. Jeśli chodzi o ultramarynę, już w prezentacjach na temat filmu używałam tego koloru zainspirowana niebieskim tytułem filmu „Kobieta pod presją” Johna Cassavetesa.
Potem Kuba, mój brat, wykorzystał go nie tylko w napisach, ale również na plakacie z Dusiołkiem. Bardzo mnie cieszy świetne przyjęcie tego plakatu, jest nieodłączną częścią filmu. Dystrybutorzy powinni mieć odwagę, żeby kreować modę i gusta, a plakat jest do tego doskonałym narzędziem.
Skoro o modzie: na Instagramie prowadzisz „Dobre stylówki starszych pań”.
Cieszę się, że o tym mówisz, bo ten profil łączy moją zajawkę fotograficzną, dokumentalną i modową. Obserwuję i czerpię inspiracje od pań, które mają świetny gust i wyróżniają się na tle dominującej mody sieciówkowej. Ostatnio brakuje mi przestrzeni na prowadzenie „Dobrych stylówek”, ale czasem intuicja podpowiada mi, że gdy wyjdę z domu, spotkam świetnie ubraną starszą panią.
Twoje wcześniejsze filmy, zrealizowane w Studiu Munka krótkie metraże „Echo” i „Piękna łąka kwietna”, a także „Heimat” i „Nauka”, czyli dyplomy ze Szkoły Filmowej w Łodzi, zostały bardzo dobrze przyjęte. Czy pomogło Ci to zadebiutować w pełnym metrażu?
Zastanawiam się nad tym, co właściwie wpływa na możliwości robienia pełnometrażowych filmów w naszych realiach. „Heimat” i „Nauka” na pewno zwróciły na mnie uwagę producentów i pomogły zrealizować kolejne krótkie filmy w Studio Munka. Ale od zaistnienia w świadomości do współpracy jest bardzo długa droga.
„Duchy” napisaliśmy z myślą o niskobudżetowym filmie, który ma szansę powstać w krótkim czasie. Studio Munka daje wolność artystyczną, ale niestety nie jest wystarczająco dofinansowane. Pomijając możliwości realizacyjne, nawet niskie budżety powinny zapewniać twórcom wynagrodzenie pozwalające w czasie produkcji skupić się tylko na pracy nad tak ważnym filmem, jakim jest debiut.
Studio Munka prowadzi programy, które są przeznaczone m.in. dla twórców debiutujących w pełnym metrażu. Kolejne długie filmy muszą zrealizować już w innym miejscu.
I tu chyba pojawiają się największe schody. Często mam wrażenie, że twórcy, których debiuty zdobyły uznanie krytyki i publiczności, odniosły sukces festiwalowy, muszą dużo dłużej czekać na możliwość zrobienia kolejnego filmu niż osoby realizujące kino komercyjne. Przydałaby się tu jakaś zmiana.
Co miałoby się zmienić?
Producenci powinni mieć odwagę Jerzego Kapuścińskiego i Katarzyny Malinowskiej ze Studia Munka, którzy wierzą w kino autorskie. W większych instytucjach brakuje zaufania do twórców i przestrzeni na odchodzenie od schematu – nawet jeśli są mocne przesłanki, że może się udać.
Swoją drogą nieudane eksperymenty też są potrzebne, bo pozwalają się kinu rozwijać. Dominujące platformy streamingowe inwestują w filmy i seriale, które wpisują się w algorytmy. „Duchy” nie mają nic wspólnego z algorytmami, a patrząc na reakcje widzów i krytyków, okazuje się, że taki film był potrzebny.
Zdarzają się wyjątki w polityce platform, jak w przypadku wspomnianego serialu „1670”. Kuba Razowski z Netfliksa miał odwagę zaufać twórcom i opłaciło się, bo ten serial stał się fenomenem.
Potrzebujemy zatem producentów, którzy zainwestują w kino, które nie jest koniunkturalne ani schematyczne, ale szczere i oryginalne. Więcej intuicji, mniej algorytmów.
EMI BUCHWALD (ur. 1991) – reżyserka i scenarzystka. Absolwentka reżyserii Szkoły Filmowej w Łodzi i kursu dokumentalnego w Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Twórczyni nagradzanych krótkich metraży, m.in. „Piękna łąka kwietna” (2022), „Heimat” (2017) i „Nauka” (2016). Jury 50. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni przyznało jej Złote Lwy za reżyserię pełnometrażowego debiutu „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, a film, wchodzący właśnie do kin, okazał się rewelacją festiwalu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















