Rzadko zdarza się film, szczególnie polski, w którym nie czułoby się kalkulacji i sformatowania. Taki, do którego wchodzi się jak w swojski świat – nawet jeśli daleki od znanego. Bo nie każdy przecież, jak jeden z bohaterów tego filmu, chciałby uciekać z własnych urodzin.
Co ciekawe, „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” od początku wystawia tę swojskość na próbę: kamera krąży po zamieszkałych, choć pustych pokojach rodzinnego domu, gdzie zagnieździł się włochaty dusiołek, wzięty prosto z polskiej poezji albo z „gotyckich” płócien. Ryzykowny to pomysł, bo zaburza wygodne umoszczenie się w tych pokojach.
Ale debiutująca reżyserka Emi Buchwald i współtwórcy tego filmu nie boją się ani banałów, ani ekscentryzmów. Potrafili z tego zbudować coś w rodzaju filmowego schronu, w którym kłębią się bliskie więzi i emocjonalne wędzidła. A historia czwórki dorosłego rodzeństwa, które – każde na swój sposób – próbuje dorosnąć, opowiedziana została z pozbawionym kokieterii wdziękiem.
Rodzeństwo w centrum historii filmu „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”
Trochę niezgrabnym, bo tak właśnie zachowują się niegdysiejsi i obecni mieszkańcy lokum przy ulicy Dobrej w warszawskim Śródmieściu. Dzisiaj w mieszkaniu po rodzicach zostali już tylko bracia, czyli Benek (Bartłomiej Deklewa) i najmłodszy z rodzeństwa Franek (Tymoteusz Rożynek), podczas gdy ich siostry, Nastka (Izabella Dudziak) i Jana (Karolina Rzepa) mieszkają osobno.
Wszyscy oni są w wieku pomiędzy 20+ a 30+, zawieszeni między samodzielnością a współzależnością – „Nie ma duchów...” to znowu ten nieczęsty w naszym kinie przypadek, kiedy przerabia się dogłębnie relacje między dorosłym, w dodatku licznym rodzeństwem.
Trudno zrazu rozgryźć, kto jest kim dla kogo i jakie tworzy z innymi konstelacje, albowiem Buchwald i Karol Marczak napisali swój scenariusz językiem żywym i rwanym, a całość podzielona została na osobne rozdziały, opatrzone zdawkowymi tytułami. Z tych luźnych epizodów wyłania się jednak spoisty obraz. Podobnie rzecz się ma z bohaterami – bardzo różni od siebie i fizycznie mało podobni, tworzą wspólnie jeden dziwny czterogłowy organizm.
I także o tym – o byciu ze sobą blisko, czasem aż za blisko – opowiada Buchwald. To ostatnie dotyczy zwłaszcza bliźniaków, Nastki i Benka, którzy na różne sposoby radzą sobie ze swoim organicznym wręcz przywiązaniem. Ktoś tu za bardzo, albo dla odmiany za mało, martwi się o to drugie. Ktoś komuś niespodziewanie zwala się na chatę, a potem nagle znika, to znów zakłada bez pytania czyjeś ciuchy...
Jesteśmy w samym środku nieprzewidywalnej rodzinnej dynamiki, w rozkminach śmiertelnie poważnych i bardzo niepoważnych jednocześnie, pośród codziennych niezręczności i drobnych czułości.
Autentyzm i młode pokolenie w filmie Emi Buchwald
Fakt, iż w gronie aktorów profesjonalnych znaleźli się amatorzy, w tym wspomniany Rożynek, czyli raper Szczyl, nadaje tym rozmaitym „stylom przywiązania” (bo o nich też na ekranie się rozprawia) niewymuszone kształty. Dzięki temu film, który jest w dużej mierze o wczesnodorosłej „przygnębie”, ma w sobie rześkość i autentyzm, nieprzedobrzone wyluzowanym dialogiem czy hiphopową muzyką.
„Tacy właśnie jesteśmy” – słyszy się często po seansie od rówieśników Nastki czy Benka, cytujących tytuł serialu Luki Guadagnino. Chociaż trudno dopatrzyć się u Buchwald ambicji stworzenia kina programowo „pokoleniowego”, w każdym razie nic na siłę.
Oglądamy po prostu zainscenizowany wycinek znajomego jej świata, komicznie pokomplikowany i zarazem wzruszająco naiwny. Oczywiście, patrząc na te problemy ze sobą i z innymi, łatwo byłoby zarzucić reżyserce środowiskową wsobność. Oglądamy przecież ludzi, którym obce zdają się przyziemne sprawy większości młodych.
Benek i Franek zmuszeni są współdzielić odziedziczone lokum na Dobrej, lecz pracują sobie raczej bezwysiłkowo w hipsterskiej kawiarni (fakt: ten drugi trochę jeszcze dorabia nielegalnie). A życie Nastki związane jest z uczelnią, Jany zaś z galeriami sztuki, co także nie nastręcza im dylematów czysto bytowych. Buchwald nie bawi się jednak w socjologiczne rozpoznania.
Cała historia nie wykracza poza siostrzano-braterski mikrokosmos i siłą filmu jest to, że rozrasta się on na naszych oczach do rozmiarów gęstej, trudnej do ogarnięcia – i do rozerwania – międzyludzkiej grzybni. Nic dziwnego, że w pewnym momencie Franek, ten rzekomo najbardziej problematyczny, zawoła: „Mam dosyć bycia nami!”. Zazwyczaj filmy spod znaku „żyć własnym życiem” dotyczą relacji między rodzicami a dziećmi albo partnerami w związku i „Nie ma duchów...” wyraźnie przełamuje ten schemat.
Dom jako bohater filmu „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”
Wiele tu sprzecznych przekazów, wysyłanych do drugiej osoby i do widza. Sporo też znaczących przemilczeń, takich jak na przykład nieobecność rodziców Nastki, Benka, Franka i Jany. Są gdzieś poza kadrem, czasami się o nich mówi, aczkolwiek duchy z mieszkania na Dobrej mają niewiele wspólnego z typowymi demonami dzieciństwa, fundowanymi przez matki czy ojców. Każdy ma swoje, trudne do zdefiniowania.
Nawet Jana, najstarsza i pozornie najdojrzalsza z całej czwórki, opanowana i zajęta pracą twórczą, okaże się bardzo delikatnym ogniwem. Nikt jednak nie jest tutaj zupełnie sam – ze swoimi atakami paniki, obsesjami czy lękami. Ciekawe, że znowu pełnoprawnym i niekoniecznie pozytywnym bohaterem filmu staje się wypełniony dawnymi głosami dom. Niedawno była o tym mowa przy okazji „Wartości sentymentalnej” Joachima Triera i „Wpatrując się w słońce” Maschy Schilinski.
Czułe kino o dorastaniu i więzach rodzinnych
W przypadku filmu Buchwald następuje podobne ożywienie domu – przestronne mieszkanie w starej kamienicy pamięta dzieciństwo czwórki bohaterów, nadal przechowuje ich dziecięce strachy i najwyraźniej domaga się rytualnego oczyszczenia. I nawet gdy Buchwald traktuje to dosłownie, nie pozbawia filmu emocjonalnej szczerości.Ona waży więcej niż proste odpowiedzi na pytanie, o czym właściwie jest ten film.
Czy o wygnaniu z dzieciństwa i nierównoległym wchodzeniu w dorosłość? O „stylach przywiązania” i komunikacji? Czy może po prostu o wspólnotowym budowaniu „bazy” z pościeli, w której można się schować, ale z której też czasem dobrze jest uciec. Najważniejsze, że sama Buchwald nie robi z tej bazy artystycznej instalacji, lecz subtelne, wrażliwe na szczegół kino.
Wpisane w żywą tkankę miasta, przenikliwe i zabawne w portretowaniu rozmaitych „typów” i „typiar”, nakręcone zdawałoby się lekką ręką, choć przede wszystkim ręką bardzo pewną.
NIE MA DUCHÓW W MIESZKANIU NA DOBREJ – reż. Emi Buchwald. Prod. Polska 2025. Dystryb. Kino Świat. W kinach od 13 marca.
EMI BUCHWALD ukończyła Szkołę Filmową w Łodzi. Za swe krótkie metraże dokumentalne i fabularne – „Nauka” (2016), „Heimat” (2017), „Piękna łąka kwietna” (2022) czy „Echo” (2013) – otrzymała wiele nagród. „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” jest jej debiutem pełnometrażowym, nagrodzonym w Gdyni m.in. za reżyserię i Złotym Pazurem im. Andrzeja Żuławskiego. Rozmowa z reżyserką na s. 72.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















