W poszukiwaniu Wielkiego Tematu Polskiego. Wajda, jakiego nie znacie

W dorosłości, gdy już nie trzeba, a można, nawet lektura szkolna przemawia innym głosem. Tak miałam z Andrzejem Wajdą.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

A może by tak o Roku Wajdy – zasugerował redaktor. Poczułam błysk wyzwania, bo napisać coś osobistego na temat rocznicowy, czyli z założenia trochę konwencjonalny i grzeczny jak laurka okolicznościowa, to zawsze niemały trud. Ale też przypomniał mi mój własny trud widzowski – dobrowolnego poznawania i polubienia dzieł reżysera, którego poznało się akurat nie w porę. I odkrycia przy tym czegoś, czego się nie spodziewałam.

Nie w porę, bo moje świadome zapoznanie z filmami Andrzeja Wajdy przypadło na erę adaptacji lektur szkolnych, gdy do kina zabierano całe klasy zapewniające frekwencyjny rekord. Była to milenijna tradycja, bo tych wysokobudżetowych ekranizacji powstawało wiele

 Dla uczniów oczywiście atrakcja, same filmy też nie były wcale złe, ale ciążyło na nich skojarzenie z lekturą obowiązkową, czyli czymś, czego młody człowiek zwykle z zasady nie lubi, nawet mimo starań nauczycieli, by przedstawić je ciekawie. Nie wypada wtedy, by się podobały, właśnie dlatego, że wypada je szanować.

Ja również z umiarkowanym entuzjazmem odnosiłam się do obowiązków szkolnych i tak zapamiętałam wizyty na „Panu Tadeuszu” i „Zemście”. Sam Andrzej Wajda cieszył się wówczas już statusem reżysera za życia upomnikowionego, co nie sprzyjało mojemu zainteresowaniu.

Kiedy bardziej się polubiłam z Wajdą

Ale bywa tak, że już w dorosłości, gdy nie trzeba, a można, to kanon, a nawet i lektura szkolna potrafi przemówić do nas innym głosem. Do tego jest taki moment w życiu niegdysiejszego, a pewnie i współczesnego studenta, gdy nie do odparcia staje się czar jazzowych, skuterowych czasów odwilży lat 50. Wtedy ogląda się „Niewinnych czarodziejów”, zwłaszcza gdy samemu ma się tendencję do szpanowania pozorowanym chłodem.

A potem już można oglądać i „Ziemię obiecaną”, i „Wesele”, a jeśli trafi się na grono znajomych kinomanów, zostać też wtajemniczonym w straszną historię o koniu z „Popiołów”, wreszcie zaś dyskutować z legendą już po swojemu, i doceniać, i marudzić.

Ja bardziej polubiłam się z Wajdą, gdy pracowałam nad „Wyrobami” i odkryłam jego wcale niemały epizod etnograficzny. Ta niepopularna i niedoceniana, mysio skromna dziedzina, w której i ja miałam przyjemność się kształcić, stała się jego drogą do filmu: jeden z pierwszych małych, bardzo szkolnych dokumentów poświęcił ceramice iłżeckiej.

Wiele lat później stworzył dokument „Zaproszenie do wnętrza” o niesamowitej kolekcji Ludwiga Zimmerera, korespondenta zachodnioniemieckiej prasy w Warszawie. Zimmerer pokochał sztukę twórców ludowych i nieprofesjonalnych, która była wtedy, owszem, modna, ale jego akurat i dzieła, i osobowości artystów pochłonęły bez reszty.

Wajda z kamerą chodzi po mieszkaniu, w którym „nie tylko ludzie patrzą na przedmioty, ale również przedmioty patrzą na ludzi”, a gospodarz opowiada bez końca, starając się wciągnąć widza w światy wyobraźni czasem nieprzystępnych outsiderów, których uważał za swoich nauczycieli: Stanisława Zagajewskiego o groźnej, zaludnionej przez potwory fantazji, pracowitej Marii Korsak.

„Zaproszenie...” to trochę dokument ze swoich czasów, poświęcony tematowi, który bywał wówczas lubiany, choć zwykle powierzchownie, a nawet eksportowy. Ale widać, że Wajda przygląda się mu uważniej, i pewnie też wybrał z namysłem. Chodzi mu o coś trochę innego niż Zimmererowi, bo kolekcjoner opowiada o życiorysach, potrzebach i motywacjach artystów, a Wajda poszukuje odruchowo, również w sztuce outsiderów, Wielkiego Tematu Polskiego. 

Da się jednak zobaczyć, że wątku ludowego musiało mu może na co dzień trochę brakować, i że rozumiał tę twórczość taką, jaką była. Tak jak w swoim pierwszym filmie, „Pokoleniu”, który powstał w 1954 r., więc musiał siłą rzeczy nosić obowiązkową wówczas warstwę socrealistycznej politury.

Jest w nim jednak coś, czego socrealizm nie akceptował: motyw z twórczości oddolnej prawdziwej, takiej z odrobiną lukru i sentymentalnej łezki, a nie inscenizowanej. Prawdziwy wyrób, który znalazł się potem na wspomnieniowej wystawie w krakowskim Muzeum Etnograficznym. To ekran fotograficzny w kształcie serca, przypominający trochę staromodny tatuaż z ptaszyną i napisem „Czekaj – ja wrócę”.

Gołębie pod Muzeum Etnograficznym, w którym kiedyś eksponowano ekran -serce // Fot. Olga Drenda
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 10/2026

W druku ukazał się pod tytułem: A może by tak o Roku Wajdy