Jak rozumieć sztukę nowoczesną? Przewodnik po muzeach bez stresu

Delfina Jałowik, dyrektorka krakowskiego Bunkra Sztuki: W dużych muzeach warto spacerować i napawać się widokami. Bez presji, że musimy zaliczyć każde ważne dzieło.
Czyta się kilka minut
Praca Nadii Markiewicz na wystawie „Ruch, który wraca" w Galerii Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki. Kraków, 7 grudnia 2025 r. // Fot. Jacek Taran
Praca Nadii Markiewicz na wystawie „Ruch, który wraca" w Galerii Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki. Kraków, 7 grudnia 2025 r. // Fot. Jacek Taran

Jacek Taran: Patrzę i patrzę, ale mi się nie podoba. Czy to w porządku?

Delfina Jałowik: Współcześnie kategorie piękna, dekoracyjności, tego, co „ładne” i co nam się podoba, nie zawsze pokrywają się z tym, co w sztuce współczesnej jest uznawane za wartościowe i ważne. Jeśli coś mi się „podoba”, zazwyczaj oznacza to, że chciałabym mieć to w domu. 

Kiedy wchodzimy w dialog ze sztuką współczesną, kategoria „podoba się lub nie” powinna ustąpić pytaniu: „czy to mnie zaciekawia?”. 

A jeśli nie?

Żaden problem. Możemy pójść dalej i poszukać takiej pracy, która coś w nas poruszy.

Na pewno nas nie zrelaksuje.

To prawda. Sztuka współczesna stawia nas w centrum tematów, od których wolimy uciekać: wojny, strachu, poczucia zagrożenia. Konfrontuje nas z lękami, a my musimy zgodzić się wejść w ten dyskomfort i poddać refleksji, która w nas zostanie. To nie jest dla wszystkich. Świadome przeżywanie jest niesamowicie trudne, a w zmęczeniu i pośpiechu nie zawsze jesteśmy na to gotowi. To trochę jak z ambitnym kinem

Bardzo dużo mówiło się ostatnio o filmie „Dom dobry”, prawda?

Obejrzały go 3 miliony widzów.

A czy oglądanie tego filmu nas relaksuje? Raczej zmusza do przyjrzenia się zjawisku domowej przemocy, do zderzenia się z nią bardzo bezpośrednio, także cieleśnie. Sztuka potrafi działać w podobny sposób.

Ale częściej operuje metaforą. Film pokazuje wiele rzeczy wprost.

Oczywiście, kino jest dużo bardziej przystępne, nawet jeśli podejmuje trudne tematy. Ale poziomy odbioru są różne. Możemy odebrać je wyłącznie cieleśnie albo wejść na poziom ogólnej refleksji i zacząć się zastanawiać: jak wygląda dzisiejsze społeczeństwo. Możemy też oglądać film, budząc w sobie czułość wobec drugiego człowieka, zapytać siebie, jak my byśmy zareagowali w podobnej sytuacji. 

W sztuce to działa podobnie, tylko inaczej rozłożone są akcenty. Ona może być bardzo zniuansowana: delikatnie podszeptywać konteksty albo uderzyć w nas mocą obrazu, czymś, czego nie da się zapomnieć. Jednej drogi po prostu nie ma.

No dobrze, a banan przyklejony do ściany? Co oznacza?

W takich akcjach chodzi o wywołanie dyskusji na temat mechanizmów rynku sztuki. Banan opowiada o tym, że to najbogatsi kolekcjonerzy i inwestorzy modelują cenę dzieła. Podbijają ją w sposób sztuczny. Mogą nam potem pstryknąć w nos i pokazać: „zapłaciliśmy za to tyle, a możemy to po prostu zjeść albo wyrzucić – to nie ma znaczenia”. 

Praca Maurizio Cattelana „Comedian” zaprezentowana w 2019 roku na Art Basel Miami Beach // Fot. Rhona Wise / EPA / PAP

Współczesny rynek sztuki to rynek galerii. Rządzą nim mechanizmy inwestycyjne. Do tego dochodzi dziś kontekst wojny i ogólnej niepewności jutra, w której ludzie zastanawiają się, czy w ogóle warto inwestować w sztukę.

Wydaje mi się, że o to chodziło właśnie w słynnej akcji z bananem: pokazanie, że wiele współczesnych gestów artystycznych działa wyłącznie w obszarze ekonomicznym.

A „Niebieski kwadrat” Kleina? Przecież pomalować płótno na jeden kolor to każdy potrafi.

To zupełnie inny temat. Klein stworzył własny pigment, International Klein Blue, jako wynik wielu eksperymentów. Ten kolor stał się rozpoznawalnym tworzywem jego prac i przeszedł z abstrakcji w dialog z ciałem w jego antropometriach. Więc nie sprowadzałabym Kleina tylko do „plamy koloru”. 

Natomiast to pytanie otwiera dyskusję na temat tego, jak interpretować sztukę abstrakcyjną, która nie przedstawia rzeczywistości ani w sposób realistyczny, ani zdeformowany. Co ona nam daje? Jak na nas działa? Czy musimy szukać odwołania do rzeczywistości? 

Obraz Yves’a Kleina, „Untitled Blue Monochrome IKB 328” (1959) wystawiony na aukcji w domu aukcyjnym Piguet. Genewa, 19 czerwca 2025 r. // Fot. Fabrice Coffrini / AFP / East News

Warto postawić sobie pytanie: czego szukamy jako odbiorcy? Może porządku, rytmu linii, może kolorów, które nas uspokajają lub pobudzają. Według mnie, kiedy mówimy o sztuce, powinniśmy mówić o sztuce wobec odbiorcy

Ważniejsze jest osobiste doświadczenie niż to, co przeczytam w ulotce kuratorskiej na ścianie?

Doświadczenie jest kluczowe, bo to ono sprawia, że chcemy wrócić do galerii. Miejsce musi się nam kojarzyć z jakąś emocją. Ja lubię czytać ulotki, lubię wstępy do wystaw, chociaż nie zawsze je rozumiem, a czasami mnie denerwują.

Ostatnio byłam w Düsseldorfie, w dwóch ważnych instytucjach sztuki współczesnej, K20 i K21, w tym na wystawie sztuki queerowej, tworzonej w modernizmie. I tam każdy rozdział wystawy, oprócz wstępu kuratorskiego, miał wstęp pisany prostym językiem. To jest trend, który świetnie działa. Można przeczytać mądry tekst dla specjalistów, a obok tekst dla wszystkich. Z perspektywy osoby, dla której niemiecki nie jest językiem ojczystym, one właśnie były idealne.

Ten trend przyjmie się też u nas?

Tak mi się wydaje. Ostatnio po raz pierwszy zrobiliśmy literackie opowiadanie o historii Bunkra Sztuki. Można obejrzeć wystawę poświęconą naszej historii, archiwom („Bunkier. Historia aktywna”), ale też posłuchać, w jaki sposób Dominika Słowik stworzyła swoją własną opowieść o dziejach galerii. I to nie jest narracja związana z konkretną wystawą, to nie jest audioprzewodnik. Łączenie potencjału literatury i sztuk wizualnych jest fascynujące. Artyści filtrują rzeczywistość przez obrazy, formy, materiały; literaci przez słowo, które tę wrażliwość oddaje.

Myślisz, że to jest sposób na to, żeby sztuka nowoczesna była bardziej przystępna?

Tak, to jeden ze sposobów. W instytucjach możemy tworzyć wiele ścieżek: dla jednej osoby audioprzewodnik, dla innej książka, dla kogoś spacer i zatrzymanie się przy dwóch, trzech pracach. To zależy od tego, z jaką potrzebą wchodzimy do galerii, z jakim bagażem doświadczeń, wiedzy. Zadaniem instytucji jest tak stworzyć program, by każdy mógł wyjść z czymś dla siebie. Ale też pogodzić się z tym, że nic nie jest dla wszystkich.

Dużo czasu spędzasz oglądając wystawę?

Po raz pierwszy od kilku lat zdarzyło się, ostatnio w warszawskim MSN, gdzie byłam na otwarciu wystawy „Kwestia kobieca 1550-2025”, że przeczytałam każdy tekst i obejrzałam prawie każdą pracę. Zajęło mi to trzy godziny. Bardzo tego potrzebowałam – zobaczyć wszystko.

To się rzadko zdarza?

Żyjemy w pośpiechu, skupiamy się na masie codziennych zadań i w tym natłoku obowiązków instytucje sztuki muszą walczyć o uwagę odbiorcy. Już sam fakt, że ktoś poświęca swój czas i fizycznie jest obecny w galerii, jest sukcesem trudnym do osiągnięcia. 

Oczekujemy szybkich efektów, chcemy wszystko natychmiast zrozumieć, nie mamy cierpliwości, by się w coś zagłębiać, a jeśli czegoś nie rozumiemy, to często nas to zniechęca. 

Wielu moich znajomych przed wizytą w galerii czyta wszystkie informacje o tym, co zobaczą. Analizują historię, sprawdzają, co jest w zbiorach. Ja mam strategię przeciwną: nic nie czytam. Zdaję się na samo doświadczenie i dla mnie jest ono najważniejsze. Idąc do galerii, naprawdę nie musimy o danym artyście wiedzieć wszystkiego. Nie o to w sztuce chodzi.

A o co chodzi?

Musimy być gotowi na różne emocje: oburzenie, niezgodę, złość, dyskomfort, może nawet obrzydzenie. Jeśli sztuka współczesna jest dziś w stanie coś w nas poruszyć, to to jest jej największe osiągnięcie. Na ile jakaś praca ze mną rezonuje, pozwala lepiej coś zrozumieć albo zwraca uwagę na zjawisko, którego wcześniej nie znałam, a które nagle staje się ciekawe. W świecie nadmiaru obrazów i bodźców wokół nas naprawdę coraz trudniej jest się zatrzymać, sprawić, żebyśmy chcieli czymś się zainteresować.

Jak zatem mówić o sztuce?

Trzeba podkreślać, że sztuka współczesna mówi o naszej najbliższej rzeczywistości, sąsiedztwie. Artyści żyją tu i teraz, obok nas, więc powinniśmy znaleźć wspólny język, wspólne konteksty. Ale to, że nie zawsze je znajdujemy, też jest okej. Nie musimy wszystkiego rozumieć.

A dlaczego nie rozumiemy?

Ponieważ sztuka współczesna nie jest częścią naszej edukacji. Ale jakiś czas temu doszłam do wniosku, że powinniśmy przestać nieustannie to krytykować. Jeśli reprezentujemy instytucję publiczną, to po prostu trzeba skupić się na tym, co jest do zrobienia. A misją muzeów jest właśnie nadawanie dziełom znaczenia. Umieszczając je w galerii, pokazujemy: „to jest wartościowe”. A skoro jest wartościowe, musimy wziąć na siebie zadanie opowiedzenia o tym dziele.

Jak wzbudzić refleksję?

Nie ma na to gotowych recept. Jeśli skupiamy się na pokazywaniu wyłącznie największych nazwisk, wpadamy w trend: „tę wystawę trzeba zobaczyć”. Świat sztuki żyje takimi wydarzeniami: w zeszłym roku była to na przykład wystawa Davida Hockneya, potem duża wystawa Yayoi Kusamy, która krąży po Europie, retrospektywa Gerharda Richtera. Ludzie specjalnie podróżują, by obejrzeć wystawy artystów z kanonu historii sztuki. Ale to jest bardziej trend „zaliczania” niż głębsza refleksja.

A czy krytycy są dzisiaj przewodnikami? 

Przez ostatnie kilkanaście lat działy kultury w mediach były zmniejszane albo zamykane. To zawęża środowisko i powoduje, że zaczynamy szukać miejsc, gdzie w ogóle można wypowiadać się o wystawach czy twórczości artystów. Liczba magazynów o sztuce w Polsce radykalnie się zmniejszyła. Duża część krytyki przeniosła się na portale specjalistyczne, ale to są miejsca dla niewielkiej grupy, która i tak chodzi do galerii.

Zmienił się też model współpracy z instytucjami publicznymi. Kilkanaście lat temu media udzielały patronatów przedsięwzięciom, które uznawały za wartościowe. Dziś w zasadzie patronat medialny jest patronatem płatnym. A to prowadzi do tego, że zamiast tekstów krytycznych pojawiają się artykuły sponsorowane, reklamy, banery. I mam poczucie, że prawdziwej krytyki już tam nie ma.

Może jej nie potrzebujemy?

Może to niepopularne spojrzenie, ale myślę, że ze względu na niedobór wiedzy o sztuce współczesnej u odbiorców i uprzedzenia wobec niej, krytyka, która mogłaby ich jeszcze bardziej zniechęcić, może być niepotrzebna. Mamy ogromną liczbę wydarzeń, warto więc polecać rzeczy naprawdę wartościowe. Nie musimy mówić o tym, co nam się nie podoba. To podejście wynika z przekonania, że budowanie pozytywnego komunikatu o sztuce, podkreślanie wartościowych rzeczy w formie merytorycznych, niesponsorowanych tekstów, to jest realna wartość, którą możemy wnieść.

Tylko czy ktoś to czyta?

Są tygodniki, gdzie dział kultury nadal istnieje i gdzie jest miejsce dla sztuki. Ale w dużej mierze mówienie o sztuce przenosi się, tak jak wiele dziedzin życia, do mediów społecznościowych. A sztuka jest dziedziną wizualną, więc atrakcyjne, krótkie formy i skrótowe opowieści działają. To też jest forma krytyki, która pokazuje, co jest dobre, na co warto pójść. 

Musimy pamiętać, że sztuka współczesna nigdy nie będzie przyciągała milionów. Trzeba intensywniej popracować nad tym, jak o niej opowiadać, zaczynając od zupełnie innych poziomów. Próbuję to robić tutaj w Bunkrze Sztuki: opowiadamy o sztuce dzieciom, które przychodzą z rodzicami. A rodzice często są u nas po raz pierwszy. 

Ważne jest wspólne bycie wobec sztuki, przeżywanie jej razem. Dlatego tworzymy także prezentacje sensoryczne dla dzieci, a zajęcia planujemy tak, by również dorośli coś z nich wynosili, choć nigdy nie ma pewności, jak ta strategia zadziała. 

Tu ważne jest wyczucie: nie zniechęcić, lecz sprawić, by kontakt ze sztuką stał się naturalnym sposobem spędzania czasu. Galeria może w tym pomagać, oferując komplet doświadczeń w krótszym czasie, ale bez przytłoczenia nadmiarem.

To częsta bolączka: wychodzę z muzeum po paru godzinach z poczuciem pustki spowodowanej nadmiarem.

Ja staram się w dużych muzeach bardziej spacerować i napawać widokami, niż przechodzić mechanicznie od pracy do pracy. Iść powoli i sprawdzać, który obraz coś do mnie mówi, przy którym chcę się zatrzymać bez presji, że musi to być konkretne „ważne” dzieło.

Te wszystkie muzealne mapki z „najważniejszymi pracami” sprawiają, że jesteśmy ślepi na prace, które mogłyby nas bardziej zainteresować. W głowie mamy obraz „mistrza” z podręczników, a omijamy rzeczy, które mogłyby nas zachwycić, choć nigdy wcześniej ich nie widzieliśmy.

Kto dziś zostaje mistrzem?

O wartości rynkowej dzieła decyduje obecność prac artysty w kolekcjach publicznych, udział w wystawach, kwoty sprzedaży w galeriach i domach aukcyjnych. Do tego dochodzi aspekt marketingowy, widoczność w przestrzeni publicznej. Wszystko to składa się na pozycję w świecie sztuki i na rynku. Cały ten mechanizm nie jest łatwy do wyjaśnienia ani do policzenia. 

I oczywiście może być tak, że dzieło jest autorstwa topowego artysty, a odbiorca nadal nie rozumie, dlaczego on jest topowy.

Delfina Jałowik, dyrektorka Galerii Sztuki Współczesnej "Bunkier Sztuki". Kraków, 2025 r. // Fot. Krzysztof Marchlak / materiały prasowe Galerii Bunkier Sztuki

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 14/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Do trzech razy sztuka