Strach stał się naszym dziedzictwem: historia Romów w malarstwie Krzysztofa Gila

Krzysztof Gil, artysta wizualny: W wielu krajach Europy urządzano polowania na Romów. Obcięte nosy i uszy pokazywano jako trofea, układano ofiary romskie w pokocie obok zajęcy i ptaków.
Czyta się kilka minut
Krzysztof Gil w swojej pracowni na tle niedokończonego obrazu "The Young Rajah" Kraków, 31 października 2025 r. // Fot. Jacek Taran
Krzysztof Gil w swojej pracowni na tle niedokończonego obrazu "The Young Rajah" Kraków, 31 października 2025 r. // Fot. Jacek Taran

Jacek Taran: Idealne miejsce pracy?

Krzysztof Gil: Kiedy szukam mieszkania albo pracowni, zwracam uwagę przede wszystkim na światło i przestrzeń – chcę mieć dużo nieba. Zieleń za oknem i kontakt z naturą też mają znaczenie – bez nich szybko się męczę.

Twoje obrazy pełne są ochry i ugrów.

Tak, choć nie jest to do końca świadoma decyzja. Rzeczywiście lubię kolory ziemi – brązy, czerwienie. Jeśli nakładam na rzeczywistość zielony filtr, to dlatego, że tak właśnie widzę świat. Staram się pokazać jego wersję nieco odmienną od tej, którą widzimy na co dzień.

Zatem sztuka nie polega na odtwarzaniu rzeczywistości.

Dla mnie obraz jest opowieścią o alternatywnym świecie. Tworzę go, by zwrócić uwagę na coś istotnego. To sposób na opowiadanie historii – inny niż publicystyka czy literatura. Obraz działa metaforą, otwiera wiele możliwych interpretacji. Ważne też, jak działa na odbiorcę. To mnie fascynuje, bo intencja artysty to jedno, a widz może zobaczyć w pracach coś zupełnie innego.

A o czym opowiadasz?

Przede wszystkim o historii Romów, która jest historią dyskryminacji, prześladowań, czystek i cierpienia. To wątek w Polsce mało znany, a z braku wiedzy rodzi się wiele stereotypów.

Na przykład?

Na przykład o tym, że Romowie się nie asymilują, że są społecznością zamkniętą, że taka jest ich kultura. A to wszystko nie wynika wprost z romskiej kultury, tylko wielowiekowej tradycji prześladowań, które zaczęły się w XII wieku.

Inkwizycja hiszpańska karała śmiercią za posługiwanie się językiem romskim, uznając go za diabelski – tamtejsi Romowie do dziś go nie znają. W wielu krajach Europy urządzane były legalizowane prawem polowania na Romów. Obcięte nosy i uszy pokazywano jako trofea w gabinetach osobliwości, układano ofiary romskie w pokocie obok zajęcy i ptaków.

O polowaniach opowiada instalacja „Tajsa – wczoraj i jutro”.

Tak, słowo tajsa oznacza jednocześnie „wczoraj” i „jutro” i tylko z kontekstu zdania wynika, o który czas chodzi. Dla mnie to zarówno metafora samego czasu, jak i powracających prześladowań.

Myślę, że strach stał się dziedzictwem Romów, jest wpisany w naszą codzienność. Kiedy robiłem wywiady do pracy doktorskiej, odkryłem, że ludzie ze społeczności romskiej traktują strach jako stan naturalny, który dziedziczymy z pokolenia na pokolenie.

Wewnątrz tej instalacji możemy posłuchać wspomnień Twojej babci.

Opowiadała o swoim ojcu, który został zamordowany tuż po wojnie, na Podhalu, skąd pochodzę. Pracował na budowach, a w soboty dorabiał grą na skrzypcach na góralskich weselach. Raz, przy budowie bloku w Nowym Targu, zwrócił uwagę polskiemu współpracownikowi. W odpowiedzi usłyszał: „nie będzie mnie Cygan pouczał”. Doszło do kłótni i szarpaniny.

Krzysztof Gil, Aniołki (Angels), 2024 r. // Dzięki uprzejmości Galerii Monopol

Kilka dni później pradziadek wracał rowerem z wesela w Zakopanem, ale do domu już nie dotarł. Jego ciało znaleziono w rzece. Był pobity, niedaleko leżał zniszczony rower. Nikt nie został ukarany. Moja prababcia była niepiśmienna, babcia miała kilka klas podstawówki. Nikt nie chciał ich wysłuchać, nikt nie chciał się zająć szukaniem sprawców, nikogo nie obchodził martwy Cygan. To zabójstwo było jakby poza kategorią przestępstwa. 

Kiedy patrzę na to, co dzieje się w Gazie, widzę zresztą podobne rzeczy. 

Mimo wszystko dobrze wspominasz dzieciństwo.

Nie byliśmy zamożni, ale miałem kochającą rodzinę. Dziadkowie wspierali nas w pasjach. Dziadek woził mnie na bagażniku swojego roweru na lekcje rysunku, a w kiosku Ruchu otworzył mi rachunek, żebym mógł mieć kredki i blok. 

Równocześnie było to dorastanie w stworzonym sztucznie w latach siedemdziesiątych przez ówczesne władze romskim getcie. W blokach, do których przesiedlono Romów z obrzeży. I tam doświadczałem rasizmu, przemocy, odrzucenia.

Zawsze budziło to we mnie nie tylko gniew, ale też ogromne zdziwienie. Myślałem sobie – mam wspaniałą rodzinę, kochających rodziców, dziadków, kuzynów. Wszyscy pracują, są dla siebie dobrzy, uczciwi – czemu nas nienawidzicie?

Do Krakowa przyjechałeś w roku 2007. Coś się wtedy zmieniło?

W Krakowie zaczynałem edukację artystyczną już na serio. Jednak kiedy poruszałem tematy dyskryminacji, często słyszałem: „po co o tym mówisz, tego już nie ma”. A dziś, piętnaście lat później, stało się jasne, że te mechanizmy istnieją i dotyczą nie tylko Romów, ale też Ukraińców, Palestyńczyków, Żydów.

Rodzina Cię na to przygotowywała?

Wiele razy słyszeliśmy, że nasze pochodzenie będzie budziło reakcję, że będziemy mieli trudniej. Moja kuzynka uczyła się w szkole handlowej i na którymś roku musiała zaliczyć praktyki w sklepie, ale nikt nie chciał jej przyjąć, bo wiadomo – Cyganka, będzie kradła. Udało się dopiero wtedy, gdy znajomy Polak za nią poręczył, choć i tak była nieustannie sprawdzana – zostawiano przy niej otwarte portfele, liczono pieniądze. Romowie zawsze musieli pracować ciężej i bardziej się starać, by zdobyć zaufanie.

W Twoich obrazach pojawiają się hybrydy ludzi i zwierząt. Skąd ten motyw? 

Zanim Europejczycy zaczęli podbijać inne kontynenty, wyobrażali sobie, że mieszkańcy tych krain są zdeformowani, mają zwierzęce głowy. Są dziwni, straszni, a przede wszystkim: niebezpieczni. Te ryciny pokazują, jak postrzegano Innego, jak budowano figurę Obcego. Hybrydy w moich obrazach są metaforą tego spojrzenia: Inny jako zagrożenie, ktoś niegodny zaufania. Ale ja nadaję im ludzkie emocje – cierpienie, melancholię, refleksję. 

Seria nosi tytuł „Czarna Noc, Biały Dzień” i nawiązuje do twórczości romskiej poetki Bronisławy Wajs, znanej jako Papusza.

Ona w swoim wierszu prosiła: „nie czyńcie czarnej nocy w biały dzień”. Ja pokazuję, że ta noc jest cały czas, historia przemocy powtarza się nieustannie. Choć różnimy się kulturowo, fundamentalnie jesteśmy tacy sami – na co dzień pragniemy bezpieczeństwa, miłości, radości. Ale, gdy przychodzą trudne czasy, szukamy kozłów ofiarnych.

Wydawałoby się, że takie państwo jak Izrael powinno być szczególnie uwrażliwione na kwestie dyskryminacyjne, powinno być wzorem postaw opartych na szacunku, a jest zupełnie odwrotnie. I chcę podkreślić – mówię o państwie Izrael, a nie o Żydach jako grupie etnicznej.

W swoim malarstwie opowiadasz o romskich traumach, ale używasz języka, który nie ma nic wspólnego z folklorem. 

Zdarza się, że na wernisażach ktoś mówi: „Nie wiedziałem, że jesteś Romem, zorientowałem się dopiero po lekturze tekstu kuratorskiego”. Nie utożsamiam się z taborami, ogniskami, barwnymi strojami. Rzadko maluję Romów, a jeśli kiedyś wrócę do tego tematu, to nie będą to portrety powielające klisze. 

Krzysztof Gil, Tylko wiatr mnie dotknął (Only Wind Touched Me), 2025 r. // Dzięki uprzejmości Galerii Monopol

Moja babcia szyła sobie spódnice, ale wyglądała raczej jak połączenie Romki i góralki. Ogniska owszem – ale rodzinne, zwyczajne, takie jak u wielu polskich rodzin. Chodziliśmy z dziadkami do lasu zbierać borówki czy grzyby, ale nie było w tym nic z folkloru. 

To, co naprawdę jest dla mnie ważne w romskiej kulturze, to melancholia, szczególna wrażliwość, pamięć o przeszłości i przyszłości. Myślę o melancholii jako istocie romskiej kultury.

Jak romska społeczność reaguje na Twoje obrazy?

Zazwyczaj z szacunkiem. Nie zawsze wszystko rozumieją, ale doceniają, że opowiadam o naszej historii. Oczywiście nie wszyscy się zgadzają z moją wizją tożsamości – i dobrze. Nie może być jednego „narodowego stylu romskiego”. Wolę grać kartą tożsamości rozumianej jako pewien zbiór cech i emocji, wspólnej historii, a nie tylko folkloru. Sami Romowie przecież nie są grupą jednorodną. Są też tacy, którzy wstydzą się tej traumy, nie chcą się do niej przyznawać i ja się im nie dziwię. A inni z kolei chcą analizować, choćby po to, żeby dzielić się czymś, co ze swojej perspektywy uważają za wartościowe.

Dzięki temu Twoja sztuka jest uniwersalna?

Tak rozumiem rolę sztuki – powinna być ponadkulturowa. Wrażliwość, trauma i potrzeba wolności to doświadczenia wspólne Żydom, Polakom, Romom. Możesz jechać do Villi Borghese i zobaczyć rzeźbę „Apollo i Dafne” Berniniego, która wciąż robi wrażenie, choć powstała pięćset lat temu. Zmieniają się kontekst, moda i styl, ale emocje pozostają podobne.

Myślisz czasami o tym, jakie emocje wywołują Twoje obrazy u odbiorców?

Zwykle dopiero, kiedy skończę pracę, orientuję się: ojej, znowu smutny obraz. Ale nie mam na to wpływu – tak to we mnie pracuje. Po wystawach w Muzeum Manggha czy MOCAK-u dostawałem wiadomości od ludzi, że to, co zobaczyli w moich obrazach, jakoś ich poruszyło, coś w nich otworzyło. To ważny sygnał. Nie mogę malować, kalkulując na zimno: o, teraz sprawię, że ktoś się wzruszy.

A Twoje emocje w czasie pracy?

Malowanie działa na mnie oczyszczająco. Podczas konfliktu w Gazie byłem tym kompletnie pochłonięty – oglądałem wiadomości, czytałem relacje, wszystko to we mnie narastało. Wtedy powstał obraz ze zwierzętami ułożonymi jak w martwej naturze. Nie mogłem malować wprost ludzi z Gazy, bo to byłoby nadużycie – żyję tu, w bezpiecznym świecie, nie mam prawa mówić w ich imieniu. Ale mogłem użyć metafory, czegoś wspólnego: cierpienia, które rozumieją Romowie, Palestyńczycy, Żydzi, Polacy. Zwierzęta w tej pracy stają się metaforą zrozumiałą dla ludzi ze wszystkich miejsc na świecie. Poczułem wtedy ulgę i jakąś symboliczną sprawczość – choć realnie przecież żadnej sprawczości w tym nie ma.

Rozumiem, co znaczy być traktowanym jak obywatel drugiej kategorii. Mój brat, gdy pracował w Danii i zapuścił brodę, był wielokrotnie kontrolowany przez służby – tylko dlatego, że „wyglądał jak uchodźca”. To drobiazg, ale pokazuje, że nie da się udawać kogoś innego. I nie powinno się tego robić – każdy powinien żyć w zgodzie ze swoją prawdą.

To właśnie daje Ci sztuka?

W pracowni mogę być sobą – to jest prawdziwa wolność. Im jestem starszy, tym bardziej to doceniam. Bycie sam na sam z płótnem, w ciszy, bez żadnych oczekiwań – to dla mnie luksus. Malowanie staje się formą medytacji.

A gdzie znajdujesz nadzieję?

Mechanizmy wykluczenia będą się powtarzać, zmienia się tylko ich kostium. Ale wierzę, że zawsze będą ludzie, którzy staną po stronie dobra. Tacy, którzy będą wspólnie budować tamę wobec nienawiści. To daje nadzieję.

Krzysztof Gil. Kraków, 31 października 2025 r. // Fot. Jacek Taran

KRZYSZTOF GIL (ur. 1987) jest artystą wizualnym. Posługuje się rysunkiem, malarstwem, rzeźbą i grafiką warsztatową. Ukończył Wydział Grafiki w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie obronił także doktorat. W roku 2016 r. uhonorowany Stypendium Twórczym Miasta Krakowa. Jego prace prezentowane były w wielu polskich i europejskich galeriach oraz muzeach.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 45/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Cały czas noc