Jacek Taran: Widzę, że jednak masz okna w pracowni.
Julia Szymczykowska: Tak, okna w pracowni się bardzo przydają. Choć widok nie jest zbyt ciekawy – parking i nasyp kolejowy.
A jaki miałaś widok z okna w domu rodzinnym?
Bardzo tradycyjny, bo wychowałam się na wsi. Z okna było widać nasze podwórko, a dalej wieś, inne domy i gospodarstwa. Miałam pokój na poddaszu, więc perspektywa była dość szeroka, otwarta.
Pytam, bo patrząc na Twoje obrazy można odnieść wrażenie, że malowała je osoba, która nie wychodzi na zewnątrz albo nie ma okien. Wszystko dzieje się we wnętrzu, w ciele.
Tak i nie. Ciało jest dla mnie pewnym narzędziem. Posługuję się nim, żeby opowiadać o wielu innych rzeczach: o tożsamości, o tym, jak się czujemy, o stanach melancholijnych, poczuciu osamotnienia. Myślę, że dlatego w moich obrazach często pojawiają się zamknięte pomieszczenia i wrażenie braku okna – to nie konkretna przestrzeń, tylko stan wewnętrzny. Zazwyczaj jest tam jedna osoba, pozostawiona sama ze sobą.
Na wielu obrazach jesteś po prostu Ty...
Większość moich prac ma swoje korzenie w osobistych doświadczeniach. Później zostają przetworzone i sfabularyzowane. Szczególnie wyraźnie widać to w moim ostatnim cyklu. Każdy z tych obrazów wyrastał z jakiegoś doświadczenia, ale później układał się w większą opowieść. Mój cykl dyplomowy był właściwie fabułą. Napisałam do niego tekst, a obrazy są jego wizualnymi fragmentami.
Chodzi o cykl „Przełknij ślinę – zamknij oczy – zanurz głowę”?
To był tytuł wystawy, bo cały ten tekst kończył się właśnie tym zdaniem. Ono było takie „zgrzytające”, miało sugerować moment zmiany, potrzebę wyjścia ze stagnacji i z zamkniętej przestrzeni. Pierwotny tytuł całego cyklu brzmiał jednak „Trzymaj wodę nad głową”.

Jak go rozumieć?
W całym tym cyklu woda odgrywa kluczową rolę. Jest właściwie wszędzie. Jest dwuznaczna, bo z jednej strony pojawia się w różnych stanach skupienia lub ma zamknięty obieg, a z drugiej strony dokładnie tak samo funkcjonuje bohater tych obrazów: krąży w rutynie, w rytmie, w zamkniętych czterech ścianach, razem z tą wodą.
Tytuł podkreśla zarówno ciężar wody, jak i ciężar tego, co dzieje się w nas w danym czasie. W końcu sami w dużej mierze składamy się z wody. Ten cykl był dosłownie historią osoby zamkniętej w pomieszczeniu. Historią neurotycznych myśli, stanów lękowych, doświadczeń przebodźcowania i momentu, w którym jesteśmy w natłoku myśli i emocjonalnym przeciążeniu.
To echo doświadczenia pandemicznego?
Tak, choć uświadomiłam to sobie dopiero po czasie. Pandemia przypadała na okres mojej bardzo wczesnej dorosłości. Miałam 19-20 lat i dopiero zaczynałam mieszkać sama w Krakowie. Zamknięcie i osamotnienie było czymś zupełnie innym, niż gdybym przeżywała ten czas w domu rodzinnym.
Myślałaś wtedy o powrocie?
Wracałam do domu regularnie, ale nie na stałe. Chciałam odnaleźć się w Krakowie, doświadczyć tego czasu właśnie tutaj, mimo zamknięcia.
W Twoich pracach skóra jest niemal przezroczysta, widać żyłki, krwiobieg.
Chodzi o pokazanie tego, jacy w swojej witalności jesteśmy jednocześnie krusi i delikatni. To nie są postacie sportretowane w idealistyczny sposób. Ciało jest wieloznaczne, tkanka cały czas żyje, pracuje. I taka jest też postać, z którą mamy do czynienia na obrazie. Unerwienie sprawia, że ona coś komunikuje, nie jest tylko wizerunkiem. Dzięki niemu człowiek staje się naprawdę ludzki. Jest częścią obrazu, a nie tylko portretem.
Rozstępy, cellulit, fałdy tłuszczu. Czy to jest reakcja na to, jakim wizerunkiem ciała jesteśmy na co dzień karmieni?
Tak. Choć ostatnio trochę od tego odchodzę. Moje pierwsze poszukiwania własnej tożsamości w malarstwie były bardzo silnie związane z tym tematem. Ta wszędobylska ekspozycja ciała idealnego bardzo mi wtedy doskwierała, nawet w takim najbardziej podstawowym, intuicyjnym rozumieniu feminizmu, zwłaszcza kiedy byłam młodsza.
Dziś myślę podobnie, ale zaczynam szukać innych wątków. Wtedy jednak czułam silną potrzebę, żeby te myśli jakoś zmaterializować.
Ale jest w tym też afirmacja ciała.
Tak, zdecydowanie. Mam jednak wrażenie, że mój punkt widzenia jest trochę inny niż u ludzi niezwiązanych ze sztuką. Ja od bardzo wczesnego etapu byłam w środowisku plastycznym. Chodziłam do gimnazjum i liceum plastycznego, a potem na studia artystyczne. Dla mnie obraz niedoskonałego ciała był czymś absolutnie normalnym.
Dopiero kiedy osoby spoza tej „bańki”, oglądając moje obrazy, reagowały jakimś rodzajem szoku, uświadomiłam sobie, że dla kogoś może to być rzeczywiście trudne do przyjęcia. Dla mnie nie było.
A w domu?
Dla mojej mamy to było trudne doświadczenie. Ona oczekiwała ode mnie raczej „ładnych obrazków”. I do tej pory co jakiś czas pyta mnie, dlaczego maluję takie smutne rzeczy. Mimo że od dawna wie, o czym maluję, to jej pytanie regularnie wraca.
Miała poczucie, że malujesz ją?
Tak, był taki moment. Raz namalowałam obraz bazujący na zdjęciach, które jej zrobiłam. Była wtedy na mnie trochę zła. Pojawił się zarzut dotyczący skali obrazu, bo to był duży format. Myślę, że gdyby to było coś małego, pewnie łatwiej by przeszło.
A jakie było w domu podejście do ciała?
Panowała swoboda. Oczywiście bywały momenty krępujące, na przykład wtedy, gdy wychodziło się do ludzi, kiedy pojawiał się temat wizerunku. Ale w domu wszyscy czuli się dość naturalnie. Mam dwie siostry, więc nagość czy wspólne funkcjonowanie w mieszkaniu było czymś bardzo normalnym. Nie było tabu, choć istniała granica. To był moment, w którym wychodzimy do świata i zaczynamy „zakładać maski”.
Patrząc na Twoje prace, zastanawiam się, czy to są wciąż osoby, czy już tylko same ciała, anonimowe formy?
To są cały czas osoby. Nie maluję ciała zupełnie bez kontekstu. Zawsze pojawia się twarz albo jakiś element, który sugeruje konkretną osobę. I choć mój staż artystyczny to w zasadzie ostatnich kilka lat, to jednak już od pewnego czasu jest to dla mnie ważne.

W ostatnich pracach to głównie Twoja twarz.
Tak, zawsze moja, ale w pewnym sensie przetworzona. Są elementy, które jednoznacznie wskazują, że to ja, ale są też zmiany i zabawy wizerunkiem, które sprawiają, że to jest jakaś inna wersja mnie. Jakby to było jedno uniwersum i wiele możliwości bycia tą samą osobą. Chodzi też o możliwość zmiany, kontroli wizerunku, o to, że na obrazie mogę być, kim chcę.
A co z takimi bohaterami Twoich prac jak mop czy zlewozmywak?
To są nasi współlokatorzy. Może nie jest łatwo się z nimi zaprzyjaźnić na co dzień, ale bardzo lubię to, że w obrębie naszych czterech ścian wszystkie te przedmioty po prostu współistnieją z nami. Podoba mi się myśl, że one dostają swoje „pięć minut” na obrazie, że przestają być tylko tłem.
Często działają na mnie jak wyrzut sumienia. Na przykład brudny mop stoi w kącie od tygodnia albo w zlewie piętrzą się naczynia, i to są rzeczy, które nieustannie przypominają o naszym istnieniu, codzienności, zaniedbaniach. To są nasze ślady, które zostają w domu i cały czas dają znać o sobie. Myślę, że właśnie dlatego, iż bywają takie nachalne, stają się intrygujące.

W tych codziennych rzeczach można też dostrzec Twoje autoportrety. Na przykład w kałuży wody na podłodze albo w odbiciu wody w misce.
To jest właśnie ten moment zderzenia z codziennością. Odbicie pokazuje konfrontację nas samych z tymi przedmiotami. One, jak mówiłam, bywają wyrzutem sumienia i w pewnym momencie zmuszają nas do reakcji. Wołają o to, żeby coś z nimi zrobić, żeby przestały być tylko przypomnieniem o zaniedbaniu.
Kuratorka Twojej wystawy, Agnieszka Gąsiorowska, porównuje Twoje prace do niemieckiego nurtu „Nowa Rzeczowość” sprzed równych stu lat.
Bardzo podoba mi się to porównanie, sama tego nie dostrzegłam. Było to dla mnie dość zaskakujące, bo chociaż wcześniej o tym nie myślałam, okazało się, że w pewnym sensie mogę się czuć kontynuatorką tego nurtu. Uderzyło mnie, że mimo stu lat różnicy pojawiają się podobieństwa, zwłaszcza w sposobie portretowania i w spojrzeniu.
Mam jednak wrażenie, że współcześnie ogromne znaczenie ma to, kto mówi i kogo się portretuje. Łatwiej utożsamiamy się z kimś, kto tworzy autoportrety, niż z artystą, który portretuje modelki i wchodzi z nimi w relację pełną napięć. U mnie jestem tylko ja – i to znacząco odróżnia moje prace od tamtego nurtu.
Czy kontekst feministyczny jest dla Ciebie ważny?
Jestem feministką, ale nie wiem, czy mówienie o tych pracach wyłącznie w jednoznacznie feministycznym kluczu nie jest zbyt upraszczające. Myślę, że takich płaszczyzn odczytań jest znacznie więcej. To jest też opowieść o codzienności, która bywa lepka, brudna, czasem lekko obrzydliwa. O codzienności, którą chowamy za ścianą przed światem.
A jednocześnie jest ona u wielu osób bardzo podobna. I myślę, że feministyczne jest właśnie to, żeby wyjść z tym do świata i przestać ukrywać rzeczy, które kobiety mają, robią i którymi są.
Czy Twoja twórczość i to, co o niej mówisz, można odczytywać jako manifest generacyjny? Widzisz podobne postawy u innych osób ze swojego pokolenia?
Tak, zdecydowanie. Myślę, że moja generacja jest bardziej gotowa na pokazywanie siebie w gorszym stanie – bez upiększania, bez udawania, że się jest kimś innym. Nie boimy się pokazywać rzeczy niewygodnych, fotografować tego, co nieidealne, wychodzić z tym publicznie. Często robimy to wręcz na przekór, w kontrze do tego, czego się od nas oczekuje, i wydaje mi się, że to jest bardzo ciekawe i wartościowe w naszym pokoleniu.
A haft? Jak haft funkcjonuje w relacji do Twojego malarstwa?
Teraz haftu jest już mniej, ale to od niego w dużej mierze zaczynałam. Był taki moment, gdy odkryłam pewien rodzaj „unerwienia”, który później stał się dla mnie bardzo pociągający w malarstwie. Splątane nitki, pozorny chaos, z którego rodzi się siła. Dziś haft jest już raczej prywatny, przestałam traktować go zawodowo. Czasem sięgam po tamborek i robię coś dla siebie. Potrzebowałam też formy twórczości, która nie byłaby moją pracą.
Haft też miał charakter manifestu feministycznego?
Pamiętam moment, kiedy próbowałam odnaleźć się w świecie sztuki i bardzo inspirowały mnie artystki, które pracowały z tak zwanymi „kobiecymi” technikami. Chciałam sprawdzić, czy to jest też dla mnie, spróbować tego połączenia. Bardzo podobało mi się zestawienie dwóch światów – malarstwa i haftu. I to też jest generacyjne. Haft przeżywa renesans. Wynika to pewnie z jego dostępności.
Nie trzeba dużych środków na start, a efekt pracy jest szybko widoczny i satysfakcjonujący. Zdecydowałam się zakończyć ten okres także dlatego, że miałam pomysły na nowe rzeczy, a haft był procesem bardzo czasochłonnym i nie dawał mi wystarczającej swobody.
A cykl „Zimno”? Mam na myśli obrazy, których tytuł zaczynał się od tego słowa.
To był chyba moment, w którym odkryłam, jak bardzo unerwienie, o którym mówiliśmy wcześniej, jest widoczne w określonych warunkach. Na przykład wtedy, gdy jest zimno. Żyłki i różne organiczne zmiany na ciele stają się szczególnie wyeksponowane. Myślę, że ten cykl był ważny, bo stał się punktem wyjścia do tego, co robię teraz. Motyw unerwienia wraca dziś w wielu innych moich obrazach.
To był kontrapunkt wobec Twoich wcześniejszych prac, gdzie ciała były bardziej masywne, zwaliste.
Wiele tych obrazów funkcjonuje w relacji „ja kontra świat”. Z perspektywy jednostki świat bywa przytłaczający, jesteśmy tą bardziej kruchą stroną. I w moim uniwersum człowiek po prostu taki jest, bardzo delikatny i kruchy. Taki człowiek jest też mi najbliższy, wydaje mi się najbardziej prawdziwy.
To jest depresyjne?
Bywa. Miałam w swoim życiu takie okresy i myślę, że bezpośrednio przełożyły się na malarstwo. Ale poradziłam sobie. Zmaterializowałam ten stan. Dobrze jest czasem skonfrontować się z tym, co czujemy, żeby móc to nazwać i w ten sposób zamknąć jakiś etap.

JULIA SZYMCZYKOWSKA (ur. 2000) ukończyła z wyróżnieniem Wydział Malarstwa ASP w Krakowie. Jej prace można było już oglądać w MOCAK-u, a także na wystawach w Warszawie czy Lublinie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















