Nie żałujmy obrusów

Karolina Breguła, artystka: Przyzwyczailiśmy się, że sztuki nie rozumiemy, więc wyśmiewamy ją i krytykujemy. Dlatego założyłam Biuro Tłumaczeń Sztuki.
Czyta się kilka minut
 / Fot. Katarzyna Sagatowska
/ Fot. Katarzyna Sagatowska

KATARZYNA KAZIMIEROWSKA: Dzięki nagrodzie na Festiwalu Filmowym w Gdyni filmem „Biuro budowy pomnika” weszła Pani do mainstreamu?

KAROLINA BREGUŁA: Tam nie wchodzi się tak łatwo. Sekcja Inne Spojrzenie, w której dostałam nagrodę „Złotego Pazura”, to przecież sekcja filmów dziwnych. Pokazywane są w niej obrazy, z którymi trudno trafić do szerokiej publiczności.
Nie mam złudzeń – byłam tam na marginesie właściwego polskiego kina, w ramach małej panoramy innych głosów, ciekawostek...

Ale nie jest to film tylko do prezentacji w galerii. Nadaje się do kina.

To prawda. I „Biuro budowy pomnika”, i mój poprzedni film „Wieża” to filmy pełnometrażowe. Kuratorzy często uważają, że są zbyt długie, żeby pokazywać je w galeriach. Na zbiorowych wystawach często jest po kilka filmów, więc gdyby wszystkie trwały tak długo, odwiedzający galerię niczego nie obejrzałby w całości, za to wszystkie w pośpiechu, powierzchownie. Rozumiem więc kuratorów, którzy nie chcą pokazać mojej pracy trwającej 79 minut. Sama jednak nie martwię się tym ani trochę. Nie boję się, że ktoś zobaczy mój film częściowo i niedokładnie. Lubię obserwować moje prace pokazywane zarówno w kontekście galeryjnym, jak i kinowym. W galerii niektórzy oglądają je przez chwilę i wychodzą, a inni rozsiadają się i oglądają dwukrotnie albo więcej. Jedni wchodzą do sali projekcyjnej w połowie, inni na początku, a jeszcze inni przed samym końcem. Do tego wszyscy z głową pełną przemyśleń spowodowanych przez dzieła, które obejrzeli moment wcześniej. Wszystko to ma znaczenie i wpływa na odbiór mojego filmu. A ja nie mam nad tym żadnej kontroli i to jest super.

Kino daje zupełnie inny efekt. Musimy wejść o konkretnej porze, wyłączyć telefon, nie przeszkadzać innym. Siadamy wygodnie i oglądamy. Od początku do końca, podążając za myślą twórcy, w kolejności i rytmie, jaki założył. Jestem realistką – mój film jest niszowy. Większość widzów, którzy postanowią zobaczyć go w kinie, to jednak widzowie, którzy obejrzeliby go też w galeriach.

„Biuro...” pierwotnie miało opowiadać o powstawaniu nietypowego muzeum, a stało się bardzo aktualnym komentarzem do rzeczywistości.

Miało być opowieścią o kobiecie, która obsesyjnie zbiera zęby. Z jej zbiorów ma wyłonić się coś, co będzie reprezentować tożsamość pozbawionych reprezentacji mieszkańców odrealnionego miasteczka, gdzie mieszka.
To miał być film o tym, że mamy potrzebę budowania pomników w świecie, w którym coraz trudniej o reprezentację i wspólnotę doświadczenia.

Powstała rzecz dużo mroczniejsza, mocny komentarz do rzeczywistości.

W trakcie powstawania filmu obserwowałam, jak Europa zderza się z falą uchodźców, jak sobie z tym nie radzi. Mój film zaczął przeradzać się w opowieść o mroku, o nacjonalizmie, o zamykaniu się na inność. Ale też o utracie domu, zagubieniu i międzyludzkim chłodzie. To historia ludzi, którzy, pozbawieni wszystkiego, usiłują zbudować coś, co przypominałoby im ich dawny świat. Wątek kolekcji zębów pozostał, ale ewoluował w spojrzenie na muzeum jako instrument władzy, służący do manipulowania.

Artysta musi być zaangażowany?

Jest wiele ról, które artysta może przyjąć. Tę, którą ja sama przyjęłam, określiłabym jako rolę angażującej się komentatorki. Byłam fotografką, aspirującą młodą artystką, kiedy w 2003 r. postanowiłam zrobić cykl fotografii „Niech nas zobaczą”. To były portrety par gejów i lesbijek trzymających się za ręce na niedzielnym spacerze. Po kilku latach spędzonych w szkole w Szwecji byłam oburzona sytuacją homoseksualistów w Polsce. Te zdjęcia po prostu wydawały mi się potrzebne, zrobiłam je na fali emocji. Nie spodziewałam się, że wywołają taką dyskusję, że wpłyną na realną zmianę, zainicjują ważną społeczną debatę. Ale zobaczyłam, że im się to udało, i uwierzyłam w potęgę sztuki.

I tak została Pani artystką.

Taki dziwny zawód. Nie wiadomo, co on oznacza. Dla jednych to, że jesteś śpiącym do południa darmozjadem i nieodpowiedzialnym lekkoduchem. Dla innych, że jesteś kimś wyjątkowym, z niebywałym talentem do produkowania pięknych obiektów. A ty jesteś po prostu człowiekiem krytycznie obserwującym, komentującym i opisującym. Dla mnie bycie artystą wynika z wewnętrznego przymusu. Musisz coś robić, bo bez tego się udusisz. Robienie sztuki jest trochę jak rozmowa z przyjacielem, opowiadanie o tym, co mnie boli.

Dorota Jarecka w 2011 r. w komentarzu do felietonu Krzysztofa Vargi, w którym ubolewał on, że nie rozumie sztuki współczesnej i że wymaga ona tłumacza, napisała: „Sztuka współczesna w Polsce od dwóch dekad napotyka opór. To zjawisko znane w postkomunistycznym świecie. [Sztuka] budzi w nas chichot, przerażenie, lęk przed ośmieszeniem i niezrozumieniem”. Jest tak?

Tak właśnie jest. Przyzwyczailiśmy się, że sztuki nie rozumiemy, więc wyśmiewamy ją i krytykujemy zamiast potraktować ją jako intelektualne wyzwanie, które może dać nam satysfakcję. Wiemy, że artysta coś ma na myśli, a jego dzieło coś znaczy. Ale ze strachu przed porażką, w starciu z niedostępnymi znaczeniami, stawiamy opór zamiast podjąć próbę. Wiem to świetnie, bo sama to odczuwam. Łatwo jest bezrefleksyjnie krytykować i ja sama często się łapię na tym, że to robię. Myślę, że wszyscy to robimy.

Bo wystawa to są trudne zadania. Trzeba przy nich myśleć, podawać w wątpliwość, zadawać pytania, wkurzać się, smucić, patrzeć na to, co znamy, w inny, często niewygodny sposób. Wszystko po to, żeby się rozwijać, ciągle poszerzać horyzont. No, ale jeśli nie rozumiemy zasad gry w poszerzanie horyzontu, to zamiast czerpać z tego radość, denerwujemy się.

Pani zdecydowała działać z misją – od lat oswaja widza ze sztuką. W 2010 r. stworzyła Pani Biuro Tłumaczeń Sztuki, gdzie na życzenie tłumaczyła Pani, co dane dzieło może oznaczać, ale też pokazywała, że można podejść do sztuki swobodnie, bo przecież odbiorca nie musi trzymać się kuratorskich definicji.

Biuro wzięło się z tego, że sama często nie rozumiem dzieł, które oglądam w galeriach. Nie widzę w pracach tego, co widzą w nich kuratorzy, albo – co gorsza – nie widzę nic, bo wystawie nie towarzyszy tekst kuratorski, tłumaczący poszczególne prace. Chciałam zaprzeczyć przekonaniu, że jest tylko jedno poprawne znaczenie, i pokazać, że każdy może pójść do galerii i zrozumieć wszystko po swojemu. Moje Biuro było agencją, która miała narobić zamieszania na internetowym rynku informacji o znaczeniach w sztuce, zaprzeczyć instytucjonalnym prawdom o nich. Chciałam w ten sposób spowodować, że ludzie zaczną myśleć o sztuce w sposób bardziej otwarty.

Artur Żmijewski w swoim manifeście pt. „Stosowane sztuki społeczne” powiedział, że „autonomia sztuki zrealizowała się jako brak skutku”. Zgadza się Pani?

Autonomia sztuki to sformułowanie, którego waga się zmienia w zależności od politycznej sytuacji. Autonomia, o której mówi Artur Żmijewski, dotyczy postaw twórców sprzed transformacji ustrojowej, dla których zaangażowanie polityczne jest synonimem uwikłania w system, kojarzy się z kompromitacją bądź ryzykowną walką. Domyślam się, że dla tych twórców autonomia sztuki to zwolnienie z moralnego obowiązku bycia po którejś ze stron. Dla radykalnych artystów krytycznych działających po okresie transformacji, do których należy Żmijewski, sztuka tworzona w oderwaniu od społeczeństwa, jego problemów to sztuka „bez skutku” – jak mówi on w manifeście – a więc, jak rozumiem, bez większej wartości.

Niezależnie jednak od metryki każda nasza twórcza decyzja jest podejmowana wobec świata. Znam wielu twórców, którzy odcinają się od tego, co się obecnie dzieje w Polsce, i uważają, że świat po ewentualnej katastrofie będzie potrzebował normalności, a więc będzie potrzebował również sztuki. Dlatego kontynuują pracę, jakby nigdy nic. I ja to rozumiem. Myślę, że taka niezaangażowana sztuka jest równie potrzebna jak sztuka zaangażowana. Sztuka pełni przecież różne funkcje – służy terapii, edukacji, powoduje śmiech, uspokaja, jest wyjściem ewakuacyjnym.

W Pani filmie „Zupa” grupa artystów chce się przyłączyć do rewolucji, ale jednocześnie omawiają powody, dla których nie mogą tego zrobić.

I w końcu przyłączają się do rewolucji w sposób pozorny. Wiedzą, że oczekuje się od nich zaangażowania w sprawy polityczne, pewnie nawet sami go od siebie oczekują, dlatego postanawiają się zaangażować – choć bez przekonania.

Zaangażowanie polityczne jest sexy. Stało się modne, więc praktykujemy je, prawdopodobnie nawet z absolutnym przekonaniem. Kłopot w tym, że angażujemy się tylko do takiego stopnia, do jakiego nasze zaangażowanie nie wymaga od nas większych poświęceń. Jak bohaterowie „Zupy”, którzy chcą pójść na demonstrację, ale kiedy np. okazuje się, że trzeba podrzeć obrusy, żeby zrobić transparenty, wycofują się, bo jednak żal im tych obrusów.

„Zupa” powstała w 2014 r. w reakcji na dyskusję toczącą się wokół Manifesta – cyklicznej migrującej wystawy sztuki, która przygotowywana była w Petersburgu w czasie protestów na Majdanie. Jedni twórcy kultury uważali wtedy, że wystawa w Rosji nie powinna się odbyć, inni – że odbyć się powinna. Ja, po lekturze polemik, zrobiłam „Zupę”, która dzisiaj wydaje mi się wyjątkowo aktualna, bo opisuje moje własne rozterki: jak bardzo się angażować? Ile czasu poświęcać? Czy warto stracić zawodową szansę lub nie pójść na obiad z przyjaciółmi, by być na pikiecie? Czy moje zaangażowanie coś zmieni? Czy powinnam angażować się bardziej?

Chciałabym coś zrobić, ale czuję odpowiedzialność za każdy swój gest, więc boję się, że coś zrobię źle. W efekcie jedyne, co jestem w stanie zrobić, to dołączyć do tłumów.

Może sztuka nie może nadążyć za rzeczywistością, ale artysta swoim działaniem może choć trochę ją zmienić? Tak jak stało się to w przypadku wspomnianego projektu „Niech nas zobaczą”.

W poczuciu artystycznej bezużyteczności pojechałam latem do Wrocławia, gdzie w ramach programu Europejskiej Stolicy Kultury brałam udział w projekcie „Wrocław. Wejście od podwórza”. Miałam tam przez miesiąc pracować z mieszkańcami jednego z oddalonych od centrum wrocławskich podwórek. Zaproponowałam partycypacyjny serial, w którym, w rytmie trzydniowym, a więc niemal natychmiastowym, miały powstawać filmy we współpracy z mieszkańcami kilku bloków. Mieliśmy razem pisać scenariusz, kręcić, montować – a w ten sposób co trzy dni mieć gotowy nowy odcinek serialu i pokazywać go sąsiadom w polowym podwórkowym kinie.

Udało się zaangażować mieszkańców podwórka?

Z początku ludzie zachowywali dystans, ale z każdym kolejnym dniem pracy widziałam, jak nasz projekt działa – jak mieszkańcy osiedla zaczynają w nim uczestniczyć i jak poprzez zaangażowanie w naszą pracę tworzą się więzi sąsiedzkie. Ludzie, którzy mieszkali na tym podwórku 20 lat i nigdy nie zamienili ze sobą słowa, poznali się przy mnie, wymienili telefonami i zaczęli całować się w policzek na powitanie.

I stało się to, o co pani pyta – sztuka stała się pretekstem do budowania wspólnoty, spowodowała bardzo ważną zmianę w mikroskali.

Czyli wróciła Pani z Wrocławia z poczuciem dobrze spełnionej roli.

Wróciłam z poczuciem spełnionej roli, ze świeżo odnowioną wiarą w sens sztuki i wzruszona. Naprawdę. Jednak bez złudzeń. Toczymy się w polityczną czarną otchłań, nie wolno żałować obrusów, trzeba robić transparenty i krzyczeć z nimi przed Sejmem. A w sztukę nie przestawać wierzyć i robić ją codziennie po powrocie z demonstracji. ©

KAROLINA BREGUŁA (ur. 1979) jest artystką multimedialną, autorką instalacji, happeningów, wideo i fotografii. Absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni otrzymała nagrodę „Złotego Pazura” w sekcji Inne Spojrzenie za film „Biuro budowy pomnika”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 42/2016