Czy Trump zapewni Tajwanowi obronę w razie ataku Chin?

Thomas J. Shattuck, ekspert ds. Tajwanu: Trump patrzy na bezpieczeństwo Tajpej z perspektywy ekonomii. W przypadku ataku Chin na Tajwan Amerykanie zostaliby odcięci od dostaw półprzewodników potrzebnych do produkcji i telefonów komórkowych, i myśliwców.
Czyta się kilka minut
W poczuciu zagrożenia na Tajwanie powszechne są szkolenia z przysposobienia wojskowego czy pierwszej pomocy. Obejmują także dzieci i młodzież. Na zdjęciu: szkolenie pod nadzorem Korpusu Piechoty Morskiej Tajwanu w Tajpej, 19 października 2024 r. // Fot. AA/ABACA / Abaca Press / Forum
W poczuciu zagrożenia na Tajwanie powszechne są szkolenia z przysposobienia wojskowego czy pierwszej pomocy. Obejmują także dzieci i młodzież. Na zdjęciu: szkolenie pod nadzorem Korpusu Piechoty Morskiej Tajwanu w Tajpej, 19 października 2024 r. // Fot. AA/ABACA / Abaca Press / Forum

Marta Zdzieborska: Trump sięga po brutalne środki, by zmusić sojuszników i partnerów USA do ustępstw. Czy Tajwan, obserwując dociskanie Ukrainy, boi się, że będzie następny?

Thomas J. Shattuck: Odpowiedź jest oczywista, tym bardziej że Tajwan nie ma nawet ze Stanami formalnych relacji dyplomatycznych. Prezydent Tajwanu nie może spotkać się z Trumpem w Białym Domu tak jak Wołodymyr Zełenski. Rozmowy między Waszyngtonem a Tajpej odbywają się na niższym szczeblu i zazwyczaj za zamkniętymi drzwiami. Wszystko po to, by nie drażnić Chin. Jest też jedna podstawowa różnica. Choć Ukraina dramatycznie potrzebuje pomocy Amerykanów, Zełenski przynajmniej może blefować, że w najgorszym wypadku i tak sobie poradzi, bo ma wsparcie ze strony Europy.

Tajwan tego luksusu nie ma, bo jest od dekad uzależniony od amerykańskich dostaw broni.

Tajwan ma co prawda dobre stosunki z Japonią i może w niektórych sprawach liczyć na poparcie ze strony Kanady, Australii, a nawet krajów europejskich. Nie ma jednak mowy o tym, że bezpośrednio sprzedadzą mu broń. Dlatego bez względu na to, kto akurat urzęduje w Białym Domu, Tajpej musi wzmacniać relacje z Waszyngtonem. Dobrym przykładem jest tu niedawna decyzja, że tajwański koncern TSMC zainwestuje w budowę nowych fabryk w USA.

Ten lider w produkcji najbardziej zaawansowanych technologicznie półprzewodników na świecie chce wyłożyć na stół 100 mld dolarów.

TSMC nie czekało, aż Trump spełni groźbę nałożenia ceł na import tajwańskich półprzewodników, tylko zaproponowało mu deal korzystny dla niego ekonomicznie i politycznie. Po ogłoszeniu nowych planów inwestycyjnych, prezydent Tajwanu Lai Ching-te zorganizował wspólną konferencję prasową z prezesem TSMC, co pokazało, jak ważny jest to ruch dla Tajwanu.

Tajwańska opozycja twierdzi, że przeniesienie części produkcji do USA osłabi sytuację wyspy. To w myśl kalkulacji, że tylko „krzemowa tarcza”, czyli dominacja w branży półprzewodników, zabezpiecza Tajwan przed inwazją Chin i zapewnia dobre relacje z Amerykanami.

Nie kupuję tej teorii, bo produkcja tajwańskich półprzewodników w USA ma stanowić niewielką część tego, co wytwarza się na Tajwanie. Na wyspie produkuje się około 90 proc. najbardziej zaawansowanych technologicznie chipów, więc zagraniczne inwestycje TSMC nie osłabią geopolitycznej pozycji Tajwanu. Potęgę w branży półprzewodników buduje się bardzo długo. Chiny są w dalszym ciągu mocno zależne od zagranicznych dostaw, choć od dekady rozwijają rodzimą produkcję. Spójrzmy też, jak powoli postępują inwestycje TSMC w USA. Firma zaczęła produkcję w swojej pierwszej fabryce w Arizonie dopiero w końcówce rządów Bidena, choć plany dotyczące tej inwestycji ogłosiła jeszcze za pierwszej administracji Trumpa.

Tajwan to potęga w branży półprzewodników, do tego chce zmniejszyć swoją nadwyżkę handlową w relacjach z USA, kupując m.in. skroplony gaz ziemny z Alaski. Czy zgodzi się Pan z tajwańskimi ekspertami twierdzącymi, że w starciu z Trumpem Tajwan ma lepsze karty niż Ukraina?

Nie popadałbym w przedwczesny optymizm, choć na pewno oprócz kwestii gospodarczych pomóc może to, że Trump nie jest negatywnie nastawiony do tajwańskich polityków, tak jak do Wołodymyra Zełenskiego. Jego napięte relacje z prezydentem Ukrainy zaczęły się wraz z rozmową telefoniczną w 2019 roku, która doprowadziła do wszczęcia przeciwko niemu procedury impeachmentu.

Przypomnijmy, że Trump najpierw kazał wstrzymać wypłatę pomocy wojskowej dla Ukrainy, a potem naciskał na Zełenskiego, by zlecił wszczęcie postępowania antykorupcyjnego wobec Joego Bidena i jego syna Huntera, który przez kilka lat zasiadał w zarządzie ukraińskiej spółki gazowej.

Z tej perspektywy patrząc, prezydent Tajwanu w relacjach z Trumpem ma czystą kartę. Inna sprawa, że John Bolton, były doradca Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego, twierdzi w swojej książce („Room Where It Happened” – red.), że był świadkiem, jak Trump podważa globalne znaczenie Tajwanu i amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa dla tej wyspy. Nie sądzę jednak, by Republikanin, bez względu na swoje prywatne poglądy, chciał przejść do historii jako prezydent, za którego rządów doszło do aneksji Tajwanu przez Chiny.

W lutym Trump odmówił odpowiedzi na pytanie reporterów, czy Ameryka pozwoliłaby na przejęcie siłą Tajwanu. Czy to Pana dziwi?

Absolutnie nie, bo taka jest od dekad polityka Waszyngtonu. Nie udzielając jednoznacznej odpowiedzi, Amerykanie trzymają w niepewności Chiny, co ma pomóc w strategii ich odstraszania, a także tonowania zapędów Tajwanu, by ogłosić niepodległość. Oczywiście zdarzają się wyjątki, jak w przypadku Joego Bidena, który zapewniał, że amerykańskie wojsko pomogłoby Tajwanowi w przypadku inwazji. W tej całej sprawie trzeba pamiętać, że zajęcie wyspy przez Chińczyków byłoby ciosem dla Ameryki, który doprowadziłby do przerwania tzw. pierwszego łańcucha wysp, blokującego dostęp Chin do otwartego Pacyfiku. A to osłabiłoby pozycję strategiczną USA w regionie i podkopałoby zaufanie amerykańskich sojuszników, jak Japonia czy Filipiny.

Elbridge Colby, kandydat na stanowisko podsekretarza obrony ds. polityki, przestrzegał podczas przesłuchania w Senacie, że upadek Tajwanu byłby „katastrofą dla interesów USA”. Czy Trump to rozumie?

Myślę, że pod kątem ekonomicznym – na pewno. W przypadku ataku Chin na Tajwan Amerykanie zostaliby odcięci od dostaw półprzewodników potrzebnych do produkcji zarówno telefonów komórkowych, jak i myśliwców. A to wywołałoby ogromne straty dla amerykańskiej gospodarki, w tym także dla firmy technologicznej Apple, której ważnym dostawcą jest TSMC. Odcięcie od tajwańskich półprzewodników wstrząsnęłoby zresztą całą światową ekonomią.

Colby w ślad za Trumpem naciska na tajwańskie władze, by zwiększyły wydatki na obronę do 10 proc. PKB. Sceptycy mówią, że to nierealne i że nawet przy takim budżecie Tajwan nie poradzi sobie bez zaangażowania USA.

Tajwan nie jest całkowicie bezsilny. Nawet jeśli w przypadku chińskiej inwazji Amerykanie nie zaangażują się w konflikt, Tajwan będzie bronił się sam, wikłając się w długą i krwawą walkę. Natomiast sam pomysł przeznaczania 10 proc. PKB na obronność jest absolutnie nierealny, biorąc pod uwagę wielkość Tajwanu i jego starzejące się społeczeństwo. Skala wydatków to tylko część układanki. Dużym problemem są opóźnienia w dostawach amerykańskiej broni. Część sprzętu zakupionego w czasie pierwszej kadencji Trumpa trafiła na wyspę dopiero pod koniec rządów Bidena.

Z czego wynikają te opóźnienia?

Po pierwsze, potrzeba dużo czasu na produkcję broni. Po drugie, Tajwan traktowany jest mniej priorytetowo w kolejce dostaw niż formalni sojusznicy, a w szczególności jeśli któryś z nich uwikłany jest akurat w konflikt. Dobitnie pokazała to wojna w Ukrainie, przez którą jeszcze bardziej opóźniły się dostawy na Tajwan. Przez lata pokutowało myślenie, że potencjalny atak Chin na wyspę to sprawa odległej przyszłości. Tymczasem amerykańscy wojskowi i pracownicy wywiadu ostrzegają, że do 2027 roku, czyli za niecałe dwa lata, Chiny będą gotowe, by przeprowadzić udany atak na Tajwan. To nie znaczy, że Chiny to zrobią, ale będą miały do tego zdolność militarną. Gdyby Tajwan złożył teraz nowe zamówienie na broń, to raczej by jej do tego czasu nie dostał.

Raymond Greene, nieformalny ambasador USA na Tajwanie, w jednym z wywiadów zapewniał, że Ameryka stara się przyspieszyć dostawy broni i że w przypadku zakończenia wojny w Ukrainie Tajwan będzie na liście priorytetów. To tylko studzenie obaw Tajpej czy element szerszej strategii?

Już za pierwszej kadencji Trumpa podkreślano, że absolutnym priorytetem dla Stanów Zjednoczonych jest Azja i rywalizacja z Chinami. Patrząc na to, kto zasila dziś szeregi nowej administracji, można wywnioskować, że Azja znów będzie najważniejszym regionem z punktu widzenia polityki zagranicznej i obronnej USA. To, co powiedział Raymond Greene, nie jest niczym szokującym. Podobnie uważa Elbridge Colby, który od lat podkreślał, że zbyt duże zaangażowanie w dozbrajanie Ukrainy odciąga uwagę Ameryki od Tajwanu. Podczas przesłuchania w Senacie Colby był również mocno krytyczny wobec tej wyspy.

Dlaczego?

W styczniu tajwański parlament zatwierdził cięcia budżetowe, w tym cięcia wydatków na obronność. Na przykład tymczasowo zamrożono program budowy okrętów podwodnych, a także obcięto budżet na szkolenia personelu oraz kampanie reklamowe wspierające rekrutację do wojska. To wywołało frustrację wśród amerykańskich polityków z różnych opcji, co widać było podczas senackiego przesłuchania Colby’ego. Senator niezależny Angus King zadał mu pytanie, dlaczego Ameryka miałaby chronić wyspę, która sama najwyraźniej nie chce inwestować we własną obronę. Parlament kontrolowany przez opozycję (wobec ugrupowania prezydenta Tajwanu, Demokratycznej Partii Postępowej – red.) zatwierdził cięcia w najgorszym możliwym momencie.

Z drugiej strony prezydent Lai Ching-te deklaruje, że Tajwan zwiększy wydatki na obronę z około 2,5 do ponad 3 proc. PKB. Według nieoficjalnych doniesień władze rozważają też duże zamówienia amerykańskiego sprzętu wojskowego.

I to jedna z najlepszych strategii, by przypodobać się Trumpowi. Niewiele się o tym mówi, ale za jego pierwszych rządów Ameryka sprzedała Tajwanowi więcej broni niż inni prezydenci w ciągu dwóch kadencji. Trumpowi nie dorównuje nawet Joe Biden słynący z deklaracji poparcia dla Tajpej.

Trump dzięki tym działaniom był popularny na Tajwanie. Czym jeszcze zaskarbił sobie Tajwańczyków?

Zwiększoną obecnością amerykańskich okrętów w Cieśninie Tajwańskiej i serią przychylnej legislacji. Trump podpisał przyjęty przez Kongres Taipei Act. To przepisy zakładające, że Stany będą premiować kraje utrzymujące relacje z Tajwanem i karać te, które je zerwały. To był ważny, symboliczny gest po tym, jak stosunki dyplomatyczne z Tajpej zerwało kilka państw, w tym Panama i Salwador. Trump podpisał też Taiwan Travel Act, który autoryzował wzajemne wizyty urzędników wyższego szczebla w USA i na Tajwanie. Za pierwszej kadencji Trumpa wyspę odwiedzili sekretarz zdrowia i podsekretarz stanu ds. gospodarczych. To były pierwsze wizyty na tak wysokim szczeblu od czasu, gdy USA w 1979 r. nawiązały relacje dyplomatyczne z Chinami. Administracja Bidena dla odmiany wolała wysyłać na Tajwan nieoficjalne delegacje byłych urzędników Departamentu Stanu i Departamentu Obrony.

Tajwan przecierał oczy, gdy Trump podczas ostatniej kampanii prezydenckiej oskarżył go o rujnowanie amerykańskiej branży półprzewodników i sugerował, że powinien płacić Amerykanom za obronę przed Chinami. Skąd ta zmiana w retoryce?

Słowa Trumpa wobec Tajwanu wpisują się w jego narrację, że inne kraje wykorzystują Amerykę w relacjach handlowych i sprawach związanych z obronnością. W przypadku Tajwanu Trump uderza także w sentyment dotyczący dawnej potęgi USA. Amerykańskie firmy były liderem w branży półprzewodników, zanim w latach 80. zaczęły przerzucać się na zamówienia z Azji.

Jak zwykli Tajwańczycy reagują na Trumpa 2.0?

Boją się, że pomimo gotowości koncernu TSMC do nowych inwestycji w Ameryce, Trump spełni swoje groźby i nałoży cła na tajwańskie półprzewodniki. Są też obawy, że Trump mógłby wykorzystać Tajwan jako kartę przetargową w rozmowach handlowych z Chinami. Po tym, jak świat obserwował awanturę Trumpa i Zełenskiego w Białym Domu, ten strach przed nieprzewidywalnością Ameryki jest jeszcze większy. Wydarzenia ostatnich tygodni to także świetna pożywka dla chińskiej propagandy przekonującej, że Ameryka nie jest stabilnym sojusznikiem i nie można mu ufać.

Czytałam, że po inwazji Rosji na Ukrainę wielu Tajwańczyków zapisało się na kursy przetrwania, bojąc się, że atak ze strony Chin staje się coraz bardziej realny. Czy podobne ruchy obserwuje się po dojściu Trumpa do władzy?

Nie słyszałem o czymś takim, ale proszę pamiętać, że Tajwan żyje w obliczu groźby chińskiej inwazji od wielu dekad. Dla mieszkańców to jest normalne, że wstają codziennie rano do pracy, opłacają rachunki, a w tym czasie Chiny prowadzą w pobliżu Tajwanu manewry wojskowe. Tak jak zwykli Tajwańczycy nauczyli się życia w takim napięciu, tak politycy muszą dostosowywać się do wymagań każdej kolejnej amerykańskiej administracji. Tym razem padło na transakcyjnego Trumpa.

Autorka jest dziennikarką „Press”. Stale współpracuje z „Tygodnikiem”.

Thomas J. Shattuck – ekspert z Uniwersytetu Pensylwanii, specjalizuje się w tematyce Tajwanu, relacjach tajwańsko-chińskich oraz kwestiach związanych z pozycją USA w regionie Indo-Pacyfiku. Były zastępca dyrektora programu azjatyckiego w think tanku Foreign Policy Research Institute.

 

RAMKA

Choć Stany Zjednoczone honorują tzw. politykę jednych Chin i nie traktują Tajwanu jako suwerennego państwa, to utrzymują z nim istotne relacje gospodarcze i wojskowe. Na mocy Taiwan Relations Act, ustawy przyjętej w 1979 r. przez amerykański Kongres, Amerykanie mają obowiązek zaopatrywania Tajwanu w broń, a także podtrzymania własnej gotowości wojskowej, by nie dopuścić do ataku Chin na wyspę. Tajwańczycy obawiają się, czy Trump ze swoim transakcyjnym podejściem będzie szanował te tradycyjne gwarancje bezpieczeństwa. Już podczas swojej kampanii prezydenckiej sugerował, że Tajwan powinien płacić Amerykanom za obronę przed Pekinem. Z drugiej strony to może być tylko retoryka. Z nieoficjalnych doniesień agencji Reutera wynika, że pomimo zakręcenia kurka z pieniędzmi na pomoc zagraniczną, administracja Trumpa odmroziła programy wsparcia wojskowego dla Tajwanu o łącznej wartości około 870 mln dolarów.

Jak powiedział na początku marca tajwański wiceminister spraw zagranicznych François Chihchung Wu, Tajwan „modli się” o bliższe relacje z USA w zakresie bezpieczeństwa. W najbliższych miesiącach Tajwańczycy będą robić wiele, by przekonać do siebie Trumpa.

 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 13/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Krzemowa tarcza Tajwanu