Anna Goc: „Chciałabym wynaleźć nowy język” – napisałaś w książce „Wczoraj byłaś zła na zielono”, za którą właśnie odebrałaś Nagrodę Literacką Nike i Nike Czytelników. Jaki byłby ten nowy język?
Eliza Kącka: Taki, dzięki któremu mogłybyśmy wyjęzyczyć stany emocjonalne, których doświadczyłyśmy. Wysłowić sytuacje, przez które przeszłyśmy i nie znajdowałyśmy dla nich języka. My, czyli ja i moja córka Ruda.
O tym jest chyba jedna ze scen z książki. Czekałaś na Rudą w przedszkolu, gdy podeszła dziewczynka z planszą.
Dziewczynka miała pięć lat i niektórzy rodzice mówili, że jest niezwykle inteligenta, bo bezbłędnie rozwiązuje zadania. I wycofana, a przez to uznawana za nieempatyczną.
Czekałam wtedy na Rudą i płakałam. Dziewczynka minęła mnie na korytarzu; byłam pewna, że mnie nie zauważyła. Jednak gdy nauczycielka wyszła na chwilę z sali, dziewczynka zdjęła ze ściany tablicę nawigacyjną, dzięki której dzieci w spektrum uczą się nazywać emocje – i podeszła do mnie.
Stałyśmy w tej niemej scenie naprzeciw siebie. Ona z tablicą „smutek”, ja z płaczem.
Trudno o tej scenie przestać myśleć.
Dziewczynka, która nie potrafiła utrzymać kontaktu wzrokowego i niemal nie mówiła, zareagowała na mój ból. Pokazała, że wie, co u mnie – i że jest w tym ze mną.
Gdybym miała nakręcić film egzystencjalny ze scen z mojego życia, ta byłaby jedną z ważniejszych. Bezsłowność tej sceny sprawiła, że była pięćset razy silniejsza.
Od każdego „przykro mi”, którego się nauczyliśmy, „aportując język” – jak piszesz o zjawisku dostosowywania się do językowych norm.
Szukałam kilku języków, także literackiego. Ale nowy język, o który pytasz, był mi przede wszystkim potrzebny, by nawiązać relację z moim dzieckiem. Wyjść na spotkanie językowi Rudej. Dzisiaj wiem, że nam się udało, ale ten wspólny wypracowywałyśmy przez lata.
W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że próbuję Rudą trenować w języku, który obowiązuje. Socjalizować komunikacyjnie. A może ona nie potrzebuje takiej komunikacji? A ja – zamiast szukać tej właściwej – rzucam kij: aport. I co, Ruda ma za nim biec? Za kijem-słowem? Za kijem-zachowaniem? Dla osób, które mają trudności z przystosowaniem społecznym, nie jest to łatwe.
Jeszcze jedna scena z Twojej książki: „Ty tak mnie nosisz. I tak nosiłaś brzuch” – powiedziała pewnego dnia o Waszej relacji.
Zaskoczyła mnie tym zdaniem. Słowo „nosisz” pojawiło się w związku z noszeniem jaja. Jestem dla Rudej „Pingwinem”. Długo nie rozumiałam, dlaczego mnie tak nazywa, mogłam jedynie fantazjować, gdybać. Spekulacja najbardziej prawdopodobna naprowadzała na poduszkę, którą kiedyś jej kupiłam: poduszkę w kształcie pingwina w szlafmycy.
Najogólniej: jeśli żyjemy z kimś, kto nie udostępnia nam swoich światów i radykalnie mało mówi o tym, jak nas postrzega, to takie słowa, wypowiedziane nagle, mocniej działają. Moja córka najpewniej myśli obrazami, całostkami i wygląda na przekonaną, że wiem, o co jej chodzi. Że mi się to bezsłownie udostępnia.
Tym „nosisz mnie” Ruda opowiedziała więcej.
Jak to zrozumiałaś?
Okazało się, że jestem pingwinem z filmów przyrodniczych – i jak one, niezdarne na lądzie, kołyszące się na swoich płetwo-stopach, niosę jajo. Tak, żeby nie upuścić. Zatroskany pingwin.
Trudno oddać aurę tych słów, moc tego zdania. Wypowiedziała je tak dobitnie, jakby uświadomiła sobie, odczuła, jak ciężka to była robota.
Kiedy Ty się zorientowałaś, że będzie?
Ruda urodziła się przedwcześnie, z ciąży mocno obciążonej. Jakoś fatalistycznie obawiałam się czegoś mrocznego od początku, choć nie wiedziałam, co by to miało być. Przez pierwsze miesiące wszystko było z grubsza w porządku. Lekarze nic nie sygnalizowali.
Powoli docierały do mnie jednak niepokojące sygnały. Nie znałam się za bardzo na psychologii rozwojowej dzieci, podpowiadała mi to raczej intuicja, może i matczyna. Dziecko nie miało odruchów nawiązywania relacji, nie tworzyło więzi spontanicznie. Śmiała się, ale nie śmiechem do mamy. Nie zwracała się radością ku mnie.
Coraz częściej miałam wrażenie, że mam do czynienia z osobą przebywającą za niewidzialną ścianką niedostępności.
I to wzmagało czujność?
Gdy opiekujesz się dzieckiem, które inaczej odczytuje świat, jesteś ciągle czujna. Zagapisz się, myślisz, a zgniecie je społeczny autobus.
Dochodziły kolejne sygnały. Ruda wybierała tylko konkretne zabawki i zawsze postępowała z nimi tak samo. Innych nie była ciekawa. Jeśli bawiła się klockami, a ja próbowałam ułożyć je inaczej – co mogłoby być zaproszeniem do zabawy – denerwowała się. Gdy wychodziłyśmy na podwórko – zawsze skręcała w jednym kierunku.
Wciąż nie miałyśmy werbalnej komunikacji, ale wyczuwałam, jakby moje dziecko było w polu magnetycznym, a gdy próbowałam je z niego wydobyć, czułam opór.
Wiedziałam, że muszę mieć zmysły otwarte na dziecko, które, nie mówiąc, wiele sygnalizuje gestem. Ruda często zwracała się do mnie ciałem, obracając się w charakterystyczny sposób. Chciała coś tym przekazać.
„Bijąc, mówisz”.
Krzyk to nie agresja, lecz ekspresja bólu. Ludzie często tego nie wiedzą. Myślą, że drze się dziecko uparte, złośliwe, roszczeniowe. Że ma w tym cel lub nie chce powściągnąć złości. A dziecko w takich razach funkcjonuje jak pszczoła z trasą lotu od-do. Musi dolecieć, zrealizować zakodowaną ścieżkę. Trasę przymusową. Wszelkie przeszkody są dla niego formą psychicznego czy fizycznego cierpienia.
Ruda na nikogo się nie rzucała, ale była zrozpaczona. Krzyczała, bo przerwano jej rytuał, który musiała doprowadzić do końca. Gdy ktoś ją z tego wybijał, widomie cierpiała.
A po gestach, rytuałach i sztywnościach przyszedł kolejny sygnał – mowa.
„Tam” – notujesz pierwsze słowo Rudej.
Bardzo symboliczne. Nie było próbą nawiązania kontaktu, raczej piłką rzuconą w kosmos.
Język Rudej na początku zastępowały gesty i pozy ciała. Potem włączyła się mowa, ale „koślawa” i specyficzna. Odkształcała słowa, natrętnie je powtarzała, miała dziwną i skąpą składnię. A jednocześnie ma specyficznie plastyczny język.
Swobodnie tworzy neologizmy, określenia na czyjś temperament czy osobowość. Tu ma wybitny talent. W oficjalną polszczyznę wdrażała się słabo. Jej język był dla większości mało komunikatywny.
Robiłaś zapiski z Waszego życia?
Notowałam co ciekawsze sformułowania Rudej.
Gdy pracowałam nad książką, znalazłam notatki z czasów poważniejszych kryzysów. Jak wtedy, gdy po traumie szpitalnej wycofała się na kilka miesięcy z życia. Psychiatra poprosił, żebym robiła notatki. Trwało to aż kilka miesięcy, lekki obłęd. A ściślej: ciężki.
Czasem, gdy było mi bardzo trudno znieść to, że nie mogę włamać się w stany emocjonalne mojego dziecka, wysyłałam do siebie maile, by doświadczyć jakiejkolwiek rozmowy.
W tym włamywaniu się nie chodzi o to, by wydobyć najintymniejsze informacje, tylko by zwyczajnie wiedzieć, jak się czuje. A Ruda nie usiądzie i nie wyłoży swoich stanów. Nawet teraz, gdy sprawnie się komunikuje, daje mi skąpy wgląd.
Gdy była radosna – świetnie, nie musiałam wiedzieć, dlaczego. Ale gdy widziałam, że jest rozdrażniona, smutna, więcej: zrozpaczona, chciałam się włamywać. Kiedy się ze mną nie komunikowała, a widziałam, że się męczy, zdarzało mi się napisać do siebie, jakbym pisała do niej.
Kilka tygodni po tym, jak Ruda zaczęła chodzić, miałam już w głowie słowo na „a”.
W książce nie dostajemy informacji o diagnozie. Odkrywamy ją, wspólnie z Tobą.
Brak informacji o diagnozie nie jest kwestią tabu czy wstydu, tylko poznawczą. Bardzo zależało mi na tym, żeby pisać tę książkę z nastawieniem fenomenologicznym: takiego przemywania oczu i patrzenia na świat, który się z opowieści in extenso wyłania.
Podanie diagnozy na początku uniemożliwiłoby pisanie / czytanie w ten sposób. Do słowa „spektrum” każdy dostawiłby swoje wyobrażenia, a pod nie podciągnął Rudą. A ja chciałam, żeby Ruda była jak autonomiczny case, niesformatowany przez diagnozę. Pozostawała zjawiskiem.
Nie cytuję w książce filozofów, ale miałam w głowie Marcela i jego myślenie kategorią tajemnicy. W niej się jest, ale nie można jej przejąć. Nie jest zagadką, którą możesz rozwiązać, tylko czymś, w czym partycypujesz. Myślałam filozofią dialogu: także w sensie praktyczno-życiowym. Nie tylko po to, żeby dodać sobie krzepy, lecz także by choć spróbować zrozumieć tę tajemnicę, którą „przerabiałam” jako rodzic.
Być może dlatego odnalazło się w niej tylu rodziców, nie tylko dzieci w spektrum.
Niektórzy rodzice wyznawali, że moja książka była dla nich formą małego katharsis. Nie oczyści się wszystkiego, to jasne, ale oto pojawia się szansa spotkania z innym, który ma i doświadcza podobnie.
Pisałam tę książkę jako eksperyment poznawczy: próbuję rzeźbić w języku tak, by ludzie za każdym razem zanurzali się w konkretnej sytuacji, w danym stanie. Żeby mogli zobaczyć obłędność naszego świata (wiem, ciężkie doświadczenie dla błędnika). I w tym też sensie moja książka ma nastawienie fenomenologiczne.
Nie mówię gotowymi formułami, lecz próbuję odtworzyć wrażenie, które sama miałam – świata, który się wyłania, ciągle niegotowy.
I prowadzisz przez ten świat.
Wybrałam pierwszoosobową narrację, bo chciałam być jak drepcąca za dzieckiem kamera. Dać czytelnikom wgląd w moją perspektywę.
Zastanawiałam się, na jakim oddechu pisać. Czy intensywnie, jak zaczęłam? Stwierdziłam, że tylko tak uda mi się pociągnąć za sobą ludzi. Język książki musi czasem budzić opór, nie może być gładki, ponieważ rzeczywistość krążenia za Rudą też jest wybitnie wyboista.
Piszę zatem w silnie emocjonalnym nastawieniu. Ono jest nieuchronne, bo dotykam wielu punktów bolesnych, zapalnych w sobie i własnej rzeczywistości. Wiem, że zaskakująco wielu czytelników dobrze to przyswoiło. Ale pojawiły się też komentarze, że porywam się na metafory, a dziecko – chore.
To znaczy?
Niektórzy biorą literackość za gest nieskromności. Że niby uważam, że mogę sobie używać literatury, gdy piszę o chorobie mojego dziecka.
Matka ma obowiązek pisać prosto. Niech matka się nie wychyla.
Nie godzę się z tym, że podjęcie trudnych tematów, zwłaszcza macierzyńsko-córczynych, owocować ma językiem do granic transparentnym, nienacechowanym literacko. Że powinnam o naszym świecie opowiadać językiem prostej konfesji, możliwie nieartystycznym. Bo nie można mieć nowych patentów formalnych.
A niby dlaczego taka tematyka ma zostać ograbiona z formy? Może chodzi o to, że po prostu nie zasłużyłyśmy na tę formę, co? Ja i dziewczyna w spektrum?
Niesamowite jest to lustro społeczne.
W książce są dwie opowieści o Rudej – Twoja i babci Rudej. Wyjaśniacie, każda nieco inaczej, co u Rudej, ale i jej – co dookoła. Opowieści ochronne, właśnie przed lustrem społecznym?
Próbowałyśmy – ja i moja mama – stworzyć dla Rudej parasol ochronny, również ze słów. Nie tylko poprzez tłumaczenie jej zachowań innym, którzy ich nie rozumieli. I to były dla mnie ochronne opowieści – najpierw w skali rodzinnej, potem małego miasta, w którym mieszkałyśmy. Trudne to było, bo zachowania Rudej były niekonwencjonalne.
Musiałam się dużo nagadać: tak w swoim, jak w jej imieniu.
W języku mojej matki, także w moim, chociaż to są dwa różne indywidualne języki, widać tę wzmożoną czujność. Raz, gdy wyjaśniałyśmy, co Ruda robi, dwa, gdy próbowałyśmy mówić do niej. Szukałyśmy języka, który uspokoi, a jednocześnie nie zablokuje.
Jest jeszcze jedna relacja – Rudej i jej dziadka.
Gdy byłam dzieckiem, nie miałam tak dobrego kontaktu z moim ojcem, jaki ma z nim Ruda. Może dlatego, że byłam gadułą – i musiałam tatę tym gadaniem odstraszać. Kochał mnie zawsze, wiem, ale z rezerwą i niewiele mówił.
Z Rudą pasują do siebie znacznie bardziej. Zareagował na nią fantastycznie. Na pewno był w tym element współczucia – dla mnie, dla niej. Dużo z Rudą spacerował, nosił ją na rękach, podrzucał, tańczył z nią. Nawiązał z nią znacznie bardziej organiczny kontakt niż ze mną. Do dziś mają ze sobą mocną relację. Ruda uprzywilejowała dziadka.
Gdy działo się coś złego, ojciec uciekał w las – od ludzi ku zwierzętom. Bardzo kocha zwierzęta, chociaż już ich nie leczy, sam ma problemy ze zdrowiem.
Ruda – jak piszesz – też lubi las.
Oboje fantastycznie przylegają do natury. Gdy Ruda była mała, pobyty w lesie ją uspokajały. Wchodziła w terapeutyczny rytm lasu. Być może właśnie dlatego lis stał się jej zwierzęciem opiekuńczym, totemem.
W książce wracasz też do swojego dzieciństwa. Okazuje się, że miałyście z córką podobne momenty, podobne zachowania.
Nie miałam takich obciążeń jak Ruda, ale też byłam nadwrażliwym dzieckiem. Wyśmiewanym w przedszkolu, bo miałam dwie lewe ręce i lewe nogi. I nie byłam w stanie poradzić sobie z wieloma rzeczami. Też mnie mieli za kosmitkę.
Tak to pamiętasz?
Nie potrafiłam nikomu odpysknąć, byłam nieśmiała i wycofana, więc dostawałam od rówieśników, mocno. Tym bardziej że byłam tą, do której – co nie było moim wyborem, tylko aurą raczej – kleili się ci źle traktowani przez rówieśników. Wyśmiewani z różnych powodów: a to grubości, a to nerwicy, a to dziwności.
Na przykład kolega, który był regularnie bity z racji swojego nerwicowego rozdygotania. Jeszcze mu dokładano. Był moją parą na spacerach. I wtedy to już śmiano się z naszej dwójki.
Możliwe, że dzisiaj miałabym diagnozę spektrum. Tyle że ja dysponowałam językiem, był moją tarczą. Choć dostawałam po głowie za to, że używałam trudnych słów. Ha, ha, gadałam dość literacką polszczyzną, którą miałam za neutralną. To nie był popis, bo nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Czytałaś dużo?
Bez przesady. Choć był taki czas, kiedy obsesyjnie – i to by się nadawało świetnie do diagnozy – pochłaniałam atlasy zwierząt ze szczegółami. Znałam je na pamięć, ale rytualnie odtwarzałam ścieżki: psy, konie, koty, ptaki, ryby. I więcej.
Nasz świat jest bardzo logocentryczny, z języka ciągle się musimy wylegitymowywać. Nie miałam z tym problemów, więc nie wiedziałam, że to może być aż tak istotne. Dopiero sytuacja Rudej mi to uzmysłowiła.
Nawet wśród rodziców dzieci w spektrum jest mały wyścig – kto sobie lepiej radzi.
Co znaczy lepiej?
Krótko mówiąc: lepiej mieć zaburzone zachowania, niż mieć zaburzony intelekt i mowę. Taki ranking.
Myśmy miewały te „gorsze” problemy autystyczne. Te bardziej upokarzające. Co człowieka buntuje, ale też obezwładnia, a najczęściej sprawia, że chce się po prostu wyć.
Jest to też książka o bólu.
Córka doświadczyła nieakceptacji w klasie integracyjnej. W rozpaczy powiedziała mi, że to jest moja wina, bo ją urodziłam. Raz zgłosiła pretensję, że żyje, bo ma autyzm. A przecież generalnie afirmuje życie.
Zależało mi na tym, żeby tego niewykrzyczanego krzyku nie unikać w książce. Nie chciałam opowiadać tylko o urokach poznawania innego świata i o nieoczywistej więzi, którą się zdobywa latami. Silnej i trudnej.
I jest to też o byciu matką. Matką w sytuacji formatowania społecznego tej roli. Matką pilotującą dziecko, które zachowuje się niestandardowo. Ale też matką, która często się nie zgadza na siebie.
W jaki sposób?
Mój bunt, ale też ból, był wielopiętrowy. Nie do końca zgadzałam się na siebie w roli matki, miałam lęki i wątpliwości. Nie była to rola chciana. Zdecydowałam się jednak na nią. A potem dowiedziałam się, że mam do czynienia z kazusem, który nie będzie łatwy.
W książce nie daję wglądu w to, ile czasu musiało minąć, żeby uaktywniła się we mnie swego rodzaju przekora. W skrócie można ją opowiedzieć tak: dobra, jesteś i zawsze byłaś dziwna, no to może temu dziecku, które – wszystko wskazuje na to – też będzie dziwne, nieprzypadkowo trafiasz się ty. I albo to jest zwiastun katastrofy, bo mamy dziwne razy dwa. Albo coś z tego będzie.
Zaczęłam sobie to redagować w głowie jako sytuację człowieka wobec człowieka, odmieńca wobec odmieńca. I wtedy zrozumiałam, że muszę zawiesić to i zacząć sobie własne życie na nowo opowiadać.
Opowiesz?
Zanim napisałam książkę, ustawiłam siebie na scenie swojego życia i mówiłam sobie tak: już nie jesteś ta, co dawniej, ponieważ teraz – jako człowiek wobec człowieka – masz konkretne zadanie. Jesteście razem, ale przy zachowaniu autonomii twojej córki.

Języka tej historii szukałaś już we wcześniejszej książce, „Elizjach”.
W „Elizjach” zmieściłam dużo z własnego egzystencjalnego doświadczenia. Istotna jest już ich eksperymentalna forma – filozoficznych bajek, których nigdy nie mogłam czytać własnemu dziecku. Mały traktat o tym, że jest się królewną, która funkcjonuje zupełnie inaczej niż reszta królestwa. Królewną, która, owszem, umie dobrze wypaść, ale z balkonu.
W tym moim opisywaniu królewny zmieściło się dużo smutku, ale też buntu wobec norm społecznych. Oczekuje się od niej, że będzie chciała władzy, a królewna wcale nie chce. No, bierzcie sobie – mówi i odpuszcza.
Nie nazwałabym tego autoterapią. Bardziej redakcją myślenia o sobie i swojej sytuacji, która ostatecznie uwolniła we mnie też ducha walki.
Z czym?
Ruda, która ma dystans do siebie – jako osoba wymykająca się normom – dąży jednocześnie do tego, żeby być w normie, z tym się mierzy.
Ja – dla równowagi – zaczęłam wymykać się normom. Nie agresywnie, na zasadzie manifestu, tylko małych sygnałów niechęci do formatek. Nie boję się być śmieszna, nie boję się mieć dziwnego poczucia humoru, nie boję się być Elizą krążącą po mieście z torbą na kółkach, nie boję się pisać małą literą „e”. A jeśli chcecie pisać wielką literą, piszcie. Ja jestem mała, ale jeszcze zobaczycie!
Napisanie tej książki dało mi poczucie wyzwolenia. Nie mówię o swoich emocjach, ale o stanie umysłu – opisałam coś, co wcześniej dla siebie samej nazywałam manifestem innego świata.
Jaki on jest?
Ludzie, którzy kiedyś spotykali Rudą, widzieli w niej często przypadek społecznej niepełnosprawności. Dostrzegali nieprzystosowanie do świata. A ponieważ spędziłyśmy razem już dwadzieścia lat, widziałam ją społecznie i intymnie, to mój ogląd tej osoby jest inny.
Jej świat jest znacznie bogatszy, niż się przeciętnie zdaje. Jej wyobraźnia jest znacznie bogatsza, niż się wydaje. I nawet jeśli Ruda nie komunikuje się swobodną polszczyzną (choć zrobiła wielkie postępy), nawet jeśli nie udostępnia nam zbyt wielu informacji na swój temat i wglądów w siebie, to równocześnie ma swoje krainy.
Choćby Moroufków – o czym piszę. To od nich dostała imię. Nie wiem, czy to lud, ale jeśli, to na pewno ma temperament opiekuńczy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















