Znajomy punkt garmażeryjny na stacji metra przy Polu Mokotowskim. Rodzina J. obsługuje. „Dwa schabowe i małą zasmażaną poproszę”. „Krokiecik i cztery ziemniaczane. I niech pan młody dopchnie tej marchewki po denko, a potem zafoliuje, żeby mi w torbę nie pociekło – staruszek cmoka z błogością – lubię dużo marchewki”. Sprzedająca: „Żona podgrzeje”. Staruszek: „Jak żona żyła, to mi robiła marchewkę z groszkiem”. „Przepraszam, nie wiedziałam”. „Nie szkodzi, jak jem marchewkę, Marynia się uśmiecha”. „Na pewno”. „Ja bym tak w niebie chciał, marchewkę z groszkiem. Razem, z jednego talerza”.
Idą zamówienia świąteczne: „Pięćdziesiąt pierogów z mięsem, pięćdziesiąt wigilijnych, teściowie będą, inwestujemy w relacje, haha, a państwo takie dobre mają. Nie powiem, że to państwa robota”. Sprzedająca: „Nie zdradzi nas pani? Dziękuję”. „Nieee, haha, powiem, że ja robiłam”. Przede mną starsza o kulach, chroma, utykająca, a kolejkę zamyka druga starsza z siatą. Siatowa do Chromej: „Co pani tak stęka, zaraz panią obsłużą”. Chroma: „Niech pani nie będzie przykra”. Siatowa: „Ja nie jestem przykra, ja widzę, ile będę musiała czekać”. „Jak każdy”. Siatowa sarkastycznie: „No, pani nie”. „Żartuje pani! Pół godziny stałam”. „Nie w mojej kolejce”. „Jak to: nie w pani…?”. „W mojej kolejce stoi pani pięć minut”. Gość zza moich pleców: „Ależ wyliczenia!”. Siatowa: „A pan siedem. I niech pan nie podskakuje”. Marchewkowy: „Nie trzeba się kłócić. Niech państwo sobie kupią coś dobrego”. Siatowa do staruszka: „Pan już kupił, niech pan idzie. Poniektórzy tu stoją tylko osiem minut”. Gość zza pleców: „Mam pani ustąpić miejsce?”. Siatowa: „Jakby pan był mężczyzną...”. Gość na wkurzeniu: „Co za babsztyl!”. Siatowa: „Głosuj pan dalej na Tuska!”. Staruszek od marchewki usiadł na krzesełku, wyciągnął serwetkę z torby jedzeniowej, wytarł nos i zapłakał.
Wrocławskie Targi Dobrych Książek w Hali Stulecia, łażę sobie. Nad nami kopuła, jakiej nikt nie ma, wspaniale patronująca architektonicznie. Rama naszych starań i zabiegów. Krążę od stanowiska do stanowiska. A potem puszczam się w obwodnicę jarmarczną, czyli hol okalający stoiska księgarskie. Suweniry, rzemiosła, toalety. Z toalet przeskakuję ku rzemiosłom. Przysiadam na schodkach dla złapania oddechu. Obok mnie dwie zwiedzające: „Mam już książki”. „Ja też”. „Gość wyglądał inteligentnie i była do niego kolejka. To pewnie wie, co mówi. Wzięłam podpis dla matki”. „No i dobrze”. „Napisał »Mamie«, ale trudno, powiem matce, że go poniosło”. „Hahaha, jakby znał twoją matkę…”. „…toby tak nie napisał. Ale wiesz, oni w ogóle nic nie wiedzą o życiu”. „Racja”. „»Mamie«, »Tacie«, a przecież to tylko literki”. „Tylko”. „Nic to nie kosztuje”. „Dlatego tak łatwo mija”. „Dlatego”.
Warzywniak lokalny, zakupy. Nad skrzynką warzyw zderzam się z koleżanką: „O! Eliza, widziałaś »Matki pingwinów«?”. Ruda patrzy się na mnie badawczo: „O co chodzi?”. Ja: „Aaa, wiesz, taki serial…”. Koleżanka: „Oj, nie »taki«, ale świetny. Serial o takich jak my”. Ruda: „O takich jak my”. Pauza. „Pingwin, czyli o tobie, bo jesteś Pingwinem”. Ja: „Jestem Pingwinem, ale wiesz, to jest opowieść o matkach pingwinów, nie o pingwinach, no”. Ruda myśli nad korytkiem z kartoflami i fasolą. Rozkłada ręce, gestykuluje, przetwarza tę fabułę nazewniczą. Koleżanka ładuje śliwki do reklamówki.
Ruda do mnie: „Ty jesteś Pingwin bez żadnego związku”. „Zawodowego” – dopowiadam. Nie słyszy. Mówi z przejęciem: „Ty jesteś Pingwin bez związku. Masz soczyste płetwy. Ty jesteś jedyna”. Koleżanka się rozkleja: „Jak ty miło mówisz o mamie”. Ruda na podbuntowaniu: „Nie o to chodzi!”. Koleżanka stropiona: „Ja wiem, że możesz mieć dość bodźców”. Ruda: „Nie o to chodzi!”. Kuca przy skrzynce z jabłkami, podnosi się: „Pingwin jest jeden”. Uśmiecham się: „Jedna”. Ruda: „Mogę obejrzeć serial”. Mówię: „Ja też”. Ruda: „Ale Pingwin jest jeden”. Koleżanka: „O, kochanie, zobaczysz, tam jest cała klasa pingwinów”. Ruda: „Pingwin jest jeden. Podpływa ku mnie czułością”. Ja: „Bo ma soczyste płetwy”. „Tak, Pingwinie”.
Dzwoni staruszka od ciśnienia: „Pani Elizo! Wnuk mi mówi, że będzie pani w teatrze!”. „Aha”. „Na scenie!”. „Ano”. „Dlaczego ja o tym nie wiem?!”. „Myślałam, że to pani nie zajmie…”. „Teatr? Brednie. Scena to scena. W czym pani zagra?”. „Aaa, w niczym. Moja książka będzie grana”. „Ach, w ten sposób. Bez pani scenicznego udziału?”. „Bez”. „Tak czy owak, pani Elizo, to jest wielka rzecz: myśli pani, pisze, kombinuje, a potem hyc: i scena”. „Ano, owszem”. Pauza, chwila milczenia. Staruszka zaczyna w tonie innym niż znam: „Bo wie pani, mało kto umie zrobić z siebie spektakl”. „Aha”. „Znaczy się, jak to powiedzieć, tak siebie wystawić ludziom, by wiedzieli, że trzeba to zagrać”. „Prawda, mało kto”. „To nie jest kwestia tematu. Nie powinna być. Wie pani, że ja gram od lat?”. Pauza. „Gram pani i mieszkańcom tej kamienicy spektakl. Dzięki temu zakładam, że mnie zapamiętacie”. „O, wyróżnia się pani. Ale ten spektakl nie wymaga scenariusza”. „Owszem, gram sobą”. „Tak myślę”. „Tak najlepiej”. „Może tylko tak można w takim teatrze”. „Tak”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














