Monika Ochędowska: Ale energia! Wbiegłeś na spotkanie jak na metę sprintu.
Krzysztof Zalewski: Prosto z boksu...
Trenujesz?
Świat wydaje się przyjaźniejszy, kiedy trener wybiega mnie tak, że nie mam siły wstać z podłogi. Najwyraźniej mam w sobie coś z psa. A poza tym: dobrze sobie czasem walnąć wielkim młotem w oponę.
Czyli dobrze Ci w życiu?
Do niedawna wszystkie truizmy, że szczęście nie zależy od zewnętrznych wyników i czynników, tylko od wewnętrznego usposobienia, traktowałem jak bzdury. A dzisiaj jestem bardziej pogodzony z rzeczywistością. Zaczynam odkrywać, że szczęście jest faktycznie jakimś rodzajem spokoju, zgodą na świat. Coraz częściej doświadczam też momentów równowagi. Oczywiście pomagają w tym rozmaite terapie, medytacje, modlitwy… no i boks.
A jak znajdujesz spokój do pisania piosenek?
Zazwyczaj żeby pisać, wstawałem dość wcześnie, o piątej rano, i siadałem do pracy jeszcze półśpiący – zależało mi na tym, żeby nic mnie nie rozpraszało. Wylewałem wtedy z siebie całe strony grafomanii, nie zastanawiając się w ogóle nad jakością tego, co powstaje. Dopiero później, w ciągu dnia, przebierałem w tych notatkach i znajdowałem jakiś jeden ciekawy wers, który coś ze sobą niósł, od którego mogłem się odbić.
Podczas pracy nad ostatnią płytą było inaczej?
Tak, bo w pewnym momencie zrozumiałem, że moje teksty są przegadane, a to, co chcę powiedzieć, zbyt mocno ukryte za metaforą.
Co jest złego w metaforach?
Wiesz, jesteśmy atakowani miliardem informacji dziennie, więc nasza zdolność skupienia, koncentracji na tekście bardzo się skurczyła. Jeżeli chcę coś opowiedzieć ludziom, muszę to coraz częściej robić bezpośrednio, wprost. Oczywiście nie uciekam zupełnie od metafor, ale staram się, by każdy numer można było podsumować w trzech słowach.
Zmieniłeś metodę pisania?
Tym razem, pracując nad płytą „Zgłowy”, siadałem tylko na godzinę dziennie, ale za to wyrzucałem telefon, odcinałem wszelkie dystrakcje: książki, maile, smsy, instagramy. Dawałem sobie absolutne przyzwolenie na to, żeby nie robić niczego na siłę. Nie zmuszałem się też do pisania. Po prostu mogłem nie robić kompletnie nic albo pisać – tylko te dwie rzeczy. I zwykle z nudów po piętnastu minutach okazywało się, że coś się jednak pojawia. Z tych, nazwijmy to, warsztatów, coś wychodziło.
Oprócz tego, że pisałem w ten sposób teksty na płytę, osobno zapisywałem sobie na kartce fragmenty autobiograficzne, czasem rymowane. A potem stwierdziłem, że mógłbym spróbować je włożyć w rapową formę, bo w niej można sobie pozwolić na dłuższą frazę.
Od czego zaczyna się piosenka?
Jak jest pierwszy wers, idzie z górki. Cała późniejsza praca to jest taka gra w scrabble: przymierzanie, docinanie, żeby fraza się zgadzała z melodią.
A co Ciebie muzycznie ukształtowało?
Radio, Trójka. A jak byłem chłopcem, nieustannie słuchałem Queen. Sporo Gershwina, Kabaretu Starszych Panów, Grzegorza Turnaua – tego typu rzeczy.
Metal?
Pojawił się później, ale wiesz, ja słuchałem głównie takiego rajtuzowego metalu. Nadal mam do niego sentyment, lubię Iron Maiden, choć palmę pierwszeństwa przyznałbym dziś zdecydowanie Metallice.
Rajtuzowy metal to rodzaj spektaklu. Kiedy byłeś chłopcem, mama często zabierała Cię do teatru, prawda?
W kółko chodziliśmy do teatru! Jak tylko skończyłem trzy lata, każdego tygodnia byliśmy w lubelskim Teatrze Lalki i Aktora, dziś Andersena. A jak miałem siedem-osiem lat, zaczęliśmy chodzić do Teatru Osterwy. Wszystkie spektakle widziałem po trzy, pięć, dziesięć razy.
Podobało Ci się?
Tak, bo w teatrze trzeba uruchomić wyobraźnię, zgodzić się na zabawę, na to, że scena to – dajmy na to – statek kosmiczny. Ale najbardziej fascynowało mnie, że za każdym razem oglądamy to samo, a jednak trochę coś innego. Dotąd w teatrze pociąga mnie szczególnie to, co się może nie udać. Świadomość, że reżyser czegoś nie dowiezie, a aktor może zapomnieć tekstu albo wywrócić się na scenie, jest dla mnie bardzo podniecająca!
Naprawdę? Czemu?
Byłem ostatnio w filharmonii na kwartecie smyczkowym. Siedziałem na widowni i myślałem, że sobie głowę odkręcę. Nie, nie chodzi mi o samą muzykę, tylko o wykonanie. Czułem się tak, jakbym poszedł do cyrku i oglądał gości, którzy jeżdżą na jednokołowych rowerkach nad basenem z krokodylami. Cały czas gryzłem sobie palce w stresie, że to się nie uda: „niemożliwe, oni się zaraz wywalą!”. No bo jak to: bez dyrygenta, w czwórkę, zmiany tempa, dynamiki... Nie do wiary! Naprawdę, wciskałem się coraz mocniej w fotel – to był większy thriller niż oglądanie Hitchcocka.
A dlaczego? Bo scena zapewnia sprawdzalność świata. Siadając na widowni, możemy się przekonać, czy wszystko rzeczywiście potoczy się znów tak samo. Wedle scenariusza.
Sam zacząłeś występować na scenie jako nastolatek. Jak to jest od zawsze wiedzieć, co się będzie robiło w życiu? Dobrze mieć taki scenariusz?
Wygodnie! Bardzo wygodnie… Zawsze czułem, że jestem szczęściarzem, widząc, jak z planami na przyszłość mocują się, jeszcze grubo po trzydziestce, moi rówieśnicy. Pamiętam nawet, kiedy poczułem coś w rodzaju powołania. Miałem trzynaście lat, pierwszy raz pojechałem na wycieczkę w Tatry. Przytłaczająca monumentalność gór, ich majestat coś we mnie zmieniły. A ponieważ maniakalnie słuchałem wtedy klasycznego rocka, to – jakkolwiek to zabrzmi śmieszne – pod wpływem tych przeżyć pomyślałem sobie, że właśnie to będę robił: chcę pisać piosenki i wygłupiać się na scenie. Może to rodzaj lenistwa, oportunizmu czy fatalizmu, ale lubię myśleć, że tak musiało być.
Zawsze byłeś pewien?
Tak, nawet kiedy miałem dwadzieścia parę lat i zupełnie mi nie szło. Siedziałem we Wrocławiu, byłem pomagierem w studiu: nagrywałem chórki na cudze płyty, nadawałem i odbierałem przesyłki, a wieczorami występowałem w coverowych zespołach, żeby się utrzymać na powierzchni i mieć co jeść. Do tego za dużo i za często pozwalałem sobie na używki. Byłem mało odpowiedzialny i zupełnie niezdolny do tego, by zabrać się serio do własnych projektów. Pisałem do szuflady, niczego nie kończyłem. Ale nawet kiedy nachodziła mnie myśl, że „kurczę, stary, źle wybrałeś, to nie jest ta uliczka”, zawsze ostatecznie dochodziłem do wniosku, że nie mam wyjścia. I próbowałem dalej.
Do skutku.
Dzisiaj, po dziesięciu latach nieschodzenia ze sceny, wiem, że jestem niezły w tym, co robię, mam poczucie, że jestem profesjonalistą i biorę pieniądze za coś, co potrafię najlepiej. To uspokajające.
Zastanawiasz się, po co to robisz?
Wiesz, ludzie szukają leku na raka albo latają w kosmos, a my wieczorem gramy cztery akordy, ale to jest przecież coś, co trzeba robić, koniecznie. Dawanie ludziom rozrywki czy skłanianie ich do odrobiny refleksji jest potrzebne. Cieszę się, że przypadła mi w życiu taka rola: trochę wodzireja, trochę szamana.
Jak zostać szamanem?
Chcę, żeby na moich koncertach coś się wydarzało. Chcę zaczarować ludzi tak, by wychodzili ze spotkania ze mną choć trochę inni. Oczywiście nie zawsze się to udaje. Zdarza się, że stoję na scenie i myślę o tym, co obejrzałem czy przeczytałem dzień wcześniej, albo co zjem na kolację. To nie jest dobre. Tak samo jak niedobre są momenty, gdy skupiam się wyłącznie na tym, że muszę zmienić efekt, bo zaraz będzie c-moll.
Na scenie trzeba wejść w stan flow, żeby jednocześnie nie być, a trochę być „bardziej”. Na koncertach to się udaje najczęściej, mam takie chwile, że nie myślę o niczym – jestem tylko przekaźnikiem energii. A do tego lepszą wersją siebie.
Dlaczego lepszą?
Bo na co dzień jestem raczej nieśmiały. Jak idę do Żabki, to mam problem, żeby spojrzeć w oczy pani kasjerce. A na scenie wystarczy parę dźwięków i wchodzę w rolę: trochę pajaca, trochę gwiazdy rocka.
Mogę być zmęczony, może mi się po prostu nie chcieć, ale te pięć pierwszych dźwięków sprawia, że przez ciało przechodzi prąd i jestem w stanie zrobić dużo więcej, niż mi się wydawało. To są chyba takie nagłe momenty zachwytu… Tak, zachwyt to dobre słowo. Najpiękniejsze momenty w życiu to przecież takie, w których zachwycamy się światem, prawda? Kiedy chce się żyć, bo leci nasza ulubiona piosenka i nic nas za mocno nie boli. Granie to jest w ogóle szukanie takich właśnie momentów.
Skąd ta lekcja?
Lubię myśleć, że wszystkie osoby, które spotykamy na swojej drodze, a które z czasem okazują się w naszym życiu ważne, są jakąś lekcją. I rzeczywiście sporo było osób, które coś w moim życiu zmieniły. Marcin Bors, producent, który prowadził studio nagrań we Wrocławiu – to tam pracowałem. Chłopaki z zespołu, z którymi znamy się od dwudziestu lat i gramy razem do dzisiaj. Olga Tuszewska, która była moją menedżerką przez dekadę i mnie de facto stworzyła.
Inni wykonawcy?
Nieoceniona była współpraca z Kasią Nosowską. I to, że przez trzy lata grałem z Moniką Brodką, też było bardzo ważnym doświadczeniem, bo mogłem podpatrzeć, jak ona traktuje muzykę i jak bardzo istotna jest dla niej warstwa wizualna występów, na którą ja wiele lat nie zwracałem uwagi. Wielogodzinne dyskusje o świecie, życiu i na temat pisania tekstów odbywaliśmy też z Budyniem, czyli Jackiem Szymkiewiczem z zespołu Pogodno. Uwielbiałem jego piosenki. Od niego nauczyłem się, jak w muzyce opowiadać.
Jak?
Należy wciągać słuchacza w świat, pokazując najprostsze sytuacje z codziennego życia. Budyń twierdził, że najgłupsze, co możesz zrobić, to używać wielkich słów, bo jak zaczniesz trąbić, że ktoś ci złamał serce, to na nikim nie zrobi to wrażenia. Musisz mówić: dom, kot, pies…
Najlepsza lekcja to zresztą studiowanie tekstów Boba Dylana. Poza fragmentami, w których on jest zafascynowany Biblią i daje temu wyraz albo imituje język Starego Testamentu, większość jego tekstów to są bardzo poważne myśli wyrażone w bardzo prostych słowach, „like eleven dollar bill when you only got ten...” Dlatego można je swobodnie tłumaczyć na wszystkie języki.
To powiedz w prostych słowach, jak to jest być tatą?
Podczas ostatnich wakacji wziąłem mojego syna na spływ kajakowy Czarną Hańczą. Spaliśmy pod namiotem parę dni, było super. Zimna woda, zero atrakcji. Nie mieliśmy telefonów, niczego, nawet książek. Tylko siebie nawzajem i przyrodę, to wystarczyło.
Ile kilometrów dziennie płynęliście?
Dwadzieścia. Wiesz, przy Czarnej Hańczy to jest fest, bo na prostej rzece dwadzieścia kilometrów to ja zrobię w dwie godziny, ale tam są takie meandry, że to naprawdę poważne tempo. Zresztą – przecież nie chodzi o to, żeby się ścigać.
A z kim Ty pływałeś kajakiem jako mały chłopiec?
Wychowywałem się bez ojca, ale miałem wielu przyszywanych wujków, przyjaciół rodziny. Każdy z nich pełnił jakąś rolę w naszym życiu, był cząstką tego ojca, którego nie miałem. Więc był na przykład jeden przyszywany wujek, kompozytor, bardzo wrażliwy człowiek, który uczył mnie cierpliwości i ciepła. Ale miałem też innego wujka, aktora, który był pasjonatem kajakarstwa i zabierał mnie na spływy. Tę Czarną Hańczę z nim robiłem parę razy i teraz, z moim synem, odtwarzałem sceny ze swojego dzieciństwa: wędkowanie, posługiwanie się saperką, rozkładanie i składanie namiotu. Zresztą dzisiaj to, wiesz, naciskasz guzik i jest rozłożone, a wtedy to trzeba się było naprawdę napracować.
Ojca poznałeś już jako nastolatek.
Tak, kiedy się pojawił, cieszyłem się, że w końcu mam tatę, choć był w stanie poświęcić mi dwie godziny raz na dwa miesiące. Ojciec mnie zaskakiwał erudycją, natomiast, cóż, możesz być erudytą, ale wiedza niekoniecznie idzie w parze z mądrością.
To czym jest mądrość?
„Informacja nie jest wiedzą, wiedza nie jest mądrością, mądrość nie jest prawdą, prawda nie jest pięknem, piękno nie jest miłością, miłość nie jest muzyką. Muzyka jest najlepsza”. To Frank Zappa…
A Zalewski?
Mądrość jest umiejętnością godzenia się z tym, czego zmienić się nie da. Zdolnością wykorzystywania swojego potencjału, żeby zmieniać to, co zmienić można. A także talentem odróżniania jednego od drugiego, żeby niepotrzebnie nie kopać się z koniem.

KRZYSZTOF ZALEWSKI jest wokalistą, multiinstrumentalistą, producentem, autorem tekstów i kompozytorem. W 2002 r., jeszcze jako nastolatek, zwyciężył w drugiej polskiej edycji programu „Idol”. Rok później ukazała się jego pierwsza solowa płyta „Pistolet”, przy wydaniu której współpracował m.in. z Marcinem Borsem i Katarzyną Nosowską. Wiele lat grał i występował z Moniką Brodką, zespołem Hey i Muchami, drugą autorską płytę wydając w roku 2013. W 2018 r. nominowany do Paszportów „Polityki” za nagranie własnych wersji piosenek Czesława Niemena. Jego najnowsza płyta „Zgłowy” jest rockowa, lecz bardziej osobista niż poprzednie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















