Najważniejsze to kochać. Dlaczego oglądamy „Hotel Paradise” i „Love Island”

Po ośmiu sezonach „Hotelu Paradise” i dziewięciu „Love Island” serwisy plotkarskie wciąż piszą o nich newsy, media społecznościowe i memosfera pracują na pełnych obrotach. Uczestnicy opowiadają, jak pobyt w raju zmienił ich życie.
Czyta się kilka minut
„Hotel Paradise 8”, odcinek 8 // Materiały prasowe producenta
„Hotel Paradise 8”, odcinek 8 // Materiały prasowe producenta

Czar par – Mikołaj nazywa Szahirę „kebabem” i szydzi z jej wagi, ale łzy płyną dopiero wtedy, gdy pyta ją: „Jak ty wyglądasz, kobito? Gdybym zobaczył cię w bramie, uciekałbym, ile mogę”. Obelgę chłopak usprawiedliwia konwencją zabawy w przebieranki, z kolei winą za kwaśną sytuację obciąża dziewczynę: „Przynajmniej szczery jestem. Nie doceniasz tej szczerości?”.

Na sąsiedniej wyspie konkurenci Mikołaja w wyścigu o sławę grają w inną grę: kobiety muszą przenieść w bikini kostki lodu, a następnie wsypać je w kąpielówki mężczyzn i roztopić, ocierając się o ich krocza pośladkami. W wysokiej rozdzielczości, w zwolnionym tempie i przy akompaniamencie popowego szlagieru, wygląda to jak niezobowiązująca, wakacyjna zabawa. #morzaszum #ptakówśpiew

Oto język miłości i choreografia tańca godowego, których uczą nas popularne telewizyjne reality shows. Niemal wszystkie opowiadają nie tyle o miłości, co o pieniądzach, dietach wysokobiałkowych i transakcyjnym modelu relacji międzyludzkich. Większość bazuje na sprawdzonym schemacie: wywozimy umięśnionych influencerów i seksowne trenerki personalne do egzotycznego kurortu, łączymy ich w pary, a resztę załatwia siła odśrodkowa.

W założeniach to bezpretensjonalna eskapistyczna rozrywka. W praktyce – połączenie „Władcy Much”, eksperymentu stanfordzkiego, coachingu mentalnego oraz polskiej komedii romantycznej.

Dzień świstaka

W filmie „Lobster” (nagroda jury w Cannes) Yorgosa Lantimosa wdowcy i rozwodnicy zamieszkujący dystopijny świat przyszłości są umieszczani w specjalnych hotelach. Mają tam ostatnią szansę na znalezienie drugiej połówki. Samotność oznacza śmierć, a właściwie – pośmiertną zamianę w wybrane przez siebie zwierzę. W emitowanej przez TVN polskiej wersji amerykańskiego formatu „Hotel Paradise” los nie jest dla uczestników aż tak okrutny. Reszta się jednak zgadza – to „Lobster”, tyle że nieironiczny. Izolacja oraz restrykcyjne zasady gry zmieniają naturę relacji społecznych, bycie singlem jest stanem podwyższonego ryzyka, zaś osoba, która traci partnera lub partnerkę w trakcie cotygodniowej eliminacji, zdaje klucz i odjeżdża w ciemną noc. Z jednej strony to celna metafora rzeczywistości, w której samotność jest czymś wstydliwym, niepożądanym i piętnowanym. Z drugiej – w kontrze do „istoty” tej miłosnej układanki oraz związanej z nią marketingowej retoryki, w grze liczy się przede wszystkim pragmatyzm.   

Nasz dzień świstaka zaczyna się bladym świtem. Pobudka, śniadanie, siłownia w plenerze, basen, później konkurencja sprawnościowa, test na orientację, zabawa w kółko graniaste. W regularnych interwałach randki, przetasowania par, powitania nowych uczestników, pożegnania z weteranami. Wreszcie zaś – koronne punkty programu. Najpierw tzw. Puszka Pandory, czyli rozmowy w formule „szczerość za szczerość”, w trakcie których rozgorączkowani uczestnicy całkowicie ścierają klocki hamulcowe. Później – rajskie rozdanie, czyli wspomniany proces eliminacji.

Aby wygrać, zawodnicy muszą doczłapać do finału w parach. Kto w trakcie ostatecznej rozgrywki stłucze pozłacaną kulę, ten rozbija bank i zgarnia 100 tysięcy złotych. Jeśli oboje doniosą Świętego Graala na metę, dzielą się pieniędzmi. Niektórzy rzucają kulą o ziemię, inni „wybierają miłość”. Ostatecznie jednak stawka jest zerowa, skoro liczy się przede wszystkim performance, a kasą można podzielić się za kulisami.

Waleczne serca

Miłość jest merkantylizowana w sposób najdosłowniejszy z możliwych, natomiast seks – właściwie wyrugowany z opowieści. Jego stężenie na godzinę zabawy mierzy się ogrywanymi do znudzenia w mediach społecznościowych „incydentami”, sugestiami, że „do czegoś doszło”, oraz momentami pościelowych rozmów. Ekranowa rzeczywistość składa się raczej z intryg, aktów podwójnej lojalności, szczeniackich umizgów oraz pijackiego biadolenia. Jasne, walory rozrywkowe płynące z tej zabawy są spore – zwłaszcza gdy trafi się ktoś, kto w roli czarnego charakteru czuje się jak ryba w wodzie. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że za mało tu „show”, a jeszcze mniej „reality”.

Uczestnicy nie rozmawiają o swoich marzeniach i pasjach, a nawet o sposobach na biznes. Nie dzielą się konstytuującymi ich tożsamość doświadczeniami. Tego świata nie dotknęła pandemia, nie obowiązywał w nim dystans społeczny, jego mieszkańcy nie nosili maseczek i rękawiczek. Nic dziwnego, że do rangi buntownika z wyboru urasta facet, który wytatuował sobie na klatce piersiowej datę rozpoczęcia I wojny o niepodległość Szkocji. Zrobił to, ponieważ lubi „ambitne kino”, a „Braveheart – Waleczne serce” zna na pamięć. Można się śmiać, ale jednak zagrał wbrew obowiązującej, radzieckiej metodzie typażu: tu Byczek, tam Intrygantka, pod palemką Nimfa Wodna, a za rogiem – Dziewczyna Twardo Stąpająca Po Ziemi.

Fakt, że nasz układ nerwowy jest przystosowany do wchłaniania tego rodzaju treści, jest wyłączną zasługą strumienia telewizyjnego, który medioznawca Raymond Williams nazywał „narzędziem eksploatacji kulturalnej”. Współczesna telewizja zbudowana jest nie tyle z programów o jednolitym kodzie stylistycznym i zakresie tematycznym, co z wymiennych „soczewek”, które skupiają całość odbiorczego doświadczenia. Niezłymi przykładami takich modułów są telewizja śniadaniowa, late night shows, programy rozrywkowe, a nawet serwisy informacyjne, które zrównują każdy przekaz i miksują komunikaty tak, by osiągnąć wrażenie tonalnego dysonansu. Nadajemy właśnie ze Strefy Gazy, by już za chwilę przenieść się na czerwony dywan w Złotych Tarasach, a stamtąd – na krajową „jedynkę”, gdzie doszło do tragicznego wypadku. Ale cóż to! W Przysiece Starej mieszka pan Zdzisław, który od trzydziestu lat widzi uchem.

W odbiorze krytycznym czyni to z programów w stylu „Hotelu Paradise” formy odporne na wszelkie generalizacje, a co za tym idzie – na sądy głoszone z wysokiego diapazonu. Sam oglądam reality shows namiętnie, gdyż są to w gruncie rzeczy bajki o alternatywnym wymiarze; o miejscu, którego istnienie – korzystając z jednej z najlepszych definicji komedii romantycznej – jest na tyle prawdopodobne, by stać się przedmiotem naszej wiary, i na tyle nieprawdopodobne, by stać się przedmiotem naszych marzeń.

„Hotel Paradise 8”, odcinek 11 // Materiały prasowe producenta

Moja osoba

O ile pełen intryg, zdrad i spisków „Hotel Paradise” ogląda się jak tiktokową adaptację Szekspira, o tyle polsatowskie „Love Island” to coś w rodzaju hipermelodramatu. Uczestnicy łączą się w pary szybciej i zostają w nich dłużej, nawet jeśli scenarzyści rzucają im kłody pod nogi, a prowadząca regularnie sprawdza ich lojalność. I choć całość zrealizowana jest w poetyce miękkiego erotyku, a festiwal falujących biustów i naprężonych tricepsów nie ma końca, to w gruncie rzeczy program jest o wiele bardziej konserwatywny. Wszelkie przejawy nieuczciwości spotykają się z silniejszą reakcją ze strony uczestników oraz komentujących wydarzenia w mediach społecznościowych widzów.

Jak przeczytałem na jednym z portali plotkarskich, „Love Island” wyróżnia także to, że uczestnicy mają „nie tylko piękną fizjonomię, ale i barwne osobowości”. Ja użyłbym raczej liczby pojedynczej: „osobowość”. Na ekranie bowiem wszyscy stanowią monolit; jeden byt o bliźniaczych marzeniach, potrzebach i ambicjach.   

Emilia jest tancerką i fotomodelką. Rafał, z wykształcenia weterynarz, zajmuje się logistyką, ale marzy o otworzeniu własnego schroniska dla zwierząt. Daniel skończył AWF i szkołę muzyczną, Adrian pracuje w kancelarii prawnej, a Oliwia jest nauczycielką. Wszyscy są młodzi, piękni i wysportowani, ale mimo wszystko – różni. Konwencja wymaga jednak, by poszukać najmniejszego wspólnego mianownika – obsesji ciała, kultu „prawdziwej miłości”, „honorowego kodeksu mężczyzny”, rytuałów utożsamianych z tradycyjnymi rolami płciowymi, narcyzmu. Symbolem tego procesu są językowe manieryzmy, które na stole montażowym ubija się tak gęsto, byśmy ani przez chwilę nie mieli wątpliwości, że to egoizm jest dominantą „ludzkiej natury”: „Czego chcesz od mojej osoby?”, „Dlaczego obrażasz moją osobę?”, „Wydaje mi się, że Janusz jest zainteresowany moją osobą”.

Jedna z par była ze sobą przed programem. Druga umówiła się na wspólną przeprawę do finału tuż po castingu. Ktoś jest bratem menadżera z TVN-u. A ktoś inny jest w tajemnym stałym związku. Po ośmiu sezonach „Hotelu Paradise” i dziewięciu edycjach „Love Island” tego rodzaju sytuacje wpisały się w konwencję całej zabawy. Widzowie się oburzają, serwisy plotkarskie piszą newsy, media społecznościowe i memosfera pracują na pełnych obrotach. Wyeliminowani uczestnicy idą do śniadaniówek i opowiadają o tym, jak pobyt w raju zmienił ich życie. Jeśli wcześniej nie byli influencerami, zostają nimi po programie. Ostatecznie przecież o autopromocję chodzi. 

Czarne lustro

Kamera frunie nad plażami Bali, nad lasami Zanzibaru, nad hiszpańską prowincją. Zza kadru dobiega głos lektora, który ostrzega, że nawet w takich okolicznościach przyrody z człowieka potrafi wyjść zwierzę. I zazwyczaj wychodzi. Toksyczne zachowania oraz przemoc psychiczna wobec uczestników i uczestniczek nie są oczywiście normą, lecz ilekroć się pojawiają, zawsze wpadają w nieistotną sferę medialnego szumu. Nawet gdy są zgłaszane przez widzów do KRRiTV, sytuacja powtarza się w kolejnym sezonie.

Gdy kamera zaczyna pikować, spada na wysokość muskularnych torsów i wypiętych pośladków – nowi uczestnicy wprowadzani są w króciutkich winietach, w których prężą się przed obiektywem, sięgają wzrokiem za horyzont i opowiadają o pragnieniu miłości. Ciekawsze są jednak momenty obezwładniającej nudy, gdy drapią się po głowie, leżą rozwaleni na sofach, albo dłubią w nosie. Te krótkie momenty wchodzą klinem w gładziutką fakturę obrazu i przypominają, że jednak obcujemy z ludźmi z krwi i kości, a nie z zaprojektowanymi przez telewizyjnych macherów socjotechnicznymi konstruktami. 

Pytanie o promowane przez telewizję wartości nie jest może w kontekście tego rodzaju produkcji zbyt fortunne. Lecz gdyby je zadać, odpowiedzią jest strategia dobierania i prezentowania  informacji o uczestnikach. Nie liczy się to, jakie studia ukończył Janek, tylko to, jakiej kobiety szuka. Nie ma znaczenia pasja Weroniki, tylko to, ile pieniędzy jej przyniosła. Uczestnicy są nieraz stawiani przed interesującymi dylematami oraz w psychologicznie wymagających sytuacjach. Ale żeby jakoś zaadresować problem szowinizmu czy wysublimowanych form przemocy psychicznej, nie wystarczy pogrzmiewający lektor: „No teraz to Bartek przegiąłeś”. 

Uczestnicy 4. edycji programu „Love Island” // Materiały prasowe Polsatu

Duchowa odnowa?

„Hotel Paradise” i „Love Island” to przykłady najbardziej emblematyczne dla całego nurtu, ale nie jedyne. Polska tradycja, pomijając prehistoryczne dzieła w rodzaju „Big Brothera”, „Łysych i blondynek” czy „Baru”, ma swoje korzenie w programie „Warsaw Shore” autorstwa MTV, stanowiącym destylat wielkomiejskiej patologii. Duchowym spadkobiercą tej narracji byłby zapewne amerykański format „Ex na plaży”. Tytuł nie kłamie: oto z morskiej toni wyłaniają się dawni partnerzy zawodników. Ich zadaniem jest wichrzyć, przeszkadzać, mącić wodę. Lecz to, co na papierze brzmi jak pyszna komedia charakterów, na ekranie zamienia się w seans przemocy. Wszystko w myśl zasady, że nie ma takiego ciosu na odlew, którego nie dałoby się poprzedzić wyzwiskiem.

W amerykańskim „Too Hot Too Handle” uczestnicy muszą zachować wstrzemięźliwość seksualną na czas trwania programu. Jest to o tyle trudne, że wszyscy wyglądają, jakby urwali się z filmu dla dorosłych. Za każdy przejaw fizycznej czułości ubywa pieniędzy ze wspólnej puli, zaś dyspensę mają jedyni ci, którzy zasłużyli na pieszczoty duchową odnową. Efekt zderzenia atawizmów z tą pop-filozofią jest dokładnie taki, jak można sobie wyobrazić: napaleni uczestnicy kitrają się po kątach i obmacują, a następnie deklarują zmianę systemu wartości na zajęciach jogi i w trakcie zajęć z coachem.

Z podgatunku „socjologicznego” polecam „20 kontra 40”, zaś z przegródki „stręczycielskiej” – „Gry małżeńskie”. W tym pierwszym programie facet około czterdziestki oraz jego młodszy o dwie dekady kolega romansują z kobietami w analogicznym przedziale wiekowym – opowieść o wdrukowanych w naszą podświadomość i niemożliwych do spełnienia kulturowych wymaganiach wobec obydwu płci przypomina bulwarową komedyjkę. Ten drugi program to jeszcze większy odlot. Zadaniem samotnej osoby jest rekonesans w mieszkaniach i rozpoznanie, który z trzech uczestników (bądź uczestniczek) jest singlem markującym życie w szczęśliwym związku. Jeśli jej się uda, wygrywa nagrodę pieniężną. Jeśli nie podoła – otrzymują ją pozostałe pary. Jak nietrudno się domyślić, schowanym za ścianą partnerom i partnerkom zawodników zależy więc przede wszystkim na tym, by ci jak najbardziej przekonująco odgrywali „gotowych na wszystko” singli. Niby „Niemoralna propozycja”, ale na polską miarę. Tu stawką w grze są trzy tysiące złotych.

Podobnie jak twórcy świetnego „Algorytmu miłości”, czyli serialu, który zamienia wspomniane programy w przedmiot bezlitosnej satyry, zmierzam do konkluzji, że niewiele z tej zabawy wynika. Producenci mają w rękach wszelkie narzędzia, by powiedzieć coś ważnego o społeczeństwie, zmieniać naszą świadomość, a nawet sprawić, byśmy dostrzegli w uczestnikach coś więcej niż cyrkową atrakcję. W ramach telewizyjnych igrzysk wolą jednak zamieniać ich w zwierzęta. Moja osoba nic na to nie poradzi – mają nas w garści. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 24/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Najważniejsze to kochać