Muzealny porządek w stolicy niemieckiego kraju związkowego Hesji-Wiesbaden zachwiany został 3 października 2025 r. Tego dnia Taylor Swift opublikowała teledysk do piosenki „The Fate of Ophelia” z albumu „The Life of a Showgirl”. W pierwszej scenie wideo piosenkarka ubrana w białą, zwiewną sukienkę leży w wodzie, otoczona rzecznymi zaroślami. Czerwone kwiaty komponują się z kolorem jej ust. Ponurą kolorystykę rozprasza jedynie złocisty blond jej włosów. Kadr niczym z obrazu Heysera.
Jak fala Swifties zalała niemieckie muzeum
Najpierw pracownicy muzeum zaczęli tonąć w prywatnych wiadomościach od rodziny i przyjaciół: „Hej, Taylor Swift wygląda jak wasza Ofelia”. Potem w mailach z prasy, radia i telewizji. Największa fala przyszła w pierwszy weekend października, gdy muzeum zalały Swifties, czyli fanki amerykańskiej wokalistki.
– Zwykle największy ruch mamy, gdy jest brzydka pogoda albo są darmowe wejścia. Jednak czegoś takiego jeszcze nigdy nie doświadczyliśmy – mówi Urszula Szmugiel, bileterka w muzeum. – W sobotę mieliśmy ponad 2000 gości. Niektórzy tylko wpadają, pytają, jak dojść do „Ophelii”. Robią zdjęcie i znikają. Choć nie da się tego dobrze oszacować przy takim ruchu. Może niektórzy zostaną i przejdą się po całym muzeum. Bo mamy naprawdę dużo do zaoferowania.
Na powierzchni 7400 metrów kwadratowych można zobaczyć słonia afrykańskiego wielkości 1:1, średniowieczne figury sakralne, instalację „Czerwony wagon” nawiązującą do czasów socjalizmu, szczątki kręgowców lądowych sprzed 20 milionów lat, plakaty kobiece z XIX wieku, 1000 rodzajów próbek piasku, niebieskie jeansy Josepha Beuysa z dwoma zaschniętymi rybami na poziomie kolan, witraże, kości syreny morskiej i meble secesyjne. Do pełni szczęścia w muzeum brakuje tylko Taylor Swift.
Ale tym problemem zajmą się władze Hesji. 28 października 2025 r. Timon Gremmels, minister departamentu nauki, badań, sztuki i kultury landu Hessen, wysłał oficjalne zaproszenie do amerykańskiej piosenkarki. Przeczytane, nieodpisane.
Co Taylor Swift mówi o szekspirowskiej tragedii
Przed obrazem Heysera ochrona postawiła barierki, żeby zapobiec ewentualnemu zniszczeniu dzieła. Zawisły na nich ręcznie robione, koralikowe bransoletki przyjaźni, którymi Swifties wymieniają się między sobą. Obowiązkowy element w biżuterii: tytuł lub fraza jednej z piosenek.
Kustosz sztuki secesyjnej dr Peter Forster nosi taką, z napisem „Bad Blood”, od połowy października. Dostał ją od fanki. – Ja w ich wieku uwielbiałem zespół The Clash. Byłem członkiem fanclubu. Jak ma się idola, który coś dla ciebie znaczy, i do tego niesie jakieś wyższe przesłanie, to celebrowanie tego zachwytu z innymi jest na wagę złota. Totalnie rozumiem, dlaczego te dziewczyny tak za nią szaleją. Jakbym był młodszy, może też byłbym Swiftie. Zawsze miałem skłonności do fandomów.

Friedrich Heyser stworzył swój obraz około 1900 r. w Dreźnie, wzorując się na Ofelii brytyjskiego malarza Johna Everetta Millaisa, który bohaterkę utworu Szekspira namalował w 1852 roku. I pozostał wierny tamtym czasom i interpretacjom, przedstawiając umierającą w wodzie kobietę jako femme fragile – piękną, delikatną, kruchą, bezbronną i podporządkowaną męskiej władzy kobietę. Ułożoną w łagodnej pozie w stylu „draw me like one of your French girls”.
Jedną rękę Ofelia trzyma na sercu, drugą ma ułożoną ponad głową. Heyser otacza ją symbolicznymi ornamentami: liście wierzby przy prawej krawędzi ukazują niespełnioną miłość, księżyc – śmierć, stokrotki – niewinność, lilie wodne – dziewictwo, żółty jaskier trzymany w dłoni sugeruje niewdzięczność i dziecięcą naiwność, a biała suknia – czystość. Samobójstwo pasywne. Ofelia nie walczy. Jako wyidealizowany przez mężczyzn obraz kobiecego piękna poddaje się wodzie. Tym samym uderza swoim uzasadnionym gniewem nie w świat zewnętrzny, a samą siebie.
I teraz – 125 lat później – wchodzi w tę opowieść Taylor Swift. A właściwie wychodzi z obrazu i mówi: „I swore my loyality to me, myself and I”. W tłumaczeniu: Przysięgam lojalność sobie i tylko sobie.
Jak zaręczyny zmieniły Taylor Swift
– Nie pierwszy raz Taylor majstruje przy dotychczasowych znaczeniach historycznych dzieł sztuki i kultury – mówi profesor kulturoznawstwa Jörn Glasenapp z Uniwersytetu w Bamberg, autor książki „Taylor Swift – wszystko o kolorowym, błyszczącym świecie Taylor i globalnym fenomenie popu”. – W 2008 roku wydała piosenkę „Love Story”, w której również nawiązuje do Szekspira, tym razem do Romea i Julii. W utworze i teledysku przedstawia siebie jako nowoczesną Juliet, która w anturażu klasycznego amerykańskiego high school walczy wraz ze swoim ukochanym Romeo o ich prawo do miłości.
Swift to poetka, artystka, czytelniczka literatury klasycznej i feministka. Tyle że nową płytą „The Life of a Showgirl” nadszarpnęła swoje dobre miano przodowniczki feminizmu – dodaje Glasenapp. We wcześniejszych albumach Taylor Swift często nawiązywała do podwójnych standardów płciowych.
– W teledysku do piosenki „The Man” z 2020 roku przebrana za mężczyznę ironizuje z seksizmu. W albumie „The Tortured Poets Department” rozlicza swoje byłe związki i mierzy się z rozczarowaniem i stratą. Teraz, szczęśliwie zaręczona z amerykańskim futbolistą Travisem Kelcem, zmienia narrację na bardziej tradycjonalną. W „The Fate of Ophelia” pozycjonuje się jako liryczne ja, które dzięki uwalniającej miłości odkrywa w sobie siłę do walki o swój los – kontynuuje Glasenapp.
– Czyli „nowa” Taylor uważa, że kobieta potrzebuje jednak bohatera, który wyciągnie ją z opresji, nawet jeśli to ów bohater jest przyczyną problemu? – pytam kulturoznawcę.
– Swift zawsze zostawia w tekstach piosenek dużo przestrzeni na własną interpretację. Niektórzy mówią, że „The Fate of Ophelia” to hołd dla jej fanów. Dzięki ogromnemu sukcesowi jej ostatniej trasy koncertowej „The Eras Tour” mogła odkupić prawa do oryginalnych nagrań studyjnych swoich pierwszych sześciu albumów, co zwróciło jej moc i kontrolę nad własną twórczością. Z drugiej strony, nie można zaprzeczyć, że najnowszy album pisała będąc już w związku z Kelcem i moim zdaniem mocno to wybija. Zwłaszcza w teledysku do „Ophelii” pełno jest tak zwanych „easter eggs”, czyli ukrytych elementów wizualnych o specjalnym znaczeniu.
Już w pierwszym kadrze widzimy na drugim planie po lewej stronie pod schodami plakat z Swift i wielkim hasłem „Wood”. To tytuł piosenki z nowego albumu, która cała jest o jej narzeczonym. W scenie, w której artystka przebrana jest za Marylin Monroe, na lustrze zawieszonym za grupą tancerek przyczepione jest czarno-białe zdjęcie Travisa. Przed sceną końcową Swift łapie piłkę futbolową, po czym przechodzi przez drzwi z numerem 87, czyli takim, jaki Kelce nosi na koszulce swojej drużyny.
– Czyli Taylor wchodzi choć trochę w klasyczną rolę Ofelii? Tę z „Hamleta”? – stawiam kolejne pytanie.
– Na pewno z niej czerpie, ale też tworzy ją na nowo, i to zasługuje na docenienie. Zastanawiam się tylko, dlaczego wybrała właśnie ją. U samego Szekspira mamy dużo innych postaci, które moim zdaniem lepiej odwzorowują kobiecą siłę i feminizm. Choćby Lady Makbet, Viola z „Wieczoru Trzech Króli” czy Portia z „Kupca weneckiego”. Ale może trzyma je na specjalną okazje? – pyta retorycznie Glasenapp.
Niemieckie muzeum uczy się nowych słówek
Piosenka „Fate of Ophelia” Swift bije wszystkie możliwe rekordy. W dniu premiery utwór odtworzony został na Spotify 25,5 milionów razy. W pierwszym tygodniu osiągnął wyniki, do których nie dotarł nikt inny: 128,9 milionów odtworzeń na tej platformie. Na liście Billboard Hot 100 utrzymuje się na pierwszym miejscu już piąty tydzień.
Taki sukces dużo zmienia i w wielkim świecie muzyki, i w niewielkim muzeum zachodnich Niemiec. W muzealnej kawiarni do menu dodano pozycję „Ophelia by Taylor Swift”, a w niej „French Blonde Mocktail”: sok grejpfrutowy, lemoniada cytrynowa, syrop z kwiatów czarnego bzu, mięta i lód (6,50 euro) oraz „Pink Latte” – kawa latte z różową posypką (4,50 euro).
Dużo więcej zmian Taylor wprowadziła w działach marketingu i prasowym. W muzealnym wokabularzu, gromadzącym takie słowa jak ekspozycja, podobrazie czy światłocień, pracownicy z dnia na dzień musieli znaleźć miejsce na hype, merch i viral. Taka okazja zdarza się pewnie raz w życiu.
Ofelia szuka dla Swifties bezpiecznego miejsca
Raz w życiu zdarzają się też 200. urodziny, które muzeum w Wiesbaden obchodzi właśnie w tym roku.

– Lepszego prezentu nie mógłbym sobie wymyślić – mówi dyrektor Andreas Henning. – Życzę każdemu muzeum takiej akcji. Co prawda ten fejm spadł na nas jak grom z jasnego nieba i musieliśmy zmienić cały nasz harmonogram pracy, ale wiedzieliśmy, że będzie warto. Po pierwszym tygodniu od premiery piosenki powiedziałem mojemu zespołowi, że musimy znaleźć dla Ofelii nowe miejsce. Takie dzieło nie może teraz stać w kącie. Poza tym przed obrazem nie było za dużo miejsce dla fanek Swift. Dziewczyny robiły sobie sesje zdjęciowe, tańczyły chorografie z teledysku, nagrywały TikToki – to było dla wszystkich zbyt niebezpieczne. A co, jakby któraś się potknęła i spadła na obraz?
Muzeum postanowiło zorganizować dla Swifities specjalny event. Bilety rozeszły się w ciągu pierwszej godziny – popyt prawie jak na koncert gwiazdy. Głównym punktem wydarzenia, które miało miejsce w niedzielę, 2 listopada, w muzealnym audytorium, był wykład i analiza porównawcza dzieła Haysera oraz teledysku „The Fate of Ophelia”. Ponadto fanki miały możliwość zatańczenia choreografii przed obrazem, powyplatać wspólnie bransoletki przyjaźni i zajrzeć do specjalnie przygotowanego „kącika selfie”, gdzie można było zrobić sobie zdjęcie w pozie z obrazu – z obrazem w tle.
Wspólnota Swiefies nie zna granic
Annika, Emma, Lara i Charlotte śpiewały najgłośniej i tańczyły z największą charyzmą. Nastolatki do Wiesbaden przyjechały z nieodległej Koblencji i Bad Kreuznach. Emma słucha Swift od piątej klasy. I właściwie tylko jej: – Taylor była zawsze przy mnie, w każdej złej i dobrej sytuacji, jest dla mnie takim safe space.
Annikę fascynuje w artystce jej siła: – W filmie dokumentalnym „Miss America” Swift mówiła, że czuje, że już jest na końcu swojej kariery, choć miała dopiero 28 lat. Ale mimo to podniosła się jak feniks z popiołu i teraz bije wszystkie możliwe rekordy popularności. Nie poddała się, działała dalej. Do tego stworzyła ogromnie wpierające się community, gdzie wszyscy się szanują i są dla siebie mili.

Dziewczyny nie ukrywają, że do muzeum przyjechały dla Taylor Swift, a nie dla sztuki, ale wykład im się podobał. Czy planują przeczytać „Hamleta”? Annika obiecała sobie, że obejrzy musical. Lara miała „Hamleta” na angielskim i to jej starczy. – A nie – prostuje – to był jednak „Makbet”!
Nicole Sewell na wydarzenie w muzeum przygotowała specjalną stylizację: białą sukienkę w stylu boho, na szyi wisiorek z wężem nawiązującym do albumu „Reputation”, w długie, rude włosy wplotła kolorowe kwiaty. W przyszłym roku Nicole będzie obchodzić sześćdziesiąte urodziny. Pochodzi z Sacramento w Kalifornii, do Niemiec przeprowadziła się 11 lat temu. Fanką Swift jest od początku jej kariery – od czasów muzyki country.
Ceni ją za poetyckość tekstów, elokwencję i przykładanie dużej wagi do szczegółów. Piosenka „The Fate of Ophelia” to dla niej perfect match, bo Szekspir jest jej ulubionym pisarzem. Gdyby mogła wrócić teraz do Stanów, to od razu zapisałaby się na kurs na Harvardzie: „English 183ts. Taylor Swift and Her World”. Ale jej mąż ma pracę w Niemczech i na razie zostanie z nim.
„Merch z Ofelią”: Swifties chcą mieć pamiątki po wizycie w muzeum
Przypadkowa sława, która na początku października spadła na muzeum w Wiesbaden, to sukces wizerunkowy, ale też ekonomiczny. Swifties pytały w sklepiku muzealnym o „merch z Ophelią”. Kasjerki nie widziały, co to merch. Dziś już wiedzą, że chodzi o produkty sygnowane przez artystę, które można kupić na koncertach: odzież, gadżety, plakaty.
W muzeum w Wiesbaden nie odbył się żaden koncert, a jednak zapotrzebowanie na merch było ogromne. – Swifties chciały coś z tej wizyty w muzeum zabrać ze sobą. I ja to rozumiem – mówi dyrektor Hennig. I dodaje: – Nasz team marketingowy stanął na rzęsach, żeby zaprojektować i wyprodukować nowe gadżety. Dostępne są białe i czarne T-shirty, plakaty i kartki pocztowe. Magnesy jeszcze nie dojechały.
Muzealna bileterka Urszula pochodzi z Głuchołaz. W Opolu kończyła szkołę plastyczną, do Niemiec przeprowadziła się 39 lat temu – za miłością. Kryzys pandemiczny zmusił ją do znalezienia pracy na etat, ale swojego małego studia w Moguncji nie zamknęła. Okazjonalnie prowadzi tam kursy malowania farbami akrylowymi. Poza tym dużo tworzy sama: obrazy, biżuterię i nadruki na tekstyliach. O muzealnych gadżetach nie ma dobrej opinii. – To nie jest nawet sitodruk. Drukują Ofelię na folii i przyklejają na T-shirt. Szybko się zmyje. Tak jak Swifties z naszego muzeum.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














