Fisz śpiewa o przyjemnościach

Bartosz „Fisz” Waglewski, muzyk: Wreszcie nagraliśmy optymistyczny utwór o tym, że jest „fajny dzień, łagodny jak maj” i ten dzień sprawia, że „czujesz, jakbyś się na nowo narodził”. Ale niełatwo dzisiaj opowiadać o rzeczach bezinteresownie przyjemnych.
Czyta się kilka minut
„Fisz” i „Emade”. Warszawa, 9 września 2024 r. // Bart Pogoda / Materiały prasowe
„Fisz” i „Emade”. Warszawa, 9 września 2024 r. // Bart Pogoda / Materiały prasowe

Monika Ochędowska: Nie wierzę, że jesteś kiepskim kucharzem.

Bartosz „Fisz” Waglewski: Jestem niecierpliwy. Gotowanie bywa inspirujące, ale nie przepadam za zajęciami poprzedzającymi sam kluczowy proces – szykowaniem, obieraniem, krojeniem. Do tego biegające po kuchni dzieciaki, pies rozsypujący z woreczków kaszę gryczaną… Zwykle robię wokół siebie w kuchni niezły bałagan i ostatecznie nic nie leży na swoim miejscu. Zresztą, jak gotuję, to potem w ogóle nie ma już w domu miejsca na nic. I przypalam czosnek.

Ale ktoś to je?

Wciąż mam satysfakcję, jak coś mi się naprawdę uda, choć dzieci znudziły się większością propozycji z mojego menu, tymi wszystkimi makaronami, risottem, którymi ich karmię od czasu pandemii. Każde chce jeść coś innego: jedno mięso niechętnie, drugie mięso jak najbardziej, trzecie ma kilka swoich ulubionych dań i kropka.

„Niech płomienie wiją się pod patelnią jak ośmiornice, bo chcemy zapomnieć chociaż na chwilę o tym, że jesteśmy bezbronni, rzuceni w przestrzeń wojny” – w piosence „Śniadanie”, nagranej na nową płytę, starasz się trzymać codziennej rutyny. Pozwala zachować równowagę? Podczas gotowania telewizor jest wyłączony?

Telewizora nie mam, więc przede wszystkim komputer. Ta piosenka jest pytaniem o to, czy wyłączając ekran odnajdujemy jeszcze w ogóle w życiu jakąś przyjemność. Czy poza algorytmami budującymi między nami podziały istnieje jakiś inny świat. Świat na zewnątrz. I czy on jest prawdziwy.

Jak Ty myślisz?

Mój syn ma teraz piętnaście lat i przeżywa to, co ja także przeżywałem w jego wieku, czyli odcina pępowinę, poszukując swojego miejsca. Tymczasem wszyscy jego starsi koledzy głosują na Konfederację. Córka spędza czas z zupełnie inaczej myślącymi ludźmi. A ja obserwuję, jak język, którymi posługują się oba ich obozy względem siebie, jest coraz brutalniejszy. Do tego wszędzie na świecie zwyciężają nacjonalizmy, rośnie nieufność wobec nauki, racjonalnego podejścia do życia i świata.

Dużo krzyczymy – na siebie i do siebie.

Tak, dręczy mnie napuszenie śmiertelnie poważnych panów w garniturach oraz język, jakim posługujemy się w internecie. Źle się czuję w świecie, w którym każdy się unosi, oburza i uważa za mistrza świata. Drażni mnie to prężenie muskułów. Moralizatorstwo połączone z hipokryzją i cynizmem.

Chyba właśnie cynizm, obok nacjonalizmów, zwycięża dzisiaj w naszych wyborach. To nie jest dobry czas na ideały w polityce.

Jestem tego wszystkiego świadomy, a jednocześnie bardzo już tym zmęczony i nie mam pojęcia, co dalej, więc pytam samego siebie, czy mogę sobie to, co sprawia, że czuję się bezbronny, na moment odpuścić.

Możesz?

Uczę się odpoczywać. Może to jest związane z wiekiem, ale nareszcie nie muszę się z nikim ścigać. Nie muszę też nikomu udowadniać, że coś przeżyłem i mam o tym coś ciekawego do powiedzenia. W takiej sytuacji łatwiej zamknąć komputer.

Czyli masz nareszcie święty spokój.

Jakby ktoś znienacka wpadł do nas do domu i zobaczył tę rozsypaną po kątach kaszę gryczaną, z pewnością uznałby, że nie wypada mi mówić ani o wewnętrznym, ani o jakimkolwiek innym spokoju czy porządku.

A poważnie: wychowywałem się na Monty Pythonie, więc nie wyobrażam sobie życia bez zachowywania dystansu. Świat przemawia jednak do nas w coraz poważniejszych tonach. Szalenie łatwo jest kogoś urazić, ironia przestaje być czytelna. Tymczasem z lotu ptaka wszystko wygląda inaczej niż kiedy jesteśmy wędrującymi po ziemi, głęboko zanurzonymi w trawie mróweczkami.

Czasem „dobry dzień tańczy jak psi ogon, wzywając do wyjścia”. I to powinno wystarczyć.

Prawda? Wreszcie nagraliśmy optymistyczny utwór o tym, że jest „fajny dzień, łagodny jak maj” i ten dzień sprawia, że „czujesz, jakbyś się na nowo narodził”.

Natomiast oczywiście niełatwo dzisiaj opowiadać o rzeczach bezinteresownie przyjemnych i radosnych. Trudno się też nie denerwować sytuacją na świecie, kiedy dzieciaki dorastają i zadają swoje pytania. Sam się zastanawiam, jak one sobie w tej rzeczywistości poradzą.

My też mieliśmy problemy. Na początku lat 90. byliśmy „jak kamienie wystrzelone z procy”, „świadkami gwałtownych zmian”.

Tak, utwór „Niemoc”, który cytujesz, opowiada między innymi o tym, jak wtedy traciłem dobrych kolegów. O tym czarnym czasie, kiedy w ursynowskich blokach pojawiła się heroina. O alkoholizmie w mieszkaniach na naszych osiedlach, przemocy domowej i radzieckich żołnierzach opuszczających Polskę.

Ale ten dzisiejszy lęk, o którym przed chwilą powiedziałem, wynika z czegoś innego. Kiedy na świat przychodziły moje dzieci, wydawało się, choć była to pewna naiwność, że oto otwiera się wreszcie przed nami era długotrwałego pokoju, wolności, łatwej jak nigdy dotąd komunikacji – bez cenzury, za to z poszanowaniem drugiego człowieka. Byłem przekonany, że nasze dzieci będą miały łatwiejszy dostęp do wiedzy niż my, że będą z tego korzystały pełną parą. I że będą miały możliwość podróżowania, której nie mieli ich dziadkowie.

Uwierzyłeś w koniec historii.

To był efekt fascynacji Stanami Zjednoczonymi. Zresztą takie myśli u dzieciaka wychowanego w Polsce w latach 80. były nieuniknione, bo to, co się działo wtedy w amerykańskiej kulturze, było dla nas bardzo inspirujące, formujące. To stamtąd wziął się przecież cały nasz hip-hop. Wydawało się, że mamy świat na wyciągnięcie ręki. Dzisiaj wiem, że idealizowaliśmy to wszystko ogromnie.

Obchodzicie z Twoim bratem, Piotrkiem, dwudziestopięciolecie wspólnego grania. Płyta „25”, która właśnie się ukazała, to między innymi opowieść o czasach ideałów i idealizacji. Ale to też Wasza bardzo prywatna historia.

Grzebaliśmy ostatnio w starych VHS-ach, bo zacząłem się zastanawiać, czy trzeba to wszystko wyrzucić, czy może warto przegrać kilka rzeczy, zachować, zapisać w formie cyfrowej. I znalazłem wiele nagrań z naszych pierwszych koncertów, na przykład w warszawskim Remoncie. Piotrek miał pewnie kilkanaście lat, siedząc za bębnami. Ja jestem od niego trzy lata starszy, choć wówczas wydawałem się sobie dorosły, próbowałem pierwszych papierosów. Trzy lata różnicy wieku, dziś bez znaczenia, wówczas było kosmosem.

Ale wiesz, co w tym wszystkim było tak naprawdę niesamowitego? Zobaczyłem, że my w tym Remoncie w ogóle nie czuliśmy tremy. Byliśmy bardzo pewni tego, co robimy, muzyka była naszym naturalnym sposobem komunikacji.

Kiedy poczułeś, że stajecie się popularni?

Dzisiaj wiesz wszystko od razu – która twoja piosenka najbardziej się ludziom podoba, ile razy jej wysłuchano, a nawet kto i gdzie jej słuchał oraz w jakim wieku są ci twoi słuchacze. A wtedy wydawało się płytę i pojawiały się ewentualnie jakieś recenzje prasowe, lepsze lub gorsze, ale tak naprawdę wszystko, co wiedzieliśmy o naszej twórczości, wynikało ze spotkania z ludźmi na koncercie. „Przyjdą czy nie przyjdą” – to było być albo nie być dla zespołu. Liczba sprzedanych biletów decydowała o popularności. Stąd wytwórnia wiedziała na przykład, że jest jakieś zainteresowanie grupą i może trzeba dodrukować płyty.

I ta popularność przyszła zaraz po „Polepionych dźwiękach”?

Tę pierwszą płytę nagrywaliśmy w mieszkaniu, częściowo u nas, częściowo u naszego kolegi DJ Ośki. Do wytwórni Asfalt Records, dziś już nieistniejącej, zaprosił nas jej założyciel, Marcin „Tytus” Grabski. On też zainwestował w pierwszy mikrofon dla nas. Był dość apodyktyczny, ale bardzo związany ze swoimi artystami.

Pamiętam pierwszy koncert zaraz po wydaniu tej płyty, tutaj, w Warszawie, w klubie Piekarnia przy Młocińskiej. Byliśmy przyzwyczajeni, że Piotrek jest po prostu DJ-em, miksuje różne rzeczy, później ja wychodzę i dajemy półgodzinny wspólny występ. Tymczasem do tej Piekarni przyszło mnóstwo ludzi, klub był wypchany po brzegi. Przygotowaliśmy coś na kształt imprezy, a ludzie oczekiwali konkretnego koncertu. Naprawdę uczyliśmy się od podstaw, jak występować. Na własnych błędach.

Dobrze to wspominasz?

Chętnie do tego wracam i chętnie o tym mówię, bo byliśmy tylko szczeniackim, braterskim duetem z gramofonami, a chcieliśmy, żeby nasz rap był punktem wyjścia do czegoś więcej. No więc te pierwsze lata to była nauka latania, poszukiwanie sposobu, żeby mieć swoją oryginalną opowieść muzyczną – to dlatego na okładce nowej płyty znalazły się ptaki.

Jak się nauczyłeś walczyć z tremą, która się wkrótce pojawiła?

Jak zacząłem pisać teksty i trzeba je było wszystkie zapamiętać na koncert, szybko okazało się, że całe to występowanie na scenie nie jest takie łatwe. A kiedy mieliśmy skład koncertowy, nie wszystkie sale były dobrze przystosowane akustycznie. Dzisiaj to się zmienia. 

Który moment jest najgorszy?

Ten tuż przed wyjściem na scenę, a na dużych festiwalach – dziesięć minut przed samym koncertem. Zdecydowanie wolę małe kluby albo filharmonie, domy kultury. Ale już podczas wyjścia do publiczności dochodzi do jakiejś przemiany. To jest zresztą coś niesamowitego, poczucie takiej mocy: kiedy masz za sobą zespół, to jakby mieć całą armię.

Zawsze jeżeli trzeba było się zgłosić na jakiś apel albo zagrać coś w szkolnym teatrzyku, to się chowałem, żeby przypadkiem nie padło na mnie. Nie lubiłem publicznych występów. Wyobrażałem sobie, że zostanę malarzem albo grafikiem i będę stał samotnie w pracy przed sztalugą.

Przeszło Ci?

W końcu zrozumiałem, że jest jakieś przełożenie między tymi zajęciami, że jedno z drugim jakoś się łączy, chociaż występowanie na scenie daje dużo energii, której zawsze potrzebowałem. Pomaga też przeświadczenie, które miałem bardzo wcześnie, że to, co robię, jest dla mnie istotne, że wiem, o czym opowiadam i dla kogo. Poczucie, że jestem przygotowany i konsekwentny w tym, co chcę robić na scenie. A jeżeli widzisz klub wypełniony ludźmi, którzy przyszli tylko dla ciebie, na twój koncert, to jest to jednak bardzo motywujące.

A są momenty zwątpienia?

Ostatni raz poczułem coś takiego na festiwalu w Jarocinie. Przed nami Lech Janerka grał materiał Klausa Mitffocha. Tych płyt nasłuchałem się w dzieciństwie, do dzisiaj bardzo je lubię. I wtedy, w tym Jarocinie, Janerka był w świetnej formie. Słuchając go, zadawałem sobie pytanie, co my na tym rockowym festiwalu robimy, czy my tu pasujemy, co to będzie. Poczułem niepewność. Wiesz, my z rockiem mamy mało wspólnego, jak i z całą legendą jarocińską.

Janerka był Twoim idolem?

Jako dzieciak słuchałem bardzo dużo różnej muzyki, ale nigdy nie miałem idoli. Może dlatego, że mam ojca muzyka? Nie znosiłem tych grup modlitewnych pod wezwaniem gwiazd muzyki pop, stojących godzinami w kolejce do swego idola. Traktowanie ludzi występujących na scenie jak kosmitów jest śmieszne. Weźmy Beastie Boys – to nigdy nie byli gwiazdorzy, a grupa świetnych, twórczych ludzi pełnych dystansu do siebie i świata. Byłem fanem różnych gatunków, różnych muzyków i ich umiejętności, ale nigdy nie byłem w niczyim fanklubie. Przeciwnie, bardzo często się rozczarowywałem. Szczególnie po lekturze wywiadów z muzykami!

Czyli tylko muzyka! Bez biograficznych kontekstów?

Nie, biografii i rozmów czytałem zawsze bardzo dużo, wycinałem sobie nawet teksty z magazynów muzycznych. Było w nich coś budującego, chyba poprzez fakt, że część z tych osób miała podobnie do mnie, tzn. bywali nieśmiali, a przełamywali to dopiero wychodząc na scenę. Przed publicznością odkrywali siebie na nowo, czasem ze zdziwieniem, bo nie wiedzieli w ogóle, że tak potrafią.

Widziałeś nowy film o Bobie Dylanie?

Jeszcze nie, a dobry? Zanim odpowiesz, muszę ci powiedzieć, że Bob Dylan jest dla mnie bardzo ciekawą postacią, to był też ważny artysta dla pokolenia mojego ojca. Kiedyś, kiedy mieliśmy robić wspólnie z ojcem audycję muzyczną, to była postać, która nasze wybory połączyła.

Dlaczego?

Zawsze fascynowała mnie ta historia, wiesz, kiedy on niespodziewanie dla wszystkich przeszedł na gitarę elektryczną, a ludzie go po prostu wygwizdali, byli na niego za tę zmianę obrażeni. Bardzo mi się to spodobało. Dzisiaj robi się tak wiele rzeczy pod publiczkę, a nie o to przecież chodzi w muzykowaniu.

Punktem kulminacyjnym filmu jest właśnie ten moment. Ale wspominam o nim, bo Dylan podaje ciekawą definicję tego, co tak naprawdę stwarza artystę na scenie. Byłam ciekawa, jak Ty o tym myślisz.

Są takie postacie w historii, także mojego pokolenia, które wygrały tym, że były bardzo autentyczne, chociaż nie wszystkim się to podobało. Artyści, którzy nie szli na żadne kompromisy. Artyści, którzy robili to, co uważali za istotne, i nie starali się kupować publiczności za wszelką cenę.

Patrz, mieliśmy jakieś wyobrażenie na temat tego, czym jest punk rock, a tymczasem pojawiali się ludzie, którzy otwierali te drzwi jeszcze szerzej. Właśnie dlatego pojawił się w tej opowieści Lech Janerka, on też jest takim artystą.

A Ty i Piotrek, idziecie pod prąd?

Jak rozpoczynaliśmy naszą przygodę z „Polepionymi dźwiękami”, to rap dla starszego pokolenia był czymś niestrawnym. Muzyka, którą tworzyliśmy, była uważana wręcz za antymuzykę, za deprawację muzyki popularnej. Byliśmy zaprzeczeniem muzyki rockowej.

Kiedy to się zmieniło?

Jak powstała Radiostacja. Wtedy była to jedyna stacja radiowa, która grała muzykę istotną dla mojego pokolenia. Utwory „Czerwona sukienka” i „Polepiony” znajdowały się na listach przebojów tylko tam. Ścigaliśmy się wtedy o pierwsze miejsca z Kalibrem i Warszawskim Deszczem.

A odpowiadając na twoje pytanie: nie wiem, czy nadal idziemy pod prąd, ale niezmiennie jesteśmy sobą. I jesteśmy ze sobą.

Bartosz „Fisz” Waglewski jest raperem, kompozytorem, wokalistą, instrumentalistą, autorem piosenek i producentem. Członek zespołów Tworzywo, Bassisters Orchestra oraz Kim Nowak. 

Fisz w kilku smakach
 

Polepione dźwięki / materiały prasowe

POLEPIONE DŹWIĘKI, 2000 r.
„Wreszcie na naszej scenie hiphopowej znalazł się ktoś, kto ma o czym opowiadać i robi to w inteligentny, dowcipny, szczery i dojrzały sposób” – pisała „Machina”. Debiutancki album spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem słuchaczy i krytyków. Zapewne dlatego, że „Fisz” poruszał zupełnie inne tematy niż jego koledzy, częściej nawijał o emocjach, rozmowach, miłości – redefiniując gatunek i ośmielając do pisania kolejnych artystów, takich jak Taco Hemingway.
 

heavi metal / materiały prasowe

HEAVI METAL, 2008 r.
Lubię ten album za jego niespodzianki i eksperymenty oraz balans pomiędzy nostalgią a humorem, często autoironicznym. Krytycy zwracali uwagę na sample znanych artystów, takich jak Iron Maiden czy Nina Simone. Ale na tej płycie „Fisz” pojawia się także jako mistrz „sztuki kulinarnej dźwięków i słów”, wyznając, że „nie tonąc w toksynach pożera karczochy, awokado, szpinak”.
 

25, 2025 r.
Opowieść o pierwszych zespołach i występach, braterskiej relacji, upływającym czasie, docenianiu drobnych gestów i rutyny. W związku z rocznicą premiery pierwszego albumu na płycie znalazły się stylistyczne odniesienia do „Polepionych dźwięków” (szukajcie ich w utworach takich jak „Sedno”, „Śniadanie” czy „Spływacz”).

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 10/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Szkoła latania