Czy wiedzieliście, że kasza to sekret, dzięki któremu Słowianki są takie zgrabne?

Zabawnie jest patrzeć, jak własny kawałek świata okazuje się skrzynią tajemnic i skarbów. Można się wtedy dowiedzieć, że Europę Środkowo-Wschodnią zamieszkują eteryczne nimfy żyjące o kaszy, poezji i azbestowym pyle z blokowiska.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Akurat dzień wcześniej jadłam obiad, którego jednym ze składników była kasza gryczana, a obok między innymi surówka o przepięknie spolszczonej nazwie „kolesław” (upieram się, żeby w Polsce stosować właśnie taki zapis). Był to obiad w lubianym przeze mnie stylu – staromodny, niezbyt czasochłonny i niedrogi, w typie takich, jakie zwykł jadać mój dziadek. Jedząc w najlepsze, nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, że właśnie spożywam nowy magiczny składnik, który gwarantuje zdrowie i urodę – przynajmniej zdaniem użytkowniczek amerykańskich mediów społecznościowych. Zgodnie z filmikami, które do mnie niebawem dotarły, „kasha” to sekret, dzięki któremu Słowianki są takie zgrabne.

Ponieważ jednak proponowany na filmie obiad zawierał tak prasłowiańskie składniki jak awokado (jak wiadomo, ulubiona przekąska samego Piasta Kołodzieja), a do tego wydawał się podejrzanie cienki i pozbawiony omasty, niebawem rozpoczęła się fala żartów z rzekomej „Slavic Girl Diet”. Użytkowniczki z krajów słowiańskich prześcigały się w publikowaniu zdjęć solidnych posiłków, gołąbków, pierogów i pożywnych zup. Co dowcipniejsze wrzucały filmy z innymi „sekretami urody”, np. z chrupaniem całych cebul niczym jabłek, w ramach trollowania. „Kto im powie, że naszym sekretem są normy unijne dotyczące żywności?”, przytomnie pytała pewna Polka, punktując odrealnienie Amerykanek, niestrudzonych w poszukiwaniu czarodziejskich diet. Było w tym coś nie tylko zabawnego, ale też w najlepszym sensie normalnego, przytomnego, zupełnie jakbym czytała antologię „Księga humoru ludowego” (jeśli wierzyć deklaracjom ze wstępu, największymi żartownisiami były tam gospodynie wiejskie). Albo coś z komentarzy komiksowego Obeliksa: „ale głupi ci Rzymianie!”.

Na swój sposób ciekawie jest też obserwować, jak własny kawałek świata, dotychczas raczej ignorowany jako źródło turystycznych cudów czy inspiracji dla popkultury, w najlepszym przypadku traktowany jako pretekst do niewybrednych żartów – nagle okazuje się skrzynią tajemnic i skarbów. Współczesna kultura popularna specjalizuje się w błyskawicznych skrótach, tworzeniu ekspresowych pigułek z gotowymi stylami życia do przymierzenia na chwilę – dowolne zjawisko, przedmiot, kolor, element stroju, czynność, słowo może stać się składnikiem „trendu”, „estetyki” czy „vibe’u” i dzieje się to bardzo szybko. Tak powstała właśnie internetowa słowiańskość instant. Z daleka wydaje się, że Europę Środkowo-Wschodnią zamieszkują eteryczne nimfy żyjące o kaszy, poezji i azbestowym pyle z blokowiska – z czego najpyszniej się pośmiać nad solidnym obiadem i w mieszkaniu przypominającym inne mieszkania świata. Egzotyzacja przez innych może być irytująca w swoim fałszu, tak jak wszelkie inne uproszczenia, skróty myślowe i baśnie z mchu i paproci – gdy jednak przyłożyć do niej zdroworozsądkową miarę, odsłania również swój potencjał komiczny.

Najzabawniejszym elementem tego pakietu jest chyba przecenianie obecności kaszy w naszej diecie. Sama zajadam ją pewnie częściej niż przeciętna Polka – bo, jak wspomniałam, mój kulinarny gust wiele zawdzięcza kuchni dziadka. Zdaję sobie jednak sprawę, że mogąc z dumą nazywać się kaszojadem (pozwolę sobie oswoić to, w zamiarze obraźliwe przecież wobec najmłodszych, słowo!), należę do mniejszości. Kasza, osobliwie gryczana, cieszy się jednak sławą niezbyt lubianej przez dzieci, a wśród dorosłych na ogół przegrywa z ziemniakami jako preferowany składnik klasycznego obiadu.

Przede wszystkim zaś – gdy studiowałam, czyli na początku obecnego stulecia, zajadanie kaszy z masłem, czyli najtańszego dania w barze mlecznym Temida, świadczyło o ekonomicznym sprycie pozwalającym zaoszczędzić więcej środków na typowo studenckie smakołyki: piwo i papierosy. Nie jestem pewna, czy ktokolwiek z moich znajomych, pałaszując to niskobudżetowe danie, myślał wówczas o korzyściach dla własnej urody. A może właśnie magia kaszy równoważyła wszelkie szkodliwe skutki imprezowego trybu życia i dlatego do dzisiaj wszyscy jesteśmy tacy piękni i zgrabni?

Kasza, nasza pasza // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Kasha Magic