Pocałuj kogoś, kogo kochasz. Pamiętacie łańcuszki szczęścia?

Dlaczego jesteśmy gotowi podjąć niewielkie ryzyko i stracić kilka złotych, żeby uniknąć pecha albo przyciągnąć szczęście.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Informacja o tym, że wzmożonym zainteresowaniem cieszy się ostatnio strona internetowa dla miłośników wymiany tradycyjnych pocztówek, przypomniała mi o pocztówkowym rekordziście, którego historia towarzyszyła mi przez znaczną część życia. Craig Shergold, zanim zmarł w czasie pandemii covidu, zdążył wyzdrowieć z rzadkiego nowotworu, zebrać 350 milionów pocztówek, zostać komikiem, a po drodze, choć zupełnie mimo woli, wciągnąć personel licznych polskich urzędów w łańcuszek cudu i groźby.

List bez znaczka

W latach 90. do skrzynki na listy na furtce mojego położonego daleko od wszystkiego domu od czasu do czasu wpadała zagadkowa koperta. Czasem była to po prostu umiejętnie złożona wielokrotnie i zaklejona kartka. Nie miała znaczka – w jego miejscu widniała zagadkowa odręczna inskrypcja WIDORT 18313 – a mimo to poczta dostarczała tę tajemniczą korespondencję, o czym świadczyły pieczątki.

Nie wiadomo, skąd nadawcy mieli mój adres, być może było to późne i dalekie echo znajomości z sanatorium dziecięcego, może ktoś znalazł go w kąciku „poznajmy się” w telegazecie, a może podobnie jak i dziś kwitł handel danymi osobowymi, choć przecież wtedy w ogóle nie były one tajne. 

Na pewno adresy musiały być pożądane, bo list znajdujący się w środku nakazywał wysłanie kopii do dziesięciu różnych osób. Tych, którzy tego poniechali, czekał smutny los niejakiego Dolana Maranili, który „otrzymał list, nie wysłał kopii i po 9 dniach zmarł”. Kto jednak przypomniał sobie o wysłaniu, mógł nawet liczyć na niespodziewaną fortunę, jak Amelia Wiel i tajemniczy oficer RAF-u.

Moja ręka musiała była nawyknąć do kopiowania i wyryć w mózgu stosowne ścieżki, ponieważ fragmenty listu i nazwiska jego bohaterów potrafię wyrecytować do dziś. „Pocałuj kogoś, kogo kochasz, kiedy otrzymasz ten list”. „PROSZĘ NIE WYSYŁAĆ PIENIĘDZY. PROSZĘ NIE IGNOROWAĆ TEGO LISTU. TO DZIAŁA!!!”, przestrzegał.

Chłopiec od 350 milionów pocztówek

Przede wszystkim jednak list – ewidentnie sklejony z kilku innych łańcuszków – zaczynał się od prośby śmiertelnie chorego chłopca, który marzy o pobiciu rekordu Guinnessa w zebraniu pocztówek z życzeniami zdrowia. Wezwanie wraz z adresem musiała opublikować w 1989 r. któraś polska gazeta. Od tamtej pory żył swoim własnym życiem. Jestem też niemal pewna, że wspomniano o zasypanym pocztówkami chłopcu w którymś z podręczników do angielskiego.

Zamiast do Craiga Shergolda, list zalecano wysłać do jak największej liczby osób i instytucji. Zresztą, kiedy ja zamiast odrabiać lekcje albo odpowiadać na pytania ze „złotych myśli” znajomych z klasy przepisywałam zagadkowe listy drżąc, by nie podzielić losu Dolana Maranili, Craig był już dawno zdrowy. Nie znaczyło to, że przestały napływać do niego pocztówki. Mimo licznych apeli o zaprzestanie, otrzymał ich 350 milionów.

Wiele lat i wysłanych pocztówek później łańcuszek doczekał się reaktywacji, blokując kserokopiarki w licznych szkołach i urzędach gmin całej Polski. Główny inicjator został w międzyczasie przemianowany na Harolda Sarida, zapewne drogą licznych deformacji niewyraźnego pisma ręcznego. 

Być może nazwisko brzmiące jak u przedwojennego amanta zaczarowało personel tak wielu instytucji, które – jak donosiła lokalna prasa w kilkunastu miastach – hurtowo kserowały i wysyłały „łańcuszek szczęścia”, narażając budżety na poważne wydatki na koperty i znaczki. Skomputeryzowana już poczta nie zaakceptowałaby „WIDORT 18313”.

Byle nie kusić pecha

A może jednak by zaakceptowała? Przecież list był powielany zupełnie bez zastanowienia, jak w hipnozie, i to przez osoby kompetentne, które na pewno wiele razy miały do czynienia z różnymi aktami nieuczciwości. Ale takie historie zawsze wyglądają podobnie: ludzie naśladują siebie nawzajem w dobrej wierze, ufając, że ten drugi przecież musi wiedzieć, co robi. To powtarza się w wielu rozmaitych sytuacjach. 

„Jak to możliwe, że ten człowiek nie wzbudził państwa podejrzliwości?”, padają pytania, gdy zostanie odkryty jakiś oszust albo szpieg. Być może wzbudził, ale reakcja otoczenia szybko je wygasiła. Zabawne i może trochę żenujące, ale koniec końców świadczy o nas dobrze: jesteśmy gotowi podjąć niewielkie ryzyko i stracić kilka złotych, żeby uniknąć pecha, przyciągnąć szczęście albo uszczęśliwić kogoś pocztówką. W szerszym rozrachunku lepiej (dla ogółu społeczeństwa) być trochę łatwowiernym, niż wszędzie wietrzyć zagrożenie i ściemę.

W nowej, już krążącej mailowo, wersji list trzeba było przekazać do rąk Frau Yelken z miejscowości Delligsen w Niemczech. Frau Yelken istnieje naprawdę i to ona została, wbrew swojej woli, spadkobierczynią wielkiego łańcuszka listów. Być może nadal je otrzymuje. Mam nadzieję, że zgodnie z obietnicą z łańcuszka wygrała na loterii chociaż symboliczną kwotę.

Być może i tu wpadł WIDORT 18313 // Fot. Olga Drenda

The referenced media source is missing and needs to be re-embedded.
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 19/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Nie ignoruj tego listu