Bilet do starego kina i pochwała konsekwencji. Dlaczego kochaliśmy Stanisława Janickiego

Gdy myślę o gospodarzu programu „W starym kinie”, podziwiam człowieka, jak chcę myśleć – chyba spełnionego, a na pewno imponującego trzymaniem się własnej drogi.
Czyta się kilka minut

Przez ponad 30 lat animowany jegomość w cylindrze przemierzał narysowaną ulicę w miasteczku jakby z obrazu Nikifora, nie zginając przy tym kolan. Gdy wybrzmiewały ostatnie takty motywu z piosenki Władysława Szpilmana, nasz bohater wchodził do kina i rozpoczynał się seans.

Ale przed samym seansem opowiadał o filmach pan Stanisław Janicki, nieodmienny towarzysz niedzielnej pory obiadowej. Staranna, staromodna polszczyzna, wdzięk niewymuszonej wiedzy i błyskotliwej anegdoty, i wreszcie stary świat na ekranie. Przez zamaszyste gesty, to chwytanie się za serce, to załamywanie rąk, i mocne makijaże aktorów wydawało się, że to świat prastary i daleki jak Atlantyda. 

Jednocześnie był to świat na swój sposób zwyczajny, bo czarno-białe filmy nadawano w telewizji dość często. Zresztą i tak nie miało to wielkiego znaczenia, bo w domu długo stał czarno-biały telewizor Beryl 102. A i to o Atlantydzie ma w sobie coś z prawdy.

Pana Stanisława Janickiego właśnie żegnamy, zmarł w wieku 92 lat. Płyną wspomnienia, wzruszające, ale i żartobliwe, często związane z niecierpliwym wyczekiwaniem, aż animowany „ludzik” wreszcie dotrze do kina, albo z tajemniczymi ciemnymi okularami gospodarza programu. Cykl „W starym kinie” pozostawał częścią programu telewizyjnego przez rekordowe 32 lata.

Gdy myślę o gospodarzu „W starym kinie”, podziwiam człowieka – jak chcę myśleć – chyba spełnionego, a na pewno imponującego trzymaniem się własnej drogi. Kogoś, kto nie porzucił ani na chwilę swojej największej pasji. Nie tylko dlatego, że zawodowo pozostał czynny do końca swoich dni, ale też dlatego, że nieustannie udowadniał, że dowolny temat, o którym ma się dużą wiedzę i umie się zajmująco opowiadać, to niewyczerpana kopalnia skarbów. 

Gdy jego najsłynniejszy program zdjęto z anteny, zaczął prowadzić inne – w telewizji, w radio, na żywo. Wszystkie poświęcone były temu, na czym Stanisław Janicki znał się najlepiej, czyli starym filmom, i zawsze przyciągał nowych pasjonatów. To była znakomita lekcja modoodpornosci; tego, że nie ma czegoś takiego jak pasja przebrzmiała czy niedzisiejsza, tak długo, jak pozostaje pasją. 

Za żadne skarby nie chcę, żeby niniejszy felieton nabrał wydźwięku sentymentalnego. Oskarżenie o sentymentalność, choć nie jest to przecież żaden grzech, to w dzisiejszych bezwzględnych, miłujących efektywność i wymuszone aktualizacje systemu czasach najgorsza anatema. Absolutnie nie otwieram tu żadnego nostalgicznego okienka i zachęcam, jak zawsze, do spojrzenia szerzej: ja w opowieściach Stanisława Janickiego o starym kinie widzę przede wszystkim pochwałę konsekwencji i przywiązania do solidnej roboty.

Dla wielu moich rówieśników – oprócz naładowanego emocjami kompleksu splecionych wspomnień, w których nakładały się na siebie rozprężenie niedzielnego poobiedzia, wzbierająca nerwowość przed szkołą i postacie mówiące ze scenicznym „ł” – był to bilet do nowej fascynacji, na nieodkryty jeszcze ląd. Nawet jeśli obok siedziała babcia, która wspominała swoje wizyty w kinie za młodych lat, to dla nowych widzów seanse te przynosiły nie nostalgię, a podróż w nieznane. To, co ktoś widzi czy słyszy po raz setny, ktoś inny – poznaje właśnie po raz pierwszy. 

Podobne doświadczenie odkrycia zupełnie nowej jakości dzięki starszym filmom zdarza się i dzisiaj. Dość często do kin wprowadza się ponownie klasyki sprzed lat kilkudziesięciu (czyli dla dzisiejszego dwudziestolatka równie wiekowe, co projekcje z „W starym kinie” dla mnie). Nic zresztą dziwnego, powstało już tyle filmów, że nawet gdyby ktoś oglądał je codziennie przez całą dobę, to nie przerobi. Podobno czasem zdarza się, że widz przyzwyczajony do obrazu z kopii cyfrowej jest zdumiony tym, jak ogląda się film z taśmy. Zawsze trochę zazdroszczę ludziom takich „szoków przeszłości”.

Ostatnio często myślę o tym, jak bardzo nie można pozwolić sobie wmówić, że coś, co robimy, a zwłaszcza co kochamy, jest przeżytkiem. Ale w takiej konsekwencji, choć z pewnością ma ona swoje koszty, kryje się wielka satysfakcja. Przymus „podążania za duchem czasu” to bywa zaś – nie zawsze, ale bywa – zwodniczy fetysz niewart tej wściekłej pogoni, zupełnie jak figurka sokoła maltańskiego w pewnym starym filmie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”