Czy rozejm w Gazie się utrzyma? W Izraelu i Hamasie jest wielu wrogów tego porozumienia

Zawieszenie broni w Strefie Gazy, które ma wejść w życie w niedzielę 19 stycznia, zapewne utrzyma się przez kilka dni, bo zależy na tym Trumpowi. Wiadomo, że naciskał on mocno na Netanjahu. Jednak podstawy rozejmu są na razie bardzo kruche – ocenia dr hab. Łukasz Fyderek, dyrektor Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ.
Czyta się kilka minut
Palestyńczycy świętują zapowiedź porozumienia o zawieszeniu broni między Izraelem a Hamasem. Strefa Gazy, 15 stycznia 2025 r. // Fot. Middle East Images / AFP / East News
Palestyńczycy świętują zapowiedź porozumienia o zawieszeniu broni między Izraelem a Hamasem. Strefa Gazy, 15 stycznia 2025 r. // Fot. Middle East Images / AFP / East News

PATRYCJA BUKALSKA: Po 15 miesiącach wojny w Strefie Gazy ogłoszono porozumienie o zawieszeniu broni. Nie jest to koniec wojny i nieznane są jeszcze wszystkie szczegóły umowy. Ale daje to chyba podstawy do nadziei?

ŁUKASZ FYDEREK: Z wiarygodnych przecieków wiemy, że mamy do czynienia z porozumieniem, którego ogólna architektura przypomina propozycję administracji prezydenta Joego Bidena z maja 2024 r. Nie jest to całościowe uporządkowanie relacji między Gazą i podmiotami nią rządzącymi, czyli przede wszystkim Hamasem, a Izraelem, ale raczej bardzo techniczne szczegóły dotyczące konkretnych rozwiązań.

Co one zakładają?

Przede wszystkim powstrzymanie się od działań zbrojnych przez obie strony, wymianę izraelskich zakładników na palestyńskich więźniów oraz dostarczanie pomocy humanitarnej do Gazy. A także takie kwestie jak możliwość leczenia rannych Palestyńczyków w Egipcie.

Tak miałaby wyglądać pierwsza z trzech faz porozumienia, która ma trwać 42 dni.

Tak, a w niektórych tekstach krążących w bliskowschodnich mediach przekazywane są szczegóły np. dotyczące wycofania wojsk izraelskich na wschód i północ Gazy. A także, ilu zakładników ma być zwolnionych którego dnia, w jakim przedziale wiekowym. Najpierw mają być zwalniani dzieci i młodzież, kobiety i mężczyźni po 50. roku życia.

Choć już wiemy z wcześniejszych negocjacji, że jeśli chodzi o kobiety, to był to jeden z punktów spornych, bo niektóre Izraelki wzięte do niewoli były żołnierkami i Hamas nie chciał ich traktować jako cywilów, lecz jako personel wojskowych sił okupacyjnych. Porozumienie, jak się wydaje, osiągnięto, ale chyba ustalono wyższy, nazwijmy to, współczynnik wymiany…

Mówi się, że za jedną swoją żołnierkę Izrael zwolni 50 palestyńskich więźniów, podczas gdy za inne osoby – 30 więźniów. Reszta zakładników ma być zwolniona w drugiej fazie realizacji porozumienia.

Tak, tyle że negocjacje dotyczące szczegółów tej drugiej fazy mają się zacząć około szesnastego dnia trwania fazy pierwszej.

Przez to te kolejne etapy stają się takie trochę warunkowe. Czy zawieszenie broni ma szansę się utrzymać?

Po obu stronach jest sporo przeciwników tego porozumienia. Jeśli chodzi o Hamas, to mamy mniej przecieków dotyczących jego „frakcji jastrzębi”, bo Hamas operuje w podziemiu. Miejmy świadomość, że jest to struktura zdecentralizowana, szczególnie po ponad roku przebywania w tunelach i ukryciu. Ponadto zakładnicy są przetrzymywani przez poszczególne klany czy rodziny bojowników, które mogą chcieć wynegocjować coś konkretnego dla siebie, a nie tylko dla ruchu. Np. zwolnienie konkretnych więźniów z izraelskich więzień.

A jeśli chodzi o izraelskich przeciwników zawieszenia broni?

O nich wiemy więcej. Część izraelskich polityków mówi wprost, że ich zdaniem to złe porozumienie, i że będą starać się, aby je storpedować. Argumentem, który mają, a który stosowali już w przeszłości, jest groźba opuszczenia koalicji rządzącej i doprowadzenia tym do upadku rządu Beniamina Netanjahu. To rodzaj liberum veto, którym dysponują partie skrajnie prawicowe w polityce izraelskiej, i ma to potencjał odstraszania dla Likudu, partii premiera. Z drugiej strony, notowania Likudu nie są już tak złe jak pół roku temu, a to wpływa na zmniejszenie siły przetargowej skrajnej prawicy i partii religijnego syjonizmu. Nie wiadomo, jak zareaguje izraelska opinia publiczna na zawieszeni broni, a to od jej reakcji będą zależeć działania polityków.

Netanjahu będzie musiał liczyć się z gniewem rodzin tych zakładników, którzy nie wrócą do domu, bo zginęli przed zawarciem porozumienia. Porozumienia, które, jak Pan mówi, było na stole już w maju… Czy mimo wszystko premierowi Izraela uda się zaprezentować to jako sukces? Bo Hamasu, wbrew zapowiedziom, nie zniszczył.

Netanjahu ma dziś wiele sukcesów, którymi może się pochwalić wyborcom, więc jego siła przetargowa w izraelskiej polityce wzrosła. Owszem, Hamasu nie udało się zniszczyć, bo Hamas jest także ideą, a ideę trudno się niszczy. To było zresztą wiadome od początku. Mówili o tym eksperci cywilni i wojskowi, w tym amerykańscy, mający doświadczenie z powstaniami islamistycznymi. Wskazywali, że po fazie wojskowej tej wojny musi przyjść faza polityczna. Natomiast rząd izraelski bardzo się wystrzegał do tej pory, by mówić o jakiejkolwiek politycznej przyszłości Gazy. Nie jest to temat do dyskusji akceptowany przez znaczną część izraelskiej opinii publicznej po ataku Hamasu z 7 października 2023 r.

Mimo to Izrael prowadził tę wojnę przez 15 miesięcy, deklarując, że jej cel to zniszczenie Hamasu.

Było jasne, że Hamasu jako całości nie uda się zniszczyć. Natomiast na pewno Izraelowi udało się go mocno osłabić. Tyle że ten stan rzeczy, poziom osłabienia Hamasu, jego struktur, został osiągnięty już na wiosnę 2024 r. Wtedy też zmalało tempo operacji zbrojnych Izraela w Strefie Gazy.

Rodziny zakładników mogą więc pytać: po co było czekać jeszcze tyle miesięcy? O tym też mówią obrońcy praw człowieka: po co dalsze zniszczenie, śmierć kolejnych tysięcy Palestyńczyków?

Według ministerstwa zdrowia w Gazie zginęło ponad 45 tys. ludzi, w większości cywilów. Ale niedawno medyczne pismo „Lancet” opublikowało wyniki badań brytyjskich statystyków, którzy szacują, że może to być nawet 78 tys. zabitych. Zapewne głównie cywilów.

Ten wymiar humanitarny ma znaczenie z punktu widzenia międzynarodowego, dla wizerunku Izraela, a także dla decyzji Międzynarodowego Trybunału Karnego. Nie jest on natomiast istotny w polityce wewnętrznej Izraela. Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, jest to mało liczący się aspekt w kalkulacjach wyborczych poszczególnych izraelskich partii.

To zarzuty. A jakie są te sukcesy premiera Netanjahu, o których Pan wspomniał?

Bardzo mocne osłabienie libańskiego Hezbollahu. Skuteczne zniszczenie jego naczelnego dowództwa. I choć operacja lądowa w Libanie nie przyniosła już tak dużych efektów, bo Hezbollah ostał się jako ruch partyzancki broniący południa Libanu, to został on jednak de facto zniszczony jako siła polityczna nadająca ton temu, co w świecie arabskim nazywa się „osią oporu” przeciw Izraelowi.

Chyba nie tylko Hezbollah jest tutaj poważnie osłabiony?

Za sprawą działań Izraela na różnych frontach zamknął się zapewne pewien okres w historii Bliskiego Wschodu, w którym siły walczące z Izraelem sprawiały wrażenie, iż militarnie są niemal mu równe. Albo nawet potężniejsze, bo w ich skład wchodziły nie tylko Hamas i Hezbollah, ale także Syria, Jemen, Iran i pewna część nieregularnych sił w Iraku. Dziś Hezbollah i Hamas są zneutralizowane. Także wydarzenia w Syrii potoczyły się w sposób, który Beniamin Netanjahu będzie przedstawiać jako swój sukces. To polityk, który ma dużą praktykę w przedstawianiu rozmaitych wydarzeń jako swoich sukcesów.

Wygląda na to, że Netanjahu, którego polityczny koniec wielu wieszczyło po tym, jak państwo izraelskie dało się zaskoczyć 7 października 2023 r., jednak przetrwa?

W kolejnej kampanii wyborczej Netanjahu będzie miał wiele argumentów. Liczy się też upływ czasu: im dalej było od wydarzeń z 7 października 2023 r., tym więcej nowych wydarzeń przykrywa tamtą traumę. Z jednej strony, niekompetencja jego rządu w zakresie obrony kraju przed zagrożeniem będzie się zacierać w publicznej pamięci. Z drugiej strony, prawicowa część społeczeństwa będzie sprzeciwiać się odbudowie Gazy i normalizacji życia palestyńskiego bez spadających bomb. Kwestia ta będzie jeszcze długo rzucać cień na politykę w Izraelu.

W najbliższych dnia zakładnicy zaczną wracać do domów, a do Gazy trafi pomoc humanitarna. To może najważniejsze z czysto ludzkiego punktu widzenia. Natomiast w trzeciej fazie umowy ma być omawiana odbudowa Gazy. Czy sądzi Pan, że to może być punktem wyjścia do rozwiązań politycznych? Bo przecież na razie nie wiadomo, kto Gazę ma kontrolować.

Izraelczycy unikają tej rozmowy. Unika jej też Hamas, który uważa, że będzie kontynuować swoje autorytarne rządy w Gazie bez zewnętrznej kontroli. Obie strony tych negocjacji nie są więc zainteresowane tym tematem. Owszem, zainteresowani kształtem rządów w Gazie są zwykli Palestyńczycy, ale oni są tutaj pozbawieni głosu. Zainteresowani są tym także partnerzy zewnętrzni, zwłaszcza Europejczycy, ale my również nie jesteśmy tutaj istotnym graczem. Strona, która potencjalnie ma najwięcej do powiedzenia w temacie przyszłości Gazy, to państwa Zatoki Perskiej, przede wszystkim Arabia Saudyjska.

Co więc dalej?

Gdy rozważamy, co będzie się działo w kolejnych tygodniach i miesiącach, to trzeba mieć na uwadze, że nową administrację Trumpa, która będzie bardzo proizraelska, łączą bliskie relacje także z Arabią Saudyjską. Od dłuższego czasu Arabia sygnalizuje, że jest gotowa normalizować swoje relacje polityczne z Izraelem, ale pod jednym głównym warunkiem, którego w mojej ocenie nie uda się zmiękczyć, a jest nim państwowość palestyńska.

Siła przetargowa Arabii Saudyjskiej jest największa, co nie znaczy, że przeważająca. Patrząc na pierwszą kadencję Trumpa, możemy sobie jednak wyobrazić scenariusz, że chce się on zapisać w historii. Były wtedy snute dość niestandardowe plany, zakładające chociażby wymianę terytoriów: Palestyńczycy mieliby uzyskać dla siebie kawałek Jordanii. Te plany były mało realne, ale pokazywały ambicję Trumpa, który chce przejść do historii jako człowiek, który zakończył konflikt bliskowschodni. Sądzę, że będziemy świadkami takich zabiegów. Co nie znaczy, że do takiego finału dojdzie.

Trump już zapisał sobie obecne porozumienie jako swoją zasługę. Napisał wprost: „Mamy deal”, czyli „my”. Może rzeczywiście to jego naciski zmieniły sytuację? Tak czy inaczej, zawieszenie broni ma wejść w życie już w niedzielę 19 stycznia.

I na pewno przez kilka dni się utrzyma, bo bardzo zależy na tym Trumpowi. Izraelscy komentatorzy, będący blisko negocjacji, wskazują dość jednoznacznie, że Netanjahu by się nie ugiął bez twardej ręki Trumpa. Jest też druga strona medalu: tam nie ma żadnych gwarancji czy sankcji i Izrael ma stosunkowo wolną rękę, aby ten rozejm zakończyć, używając ponownie siły zbrojnej. To, co się wyłania, jest na razie bardzo kruche.

Rozmowę autoryzowano 16 stycznia przed południem

Dr hab. ŁUKASZ FYDEREK jest dyrektorem Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ. Politolog, analityk spraw międzynarodowych specjalizujący się w problematyce bliskowschodniej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”