Człowiek, bez którego nie byłoby „Gwiezdnych wojen”. Czytajcie Josepha Campbella

Campbell przekonywał, że świat oraz życie mają sens, a rzeczywistość opiera się na szczególnej, niewidocznej na pierwszy rzut oka strukturze.
Czyta się kilka minut
Mistrz Yoda, Gwiezdne Wojny: część III – Zemsta Sithów, 2005 r. // LMK / BE&W
Mistrz Yoda, Gwiezdne Wojny: część III – Zemsta Sithów, 2005 r. // LMK / BE&W

Sądziłem, że prawdziwa sztuka skończyła się na Picassie, Joysie i Mannie. Teraz widzę, że to nieprawda”. Tymi słowy słynny mitoznawca Joseph Campbell zwrócił się ponoć do George’a Lucasa po obejrzeniu „Nowej nadziei”, „Imperium kontratakuje” oraz „Powrotu Jedi”. Obejrzał je jednym ciągiem, na prywatnej projekcji, z przerwą na obiad, w towarzystwie reżysera oraz ich wspólnej znajomej Barbary McClintock, laureatki Nagrody Nobla z dziedziny biologii. Do tego spotkania doszło dopiero w 1984 r., chociaż Lucas zetknął się z tekstami Campbella znacznie wcześniej. To dzięki nim – jak wielokrotnie podkreślał – stworzył swoje legendarne uniwersum, a postać mistrza Yody wzorował właśnie na ich autorze (choć nie pod kątem aparycji).

Będąc głęboko przekonanym, że Campbell wyraził jakąś głęboką prawdę, i że należy szerzej zaprezentować go światu, Lucas – niedługo później – udostępnił swoje „ranczo Skywalkera” (na którym odbyła się wspomniana projekcja) ekipie telewizji PBS. Tak powstała jedna z najpopularniejszych serii telewizyjnych XX w. 

„Potęga mitu”: źródło współczesnej kultury

„Potęga mitu” to sześć godzinnych odcinków, w których z Campbellem rozmawia amerykański dziennikarz Bill Moyers. Mniej więcej w okolicach premiery, w roku 1988, ich rozmowy opublikowano także w wersji drukowanej. Sukces był ogromny, Campbell zyskał nagle międzynarodową sławę, a jego książki – na czele z „Potęgą” oraz „Bohaterem o tysiącu twarzy”, opus magnum z 1949 r. – stały się nie tylko bestsellerami, lecz także źródłem, z którego twórcy filmów, literatury czy gier do dziś czerpią natchnienia i pomysły. Sam zainteresowany tego jednak nie doczekał, zmarł rok przed emisją serii, w wieku 83 lat.

Tymczasem nowe wydanie polskiego tłumaczenia „Potęgi mitu” autorstwa nieodżałowanego Ireneusza Kani (pierwsze dostaliśmy w 1994 r.), wzbogacone o świetny wstęp Marcina Napiórkowskiego, ukazało się właśnie nakładem Znaku. Nasuwa się w związku z tym pytanie: czy ten przekaz wciąż brzmi tak atrakcyjnie, jak 37 lat temu, kiedy zarówno książka, jak i program okazały się wielkimi hitami? A może wręcz potrzebujemy go teraz jak nigdy dotąd?

Kim był Joseph Campbell

Zacznijmy od tego, że życie Campbella w specyficzny, bo nieoczywisty sposób ilustruje jego twórczość, twórczość zaś, analogicznie, odzwierciedla życie. 

Urodził się w Stanach Zjednoczonych, w rodzinie irlandzkich katolików. Studiował nauki humanistyczne na Columbia University, pracę magisterską poświęconą średniowiecznej literaturze obronił w 1927 r. Zaraz potem wyjechał na stypendium do Paryża, gdzie zetknął się między innymi z działalnością Towarzystwa Teozoficznego oraz Jiddu Krishnamurtiego. 

Joseph Campbell, 1973 r. // AP Photo / East News

Po powrocie chciał studiować sanskryt i sztukę współczesną, jego pomysły nie spotkały się jednak z aprobatą władz uczelni, zrezygnował zatem z dalszej oficjalnej edukacji i nigdy nie zrobił doktoratu. W 1938 r. ożenił się z Joan Erdman, tancerką i choreografką. Ich małżeństwo trwało 49 lat, nie mieli dzieci, większość wspólnego życia upłynęła im w dwupokojowym mieszkaniu w Greenwich Village w Nowym Jorku. Aż do emerytury pracował jako nauczyciel literatury w Sarah Lawrence College.

Mało spektakularne, nieprawdaż? Owszem, tyle że – co Campbell nieraz podkreślał, skądinąd za jednym ze swoich mistrzów, Carlem Gustavem Jungiem – to, co najważniejsze, wydarza się tak naprawdę w środku, a nie na zewnątrz. Rezygnacja z kariery akademickiej wyznaczyła symboliczny początek zupełnie nowego etapu w jego życiu. Lata 1929-1934, a więc czas wielkiego kryzysu, spędził w małym, wynajętym domku w miejscowości Woodstock w stanie Nowy Jork, gdzie – dosłownie – od rana do wieczora czytał. Literaturę piękną, filozofię, dzieła poświęcone religiom i mitologiom świata, wszystko, co tylko wpadło mu w ręce. 

Przesłanie, które niosą książki Josepha Campbella

Owocem tych posiedzeń było nie tylko jego najważniejsze dzieło, wspomniany „Bohater o tysiącu twarzy”, ale i pewna powtarzana potem nieustannie maksyma. Jeśli nie wiesz, co dalej robić, czytaj książki. Prędzej czy później znajdziesz w nich odpowiedź na trapiące cię dylematy. Rzecz jasna, nie każdy może się tym zajmować przez dziewięć godzin dziennie, czytaj więc po prostu tyle, ile się da.

W tej rekomendacji, tylko z pozoru brzmiącej jak fantazja jakiegoś odklejonego od „prawdziwego świata” kujona, skupia się zasadnicze przesłanie, które odnajdujemy zarówno na kartach „Bohatera...”, jak i „Krajobrazu mitycznego”, „Kwestii bogów” czy właśnie „Potęgi mitu”. Brzmi ono: świat oraz życie mają sens i nie pochodzi on tylko z naszych głów. Rzeczywistość opiera się na pewnej szczególnej, niewidocznej na pierwszy rzut oka strukturze. Materia i umysł, dusza i ciało nie są wcale – jak nauczył nas myśleć Kartezjusz – osobnymi sferami, podobnie jak osobnymi sferami nie są przedmiot oraz pojęcie, rzeczy i słowa. 

Przeciwnie, wszystko tworzy kontinuum, w którym prawie nic nie dzieje się przypadkowo. A jeśli się dzieje, to tylko dlatego, że przypadek także ma tu do spełnienia określoną rolę. Tego rodzaju rozpoznanie zaś najpełniej ujmują religia, mit, literatura i sztuka, a zatem – symbole i opowieści.

„Bohater o tysiącu twarzy”, czyli przepis na „Gwiezdne wojny”

Na tym w gruncie rzeczy polega cała koncepcja „monomitu” rozwinięta przez Campbella w książce, bez której nie byłoby „Gwiezdnych wojen”. Istnieje oto – przekonywał w „Bohaterze o tysiącu twarzy” – pewien uniwersalny mityczny scenariusz. Obecny we wszystkich mitologiach świata, we wszystkich kulturach i epokach. Niezależnie od szerokości geograficznej, a także cywilizacyjnego zaawansowania danej społeczności, czytelny i zrozumiały dla każdego. Żeby go w pełnej krasie dostrzec, trzeba tylko rozmaite jego wcielenia i warianty „oskrobać” z lokalnych naleciałości.

A kiedy się już to zrobi, kiedy się spojrzy wprost w każdą z owych „tysiąca twarzy”, wyłoni się z tej pozornej różnorodności jedna i ogólna „droga bohatera”. Ma ona wedle Campbella siedemnaście etapów, podzielonych na trzy główne części. Pierwsza to odejście. Sytuacja, w której człowiek porzucić musi dobrze znaną, oswojoną rzeczywistość (np. wioskę lub rodzinę) i wyruszyć w drogę. Na szlaku – to część druga – czekają go zwątpienia, kryzysy i niebezpieczeństwa, ale i zaskakująco korzystne zbiegi okoliczności. W tym spotkanie z własną ciemną stroną, miłość, pojednanie z ojcem, a następnie powrót do punktu, z którego wyruszył. Tyle że powrót – część trzecia – w odmienionej już zgoła postaci, ze skarbem mądrości, którego można użyć w służbie czegoś większego od siebie.

Oczywiście mity rekonstruują tę historię rozmaicie, niektóre tylko fragmentarycznie, inne wręcz szczątkowo. Struktura jednak pozostaje taka sama zawsze i wszędzie. Dlatego Campbell był przekonany, że jest to model nie tylko mitycznej opowieści, lecz i życia każdego z nas. Tak czy inaczej – uważał – wszyscy doświadczamy tych zdarzeń, stanowią one zarazem tajemną matrycę, jak i dynamikę naszych życiorysów. Właśnie z tego powodu tak intensywnie działają na nas opowieści zbudowane według tego mitycznego schematu. 

Campbell i interpretacja mitu

Głoszona przez Campbella filozofia, w myśl której rozmaite religie i mity wypływają, a zarazem wiodą do tego samego źródła, to jedna z ostatnich współczesnych prób stworzenia nowego uniwersalizmu. Szukającego punktów oparcia raczej na Dalekim Wschodzie niż w judeochrześcijaństwie, raczej w Indiach czy religiach archaicznych niż u Ojców Kościoła. Był to uniwersalizm tyleż nowoczesny – dostosowany do epoki globalizacji, w tym zagrożeń klimatycznych – ile wychylony w przeszłość. Uniwersalizm, który przekraczał lokalność, zwracając się ku temu, co ogólnoludzkie, nie zaś swoiste dla tej czy innej kultury, grupy etnicznej lub historii.

Jednym z najważniejszych dla Campbella myślicieli był w tym kontekście wspomniany C.G. Jung, twórca teorii nieświadomości zbiorowej i archetypów, również wielki współczesny uniwersalista. Ale na liście inspiratorów nie może zabraknąć także niemieckiego indologa Heinricha Zimmera, od którego Campbell zapożyczył swój styl interpretacji mitu nie jako baśni, wymysłu czy kłamstwa, lecz jako opowieści, która odnosi się do tu i teraz ludzkiego wnętrza. 

Ci między innymi autorzy zostali swego czasu przez Jerzego Prokopiuka, wybitnego polskiego tłumacza i gnostyka, uznani za przedstawicieli tak zwanego „paradygmatu wyobraźni”. Nurtu w XX-wiecznej humanistyce, który usiłował wyjść poza ortodoksyjne chrześcijaństwo z jednej strony, a materializm i scjentyzm z drugiej. Wyjść przez bramy mitu i religii nietraktowanych ani jako zasób dosłownej wiedzy o rzeczywistości, ani też głupstwo czy zabobon – lecz źródło metaforycznej prawdy o energiach, z których rodzi się to, co istnieje.

Warto dodać, że pośród uniwersalistów poszukujących takiej „filozofii wieczystej”, pod rozmaitymi maskami ukrytej w religiach świata, byli w XX wieku i tacy – na czele z „tradycjonalistami integralnymi”: francuskim filozofem René Guénonem oraz jego uczniem z Włoch, baronem Juliusem Evolą – którzy stali się inspiratorami albo admiratorami (to przypadek Evoli) faszyzmu, a nawet nazizmu. A dzisiaj ich dzieła czytane są chętnie przez przedstawicieli radykalnej amerykańskiej i europejskiej altprawicy, która w miejsce chrześcijańskiej powszechności stawia elitaryzm i autorytaryzm rzekomo odwiecznych hierarchii i porządków, które odtwarzać chce w warunkach tego świata. 

Istotą tradycjonalizmu jest bowiem bezwzględne potępienie współczesności, widzianej wyłącznie jako upadek i degeneracja względem doskonałej a zapomnianej (dodajmy: przez nich samych wymyślonej) Tradycji.

Zarzuty stawiane Campbellowi

Nic takiego nie znajdziemy u Campbella, choć przeprowadza on własną, gruntowną krytykę zachodniej kultury, która zapomniała o mitologicznych źródłach sensu. Mark Sedgwick, brytyjski historyk i znawca tradycjonalizmu, w wydanej niedawno (wreszcie) po polsku książce „Przeciw nowoczesnemu światu” w ogóle jednak o Campbellu nie wspomina. A chociaż po jego śmierci niektórzy stawiali mu zarzuty antysemityzmu czy bigoterii – uczynił to na łamach „The New York Review of Books” jego wieloletni kolega Brendan Gill, ale odpierali lub dementowali inni znajomi – to projekt „podróż bohatera” zupełnie do tego typu postaw nie pasuje. 

Jeśli już, bliżej mu raczej do filozofii New Age, ewentualnie – co również Campbellowi zarzucano – sprzęgniętego z nią neoliberalnego indywidualizmu. Wszak jedna z najsłynniejszych fraz ukutych przez autora „Bohatera o tysiącu twarzy” brzmiała „podążaj za tym, co cię uszczęśliwia” (follow your bliss). Tyle że owo „szczęście” nie ma wiele wspólnego z egoistycznym myśleniem w duchu Ayn Rand, zdecydowanie najbliżej mu do arystotelesowskiej eudajmonii, pełni biorącej się z harmonijnego rozwoju ludzkich potencjałów. 

Czy Skywalker zatrzyma polaryzację?

A zatem czy dzisiaj – wróćmy do początkowego pytania – przesłanie Campbella może być w ogóle słyszalne? W świecie tak podzielonym i skonfliktowanym, balansującym na granicy globalnego konfliktu, zatopionym w celebracji najdrobniejszych różnic, ogarniętym tożsamościową obsesją? W świecie, w którym liczą się głównie efektywna propaganda, dywizje i zasoby finansowe?

Wydaje się, że jak najbardziej, a lektura „Potęgi mitu” zdecydowanie to potwierdza. Po pierwsze – na co we wstępie uwagę zwraca Marcin Napiórkowski – człowiek to istota, która łaknie opowieści, Campbell zaś jest po świecie wartościowych opowieści wytrawnym przewodnikiem. Po drugie natomiast – niezależnie od zastrzeżeń, jakie wobec jego prac zgłosili i zgłaszają akademiccy religioznawcy i antropolodzy – przekazuje on w prostych słowach i na wymownych przykładach jedną z najbardziej oczywistych, a zarazem najtrudniej dostrzegalnych dziś prawd. A mianowicie prawdę o podstawowej więzi pomiędzy świadomymi, żyjącymi, kochającymi, cierpiącymi i śmiertelnymi istotami. Pomimo wszelkich różnic, pomimo wzajemnych niechęci i nienawiści.

Ostatecznie, jest coś intrygującego w tym, że nic dziś tak bardzo nie łączy ludzi o odmiennych światopoglądach i systemach wartości jak... zamiłowanie do platform streamingowych. Tam zaś niepodzielnie królują opowieści zbudowane wedle receptur sformułowanych, a może raczej odkrytych przez Josepha Campbella. „Gwiezdne wojny” jako punkt wyjścia do społecznej przemiany? Biorąc pod uwagę, co o nich powiedział Lucasowi w 1984 r. – to by się mu z całą pewnością spodobało. 

Joseph Campbell, POTĘGA MITU, przeł. Ireneusz Kania, Znak 2025 r. // materiały prasowe

Joseph Campbell, POTĘGA MITU, przeł. Ireneusz Kania, Znak 2025. Nowe wydanie poprzedzone wstępem Marcina Napiórkowskiego

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 40/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Mistrz mistrza Yody