Dwa numery temu pisałem na łamach „Tygodnika” o poglądach zmarłego w 2015 r. francuskiego antropologa i filozofa René Girarda. Przy tej okazji znów wróciłem do jego książek. Pewna przewijająca się w nich myśl, przenikliwa, a zarazem niepokojąca – tym bardziej w kontekście coraz straszniejszych doniesień z miejsc toczonych dziś wojną, śmiercią i cierpieniem – na tyle mocno utkwiła mi w głowie, że nie było wyjścia, musiałem raz jeszcze za nią, za Girardem, podążyć. Zwłaszcza że splotła się z inną lekturą, na którą ostatnio trafiłem: z opublikowanym w portalu Unherd esejem szkockiego historyka Christophera Hardinga, poświęconym 80. rocznicy ataków na Hiroszimę i Nagasaki.
Nawiasem mówiąc, częstotliwość wracania do niektórych autorów, odkrywania u nich czegoś wcześniej niedostrzeganego, to wiarygodne kryterium autentyczności tych tajemniczych pokrewieństw, jakie nas łączą z ulubionymi pisarzami, poetami, malarzami, muzykami czy filozofami. W jaki sposób się te pokrewieństwa kształtują? Co je determinuje? Czy w ogóle da się je racjonalnie wyjaśnić? Czy też może zawiązują się w rejestrach, których nie sięgają logika, empiria i eksperyment?
Nie sposób oczywiście odpowiedzieć na żadne z tych pytań, niemniej wszyscy to znamy: z jednymi autorami odczuwamy momentalnie powinowactwo, z innymi zaś żadnego lub nikłe. Choćbyśmy rozumieli, że są wielcy – nie zachwycają. Jedni bezpośrednio docierają do najgłębszych zakamarków naszych dusz albo umysłów, inni zaś nie mają tam wstępu, nawet jeśli staramy się im go dać.
Jak to się zatem dzieje, że ludzie o podobnym kapitale kulturowym, zbliżonych biografiach, emocjonalnych i intelektualnych parametrach, dokonują biegunowo różnych wyborów ideowych, myślowych, estetycznych? A na dodatek różnice te okazują się na jakimś poziomie nieuzgadnialne. Nie mówiąc już o tych minimalnych nawet dystynkcjach, z którymi biegniemy od razu na barykady. Nie mówiąc o powszechnej „różnicofobii” – panicznym lęku przed brakiem jednolitości i jednomyślności, który rozpanoszył się nie tylko w mediach społecznościowych, ale w ogóle wszędzie. I który sprawia, że najdrobniejsza odmienność w podejściu do kilku lub kilkunastu dyżurnych zapalnych spraw wywołuje atak paniki, a następnie furii (lub odwrotnie).
Owszem, istnieje wiele wytłumaczeń, wiele teorii, które na różne sposoby starają się rozjaśniać, w czym rzecz, kategoryzować i klasyfikować, niemniej nikomu się to jeszcze do końca nie udało. Skądinąd Girard akurat uważał, że jeśli chodzi o te nasze upodobania i predylekcje, sprawa jest dość prosta. Jesteśmy istotami naśladującymi. Nasze najważniejsze wzorce zostały nam w odpowiednim momencie podsunięte przez innych, co później rodzi opłakane konsekwencje – ale po szczegóły w tej kwestii odsyłam do wspomnianego na początku tekstu.
W każdym razie przez ostatnie tygodnie krąży mi po głowie inna myśl Girarda, najpełniej wyrażona w późnym okresie życia. Brzmi ona: naszą epokę, wbrew temu, co by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka, cechuje postępujące zacieranie się różnic.
Dla Girarda miało ono sens apokaliptyczny, widział w tym proces rozprzestrzeniania się przemocy, która ogarnia współczesne społeczeństwa, coraz bardziej niezdolne do jej powstrzymywania. Proponowane przezeń „myślenie apokaliptyczne” opiera się na bardzo prostej operacji mentalnej – potraktowaniu możliwości końca świata jako możliwości całkowicie realnej.
Przy czym nie chodzi tutaj o efektowny scenariusz, w którym rozpędzona planetoida uderza w Ziemię, oceany występują z brzegów, temperatura znienacka rośnie lub na odwrót, wszystko spowija gruba warstwa lodu. Chodzi o ludzką-arcyludzką eskalację przemocy, nad którą nikt w porę nie zapanuje, bowiem nie będzie miał niezbędnych do tego środków. A dokładniej – świadomości, że taka eskalacja w ogóle się dokonuje.
Jest to subtelna, ale zasadnicza korekta do wielu fantazji apokaliptycznych krążących w infosferze: sprawcą końca świata będzie wyłącznie człowiek. Wprawi on w ruch mechanizmy, które wymkną się mu spod kontroli. Ba, już się wymykają, lecz on wciąż tego nie dostrzega. I prawdopodobnie – nie dostrzeże. A to dlatego, że przemoc jest zjawiskiem paradoksalnym. Temu, kto ją stosuje, daje hipnotyczne wręcz poczucie władzy i kontroli, gdy tymczasem staje się on nieświadomym jej niewolnikiem.
Cóż, nie sposób się z tą obserwacją nie zgodzić, zwłaszcza kiedy się spojrzy na ponure losy tych, którzy tak chętnie po przemoc sięgali, w krótkotrwałym jedynie poczuciu absolutnej bezkarności i absolutnej autonomii. No ale to widać dopiero post factum, nigdy z samego środka uwiedzenia przez przemoc, tę najskuteczniejszą w dziejach kusicielkę.
Przed tym samym ostrzega Christopher Harding, który zwraca uwagę, że powtórka z Hiroshimy i Nagasaki – tym razem w skali globalnej, tym razem bez racjonalnej kalkulacji (niezależnie od tego, jak tę ówczesną amerykańską kalkulację dziś oceniamy) – jest, znowu, jak najbardziej realna. Niesłusznie więc zdajemy się dziś nie zdawać sobie sprawy z gigantycznej, destrukcyjnej potęgi, jaką ludzkość dysponuje od niespełna wieku. Pytanie więc – jak długo jeszcze uda się nam utrzymać ją w ryzach?
Przy założeniu, że to my ją trzymamy w ryzach, naturalnie, nie zaś, że jest całkiem odwrotnie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















