W tym roku na wakacje wyjedzie 20 milionów rodaków – z czego blisko połowa, bo aż 9 milionów, deklaruje, że wybierze się za granicę. To samo w sobie nie jest już szokiem. Podobnie licznie udawaliśmy się na wakacje także u schyłku poprzedniej dekady, zanim pandemia i ograniczenia w podróżowaniu nie kazały nam skorygować planów. Ale obecny trend wzrostowy, szczególnie jeśli chodzi o zagranicę, jest widoczny.
Pytanie o to, czy to skutek większych transferów społecznych, rosnących dochodów gospodarstw domowych i wzrastających ambicji, jest właściwie zbędne. Wiadomo, że stać nas na więcej, konsumenckie apetyty rosną, a sformułowanie „egzotyczne wakacje” przestało być synonimem luksusu.
Nawet jeśli wziąć pod uwagę badania planów Polaków na lato, publikowane przez CBOS, które są bardziej zachowawcze od szacunków branży turystycznej i prywatnych ośrodków badawczych – widać zmianę. W 2018, 2019 i w 2024 r. co najmniej dwudniowy wyjazd w celach wypoczynkowych planowało już 64 proc. Polaków. Jednocześnie blisko dekadę temu udział podróży zagranicznych zaczął stabilizować się na poziomie 40 proc., co oznacza, że w poszukiwaniu wypoczynku lub przygody corocznie wyjeżdżają poza Polskę miliony rodaków. Co ciekawe, niedostatek pieniędzy w zasadzie ich nie powstrzymuje. O ile jeszcze w 2015 r. 40 proc. badanych przez CBOS deklarowało brak środków jako powód, dla którego nie udają się na wakacje, a brak możliwości wzięcia urlopu kolejne 5 proc. – to w 2023 i 2024 r. wskazania te spadły do 27 proc. (brak pieniędzy) i 1-2 proc. (brak urlopu).
Jeśli jednak wakacje nie są dla większości społeczeństwa luksusem i rzadkim dobrem, to czym się stały? Czasem z dala od obowiązków czy jeszcze jedną przestrzenią rywalizacji – o prestiż, status i przynależność? A może dziedziną życia, w której próbujemy przewalczyć swoje kompleksy – i to nie tylko te indywidualne? Albo lustrem, w którym przeglądamy się, szukając odpowiedzi na pytanie o swoją tożsamość?
Czas kaowców
By odpowiedzieć na pytanie o rolę wakacji współcześnie, trzeba się trochę cofnąć. Najlepiej do PRL i trwającego kilka dekad procesu – jak nazywają to socjologowie – „demokratyzacji czasu wolnego”. Oczywiście, to nie władza ludowa przyprowadziła do Polski idee masowego i zorganizowanego wypoczynku. Ale z całą pewnością to w tamtej epoce idea „wczasów” (najlepiej z dopiskiem: „pracowniczych”) stała się ważną częścią całego projektu społecznego i państwowej ideologii. Konstytucja PRL przyznała obywatelom prawo do wypoczynku w 1950 r., a od pierwszych lat powojennych aparat państwa i sternicy gospodarki centralnie planowanej kładli nacisk na to, by robotnicy i ich dzieci korzystali ze zorganizowanego wypoczynku naprawdę masowo.
Już w 1948 r. w zrujnowanym wojną kraju liczba dzieci wyjeżdzających latem na kolonie i obozy dobiła do pół miliona – czyli więcej niż w II RP. W latach 50. ambicje Funduszu Wczasów Pracowniczych sięgały organizacji wakacji dla dwóch milionów pracujących Polaków – dla wielu z tych ludzi dwutygodniowe wolne i wyjazd na wakacje były nowością.
Kolektywny charakter wypoczynku nie był podyktowany wyłącznie wymogami ustroju. Początkowo dla milionów Polaków wyjazd do ośrodka wypoczynkowego był doświadczeniem na tyle niecodziennym, że nie chcieli jeździć bez rodzin, potrzebowali przewodników i takiej formy wyjazdu, która nie narazi ich na wstyd i poczucie wyobcowania (stąd też wzięli się niesławni kaowcy i zorganizowane zajęcia edukacyjno-oświatowe).
Wakacje naszej klasy
W ciągu trzech pierwszych dekad PRL upowszechnienie idei wypoczynku się powiodło. Do lat 70. wczasy stały się powszechne, choć na pewno nie dla rodzin i dzieci rolników (pracujących wtedy ciężko w polu). Wypoczynek rzeczywiście się zdemokratyzował, mimo że nie było wtedy raczej mowy o wyjazdach zagranicznych. W całym kraju powstały tysiące ośrodków turystycznych, a architektura domków kempingowych i modernistycznych domów wypoczynkowych wpisała się na stałe w krajobraz. Najlepiej ustawieni mogli co prawda dostać paszport i pojechać za granicę (a nawet przy okazji dorobić), ale nie było to konieczne, by wypocząć lub dobrze się bawić. A skoro wybór lokalizacji i atrakcji był mocno ograniczony, to i idea wakacji jako okazji do podkreślenia swojej pozycji społecznej i towarzyskiej była ograniczona do bardzo wąskiego grona.
Analogicznie: ponad 30 lat po przełomie 1989 r. przeżywamy kolejną rewolucję demokratyzacji czasu wolnego. I tak jak tamta miała być w założeniach ludowa, egalitarna i powszechna, tak dzisiejsza jest głęboko indywidualistyczna, komercyjna, a czasem wręcz oparta na rywalizacji.
Niegdyś wczasy miały być dostępne dla każdego, niezależnie od klasy społecznej. Dziś trzeba spędzać czas wolny tak, by nie wypaść gorzej, niż nakazywałyby aspiracje naszej klasy. Nawet więcej: by nie zaznać deklasacji. Wybór tego, gdzie, jak i po co jedziemy, jest istotny. Może być tym, co nas wyróżni - albo zagwarantuje przynależność. Powszechny dostęp do rekreacji i wypoczynku, polepszająca się sytuacja materialna Polaków i dobra sytuacja na rynku pracy (bez niej przecież trudno o dobre wakacje) przyniosły ze sobą nie tylko nadzieje, ale i nowe niepokoje.
Najazd Hunów
– Łatwiejsza dostępność cenowa wyjazdów wakacyjnych, w tym zagranicznych, okazała się z perspektywy niektórych Polaków nie zbawieniem, ale zdradą. Uderzeniem w jedną z fundamentalnych obietnic III RP – zaczyna brutalnie Przemysław Sadura, socjolog z UW i współautor książki „Społeczeństwo populistów”. Ale jak to? – dopytuję. Dlaczego akurat coś tak niegroźnego jak wakacje pod palmami miałoby być źródłem społecznych napięć?
– Fakt, że coraz więcej osób stać na wyjazdy zagraniczne, uderza w mit założycielski „kultury zapierdolu”. Mit ten mówił, że w III RP nie dostaniemy może dobrych usług publicznych, hojnych świadczeń i wysokiej jakości państwa, ale na pewno wszystko, co wyszarpiemy sami, będzie tylko nasze. A tu się okazuje, że wyjazdy zagraniczne i egzotyka już nie są zarezerwowane wyłącznie dla tych, którzy sobie to wyszarpali. Rośnie grono ludzi, których zwyczajnie na to stać. I nawet nie musieli dorabiać się w tym celu przez lata! Po prostu wakacje to coś, czym cieszy się także klasa ludowa – wyjaśnia Sadura. I dodaje, że PiS sporo tu pomógł, bo dzięki transferom społecznym wakacyjne kierunki, postrzegane wcześniej jako prestiżowe i egzotyczne, najzwyczajniej przestały takimi być.
Intuicja Sadury wydaje się trafna. Po pierwsze, liczba wyjeżdżających na wakacje – w tym zagraniczne – jest po 2015 r. w trendzie wzrostowym. Po drugie, nie brakuje publicystycznych analiz łączących ten fakt ze świadczeniem 500+, koronnym programem PiS. Już w 2016 r. „Newsweek” straszył „najazdem Hunów” nad Bałtyk. Podróżujący tam wówczas na wakacje Polacy mieli być, zdaniem tego tygodnika, dużo gorsi niż korzystający z zakładowych wczasów robotnicy w PRL. Niespecjalnie dyskretnie łączono fakt rzekomego radykalnego pogorszenia się obyczajów – „pijani”, „zarzygani”, „kradną”, „państwo Kiepscy”, „półprzytomni”, „myją w morzu dzieci ubrudzone fekaliami” – z wprowadzeniem programu 500+.
Horyzont ucieka
Ale skoro niezamożne dotąd rodziny mogą pojechać na wakacje marzeń, to czy nie powinniśmy się cieszyć? Sadura przekonuje, że przeciwnie: emocje, jakie budzi ta zmiana, dalekie są od pozytywnych.
– Spędzanie czasu wolnego jest swego rodzaju grą w klasy – mówi autor „Społeczeństwa populistów”. – Klasa średnia często imituje nawyki klasy wyższej, żeby ją gonić. Bogatych stać jednak na to, żeby jeździć w coraz to bardziej egzotyczne miejsca i wymyślać coraz to bardziej atrakcyjne wypady. A więc horyzont ucieka. Pojawia się presja, żeby nie tylko pojechać za granicę, ale tam, gdzie nie spotkamy innych, mniej zamożnych czy gorzej ubranych od nas rodaków.
To prawidłowość znana socjologii od grubo ponad stulecia. Im bardziej jakieś dobro konsumpcyjne staje się dostępne, tym szybciej traci jako oznaka statusu i pozycji. W czasach rosnącej zamożności społeczeństw walka pewnych klas o to, żeby się wyróżnić, nie słabnie, ale przybiera na sile. Gdy Egipt, Tunezja czy Turcja stały się relatywnie tanim kierunkiem wyjazdu – nierzadko tańszym niż polski kurort – ci, którzy aspirują, muszą jeździć dalej i dalej. Kraje europejskie, do których dwie dekady temu Polacy trafiali, by dorobić, dziś są na wyciągnięcie ręki – według CBOS tylko do Włoch w tym roku pojedzie 20 proc. udających się na wypoczynek rodaków, nieco mniej do Grecji i Hiszpanii. Niektórzy z nas w ciągu sezonu odwiedzą kilka krajów.
– W trakcie badań coraz częściej słyszymy od respondentów sformułowania w rodzaju: „to nie jest kraj dla klasy średniej” – podsumowuje Sadura. I podkreśla, że to nie tylko zagadnienie dotyczące społecznych zmian, ale problem polityczny: – To stawia rządzących w niełatwej pozycji. Musi dać poczucie satysfakcji swoim wyborcom z klasy średniej, ale nie kosztem uboższych. Bo oni zawsze mogą umożliwić powrót PiS do władzy – mówi.

Uśrednieni średniacy
„Znowu jesteśmy w takiej sytuacji, że jesteśmy takimi europejskimi biedakami. Nawet jak sobie trochę odłożysz przez cały rok, to czujesz, że jest źle, że te pieniądze są nieadekwatne, że procentowo do tego, co zarabiasz, wyjeżdżanie stało się znowu wielkim wydatkiem” – to wypowiedź uczestnika badania obejmującego sympatyków aktualnej większości rządowej, którą przytacza w rozmowie z „Tygodnikiem” Marcin Duma, prezes agencji badawczej IBRiS.
Ten cytat, choć nie znajduje oparcia we wskaźnikach de facto rosnącej siły nabywczej polskich pensji, spadającej inflacji i nie tak znów słabego złotego, dobrze odzwierciedla pewną społeczną emocję.
Duma przekonuje, że w naszych troskach o dobrze spędzone wakacje nie odbija się tylko rywalizacja klas. Zdaniem szefa IBRiS-u za narzekaniami na inflację i niezdolność do spełnienia konsumpcyjnych aspiracji stoi obawa, że rządy PO nie będą lepsze niż PiS.
– Sympatyk rządu myśli sobie, że to dobrze, iż powstały wszystkie te komisje śledcze do rozliczenia PiS-u, że pogoniono zarządy TVP i spółek skarbu państwa – tłumaczy Duma. – Ale pyta się: a gdzie pieniążki? Kiedy to KPO, te miliardy, ten europejski dobrobyt do nas przyjdzie? Przecież pan premier tyle nam naobiecywał…
Przypominam sobie te wszystkie nagłówki z gazet, które straszyły, że w czasach inflacji, rosnącego zadłużenia publicznego, drogiej energii i wojny, najbardziej oberwą aspirujący średniacy. To oni – ani biedni, ani nie za bardzo bogaci – stracą styl życia, którego synonimem stały się tanie loty do europejskich miast i konsumpcja w euro. „Ewidentnie kończą się czasy, że z nudów leciało się do Włoch za 50 zł, żeby zjeść pizzę i wrócić” – mówił „Gazecie Wyborczej” informatyk Paweł w 2022 r. „Lodówka pełna, ale cały czas się boimy”, „Jedziemy na wakacje, bo za rok będzie tylko gorzej”, „Nie pójdę do fryzjera, żeby mieć na czarną godzinę, jak mnie znowu ten kraj wystawi”, „Hiszpania tylko dla bogatych?” – to tylko kilka nagłówków ze stron tego dziennika w ostatnich dwóch latach.
Polskie strefy
O co tu naprawdę chodzi? Polacy mają przekonanie, że 8 lat władzy PiS pomogło mniej zamożnym, a w szczególności rodzinom wielodzietnym.
– Po stronie klasy średniej od kilku lat pojawia się oczekiwanie, że także jej należy się więcej. A premier Donald Tusk jest twarzą tej obietnicy. Żeby odnaleźć to napięcie związane z obawami o zdolność rządu do jej zrealizowania, nie trzeba głęboko kopać. Sympatykom rządowej większości chodzi o to, żeby poprawiło się konkretnie i w bardzo czytelny sposób właśnie im. A nie tym, co jeżdżą nad Bałtyk i wiadomo, co na tych wydmach robią – śmieje się Duma.
Wraz ze wzrastającą liczbą wyjazdów zagranicznych i rosnącą zamożnością coraz powszechniejsze staje się bowiem porównywanie naszej – Polaków – pozycji nie do krajów „nowej UE”, ale najzamożniejszych państw Europy. Szef IBRiS wiąże więc powstawanie „polskich stref” w zagranicznych kurortach nie z naszymi kompleksami, ale przeciwnie – z potrzebą, abyśmy mieli wszystko to, co Holendrzy, Niemcy i Anglicy. Nawet to, że za granicą zachowujemy się czasem niegrzecznie, głośno i obcesowo może być dowodem przekroczenia kompleksów i butnego udowadniania, że stać nas na to samo. Nawet na ostentację i eksces, którą pokazują czasem bawiący się w polskich miastach zagraniczni, głównie brytyjscy, turyści.
Lato w innym stanie świadomości
– Gdzie znajduje się nasza palma aspiracji? To oczywiste – mówi Jacek Wasilewski, zajmujący się językiem mediów, marketingu i opisu zachodzących w Polsce przemian. – Coraz dalej i dalej: już nie w Egipcie, prędzej w Indonezji i na Bali, wszędzie tam, gdzie do niedawna jeździli Niemcy, a dziś możemy i my. A za chwilę nawet tam, gdzie i oni nie mogli sobie jeszcze wczoraj pozwolić.
Ale nie chodzi tu, wbrew pozorom, o rywalizację z innymi narodami, podkreśla Wasilewski. On też uważa, że chodzi o przekraczanie własnych ograniczeń w ramach bardzo wąskiej grupy podobnych nam pod względem biograficznym i zawodowym ludzi.
– Pojawia się więc druga, obok wypoczynku, potrzeba. Aspirujemy do samorozwoju. Wakacje służą do zrealizowania ambicji, które niegdyś zamożnym Amerykanom czy Europejczykom dawały Indie. Odszukania siebie, duchowego poznania, wejścia, czasem dosłownie, na inny poziom świadomości – tłumaczy. – Jednak w odróżnieniu od lat 70. i czasów hipisów, dziś to głęboko skomercjalizowane i uszyte pod bardzo konkretne potrzeby turystyczne pakiety, obsługujące szereg różnych ambicji: wyjazd na jogę i medytację, cyfrowy detoks albo wizyta u szamana i spożycie ayahuaski.
Szczeble do zdobycia
A jeśli sport i rekreacja, to w odległym od powszechnego, egalitarnego, „ludowego” wydania: Wasilewski wymienia rajdy samochodowe przez bezdroża Eurazji, wyprawy konne połączone z elementami survivalu, kolarstwo szutrowe albo szosowe z obowiązkowym zaliczeniem przełęczy i górskich serpentyn, znanych z telewizyjnych transmisji największych wyścigów.
To charakterystyczny typ wakacyjnego wyjazdu. Pozwala połączyć pozornie sprzeczne potrzeby: czas wolny z rywalizacją, pokonywanie osobistych barier i zdobywanie nowych osiągnięć, z dającym bezpieczeństwo przebywaniem w grupie. Przynosi też okazję do porównania się z innymi – jednak nie na tyle odległymi pod względem zamożności, kondycji fizycznej i potrzeb, żeby musieć się wstydzić.
Badania wskazujące na rosnącą popularność sportów ekstremalnych i zmieniająca się oferta turystyczna potwierdzają intuicję Wasilewskiego. To nie tylko wyjazdy połączone ze sportem, nie tylko przygody i odkrycia natury duchowej, ale i wyprawy do Skandynawii (by obcować z naturą i uprawiać nordic walking) albo wyjazdy skrojone na potrzeby samotnych kobiet, które chcą zwiedzić dzikie ostępy bez dzieci i mężczyzn wokół, przy okazji bezpiecznie. Tak działa glamping, czyli połączenie luksusu („glam”) z prostotą kempingu czy integracja w „zrewitalizowanym” budynku dawnego gospodarstwa rolnego lub winiarni, połączona z degustacją lokalnych alkoholi.
Głód i potrzeba, którą chcemy zaspokoić, nie dotyczą już wyrwania się z pracy ani wyrwania się z kompleksów, lecz osiągnięcia czegoś więcej – przekonuje Wasilewski. Słowem: nawet na wakacjach potrzebujemy realizować cele, przeskakiwać bariery i zdobywać kolejne szczeble awansu. Trochę jakbyśmy wcale się nie wyrwali z budynku korporacji.
Polityczna pizza
Tak naprawdę nie chodzi jednak tylko o wakacje. Jak widać, są one lustrem większych niepokojów – o status, awans, przyszłość i zdolność „dowiezienia” obietnic przez rząd. To dzięki nim, a konkretnie dzięki dokonywanym w ich trakcie wyborom, odpowiadamy sobie na pytanie, kim jesteśmy. Czy przynależymy wciąż do „gorszej” Europy – i ktoś myli nas z Rosjanami, Białorusinami czy Ukraińcami? A może – i tu pojawia się wielka ulga – jesteśmy nieodróżnialni od Niemców, Hiszpanów i Brytyjczyków?
Jeśli bowiem wakacje w późnym kapitalizmie dają wolność – to nie wolność od rywalizacji i „gry w klasy”, o której mówi Sadura. Inni letnicy są dla nas nie tylko kompanami urlopu, ale także grupą, na tle której dokonujemy oceny własnej pozycji. Dla Polaków, których na wakacje stać, pieniądze same w sobie stają się mniejszym problemem. Bardziej boją się uciekającego horyzontu – „palma luksusu” się oddala. A klasa średnia – jak cytowany przez Dumę sympatyk rządu – boi się statusu „europejskich biedaków”.
I choć czas wolny – jak prawie wszystko inne – został poddany w III RP głębokiej prywatyzacji, to wciąż oczekujemy od rządzących, że się o nas zatroszczą. To, co pozornie prywatne, ma swój polityczny wymiar. Rządzący zaś muszą grać razem ze swoimi wyborcami – podtrzymując ambicje, ale nie dopuszczając do tego, by urosły ponad miarę i prowadziły do niezadowolenia. Hasłem klasy średniej w Polsce AD 2024 jest: „pizza w Neapolu naszym prawem”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















