W słoneczne październikowe popołudnie w Washington Crossing, na przedmieściach Filadelfii – tych tak ważnych dla walki o Biały Dom – trwa wiec Kamali Harris. Przy dźwiękach utworu „The Best” Tiny Turner na scenę wchodzi para pensylwańskich rolników: Kristina i Bob Lange’owie. On ma na sobie granatową koszulę w kratę i czarne spodnie. Ona – zwykłą bluzkę w paski i dżinsy.
Gdy cichnie muzyka, małżeństwo deklaruje, że choć przez całe życie głosowało w wyborach prezydenckich na Republikanów, to tym razem 5 listopada będzie inaczej. Mówią, że nie zaufają znów Donaldowi Trumpowi po tym, jak po wyborach z 2020 r. podważał ich wynik i podburzał zwolenników do szturmu na Kapitol. „Myślałem, że Trump będzie walczył o ludzi takich jak my. Ale prawda jest taka, że jemu nie zależy na ciężko pracujących Amerykanach – przekonuje Bob Lange. – Dla Trumpa liczy się tylko jego dobro”.
Bob przyjechał tu z żoną z oddalonego o 80 kilometrów Malvern, gdzie od lat jest lokalnym działaczem Partii Republikańskiej. Za polityczny zwrot o 180 stopni i poparcie dla Harris małżeństwo płaci już wysoką cenę. Gdy wystąpili wcześniej w kampanijnym spocie Demokratki, zaczęli dostawać wiadomości od hejterów i internetowych trolli. Obraźliwe treści zamieszczano też na facebookowym profilu farmy Lange’ów – Sugartown Strawberries.
Niechętni Trumpowi Republikanie mogą zagłosować na Harris
Mimo tej nagonki para Pensylwańczyków dołączyła na wiecu w Washington Crossing do grupy antytrumpowskich Republikanów, którzy popierają Harris. Otoczona przez byłych kongresmenów i byłych członków administracji Trumpa, Demokratka przekonywała, że stawką jest dziś obrona konstytucji USA, a dobro kraju powinno przeważyć nad partyjnymi podziałami.
„Obiecuję, że jako prezydentka będę działała na rzecz zjednoczenia nas wokół naszych najwyższych celów” – przekonywała Harris, która na kampanijnej ostatniej prostej pokazuje się też z Liz Cheney, byłą republikańską kongresmenką znaną z krytyki Trumpa. W poniedziałek 21 października pojawiły się razem na przedmieściach Detroit, Milwaukee i Filadelfii, gdzie do zgarnięcia są głosy kobiet o konserwatywnych poglądach. Harris weszła nawet do paszczy lwa: udzieliła wywiadu prawicowej stacji Fox News, która słynie z ostrych ataków na Demokratów.
Wszystko po to, by powtórzyć sukces Bidena: cztery lata temu zwyciężył on w tzw. stanach wahających się nie tylko dzięki mobilizacji żelaznego elektoratu, ale także dzięki poparciu wyborców niezależnych – i umiarkowanych Republikanów.
Wyborcy z Pensylwanii
W tym roku walka rozgrywa się głównie o głosy Republikanów, którzy w prawyborach swojej partii pokazali czerwoną kartkę Trumpowi i głosowali na jego rywalkę Nikki Haley. W Pensylwanii, gdzie do zgarnięcia jest aż 19 głosów elektorskich, zrobiło tak ponad 16 proc. republikańskich wyborców, choć Haley już dawno wycofała się z wyścigu.
Próbując przejąć głosy konserwatywnych Amerykanów, sztab Kamali Harris pompuje też pieniądze w kampanię na wsi. Stąd reklamy takie jak ta, w której pojawiło się małżeństwo Lange’ów z Pensylwanii. W kampanii Harris zgodziła się też wystąpić Tina Hinchley, właścicielka farmy mlecznej z Wisconsin: przed kamerą przekonywała, że nie przeżyłaby guza mózgu i raka piersi, gdyby nie reforma Obamacare. To ważny wątek, gdyż Trump zapowiadał, iż chce rozmontować ten program, który ubezpieczeniem zdrowotnym objął ponad 20 mln Amerykanów.
Dla kampanii Kamali Harris liczą się także głosy umiarkowanych Republikanów w Arizonie – również tam cztery lata temu to oni przysłużyli się do zwycięstwa Bidena w tym stanie.
Dawni wyborcy Trumpa z Arizony mogą dziś zagłosować na Harris
W tej grupie wyborców z Arizony w 2020 r. nie było Romana Coreya. Republikanin z Phoenix wtedy jeszcze wierzył, że Trump zasługuje na reelekcję, i na niego oddał swój głos. Dziś 22-letni Roman mówi „Tygodnikowi”, że nie powtórzy tego błędu. Zaufanie do Trumpa stracił po szturmie na Kapitol, podczas którego w styczniu 2021 r. sympatycy przegranego prezydenta chcieli nie dopuścić do zatwierdzenia wyniku przez Kongres.
– Jeszcze zanim tłum protrumpowców wdarł się do budynku Kongresu, wierzyłem w kłamstwa Trumpa o rzekomo skradzionych wyborach prezydenckich w Arizonie – mówi Roman. Dodaje, że o nieprawidłowościach do dziś przekonany jest jego ojciec, zatwardziały zwolennik Trumpa.
Reszta rodziny nie zgadza się z Coreyem seniorem: oprócz Romana na Kamalę Harris planują głosować także jego matka i dwie siostry. Cała czwórka wybrała się nawet na wiec Demokratki w Chandler na przedmieściach Phoenix.
Choć więc cztery lata temu Roman Corey uwierzył w gospodarcze obietnice Trumpa, to dziś bardziej trafiają do niego propozycje Harris, takie jak rządowe dopłaty do kredytów hipotecznych. Dla mieszkańca Arizony to wyjątkowo ważna sprawa, bo choć pracuje na cały etat jako terapeuta dziecięcy, nadal musi mieszkać z rodzicami.
Jak mówi, nie stać go na wynajem własnej klitki, bo – po pierwsze – świeżo upieczeni absolwenci w jego zawodzie zarabiają kiepskie pieniądze. A po drugie, ceny nieruchomości w Phoenix w ostatnich latach mocno poszybowały.
Roman Corey narzeka również na koszmarne upały w Arizonie. Gdy rozmawiamy w to niedzielne październikowe południe, w Phoenix jest 37 stopni Celsjusza. Podczas połączenia wideo widzę, jak po jego twarzy leje się pot. – Między innymi właśnie dlatego nie zagłosuję na Trumpa – przekonuje Roman. – On nie rozumie, że brak inwestycji w zieloną energię jeszcze bardziej pogłębi kryzys klimatyczny.
Roman deklaruje, że nie będzie czekać do 5 listopada i zagłosuje na Harris już wcześniej, w ramach dostępnej w Arizonie procedury wczesnego głosowania.
Republikanin z Michigan: Harris to demokracja, Trump to dyktatura
Larry R. Miller, Republikanin z Cheboygan, niespełna 5-tysięcznego miasteczka w Michigan – kolejnego „wahającego się” stanu – już lata temu postanowił, że nie będzie głosował na Trumpa. Gdy ten w 2016 r. po raz pierwszy walczył o prezydenturę, Larry poparł kandydata niezależnego Evana McMullina. Cztery lata później głosował na Bidena, a dziś poprze Harris, choć nie zgadza się z jej liberalnym podejściem do aborcji. Wszystko po to, by nie dopuścić Trumpa do władzy.

– Od początku uważałem, że ten człowiek jest niebezpieczny dla Ameryki i świata – mówi „Tygodnikowi” 74-letni Larry, były policjant, który w bogatym życiorysie ma służbę w misji ONZ i OBWE w Kosowie, liżącym rany po wojnie z lat 1998-99.
– Znam dobrze Europę i wiem, do czego mogą prowadzić autorytarne rządy w takich krajach jak Turcja czy Węgry. Przecież Trump gościł w tym roku Orbána w Mar-a-Lago! – emocjonuje się Larry, nawiązując do lipcowej wizyty premiera Węgier w rezydencji Trumpa na Florydzie.
– On nie jest prawdziwym Republikaninem, tylko przebierańcem, który chce zniszczyć amerykańską demokrację i porządek międzynarodowy. Jest mi wstyd, że kierownictwo Partii Republikańskiej stoi dziś za nim murem – uważa Larry, który tuż przed wyborami prowadzi antytrumpowską kampanię na własnym trawniku. Przed jego domem stoi ogromny baner z napisem: „Jestem prawdziwym Republikaninem. Jeśli wybierasz dyktatora, głosuj na Trumpa. Ale jeśli demokrację – głosuj na Harris”.
Donald Trump próbuje pozyskać głosy czarnych i latynoskich wyborców
W czasie, gdy Harris podbiera Trumpowi republikańskich wyborców, ten próbuje pozyskać Latynosów i Afroamerykanów – wcześniej długo uznawanych za żelazny elektorat Demokratów. Kusi ich obietnicą obniżenia cen żywności i benzyny, a także zapowiedzią walki z nielegalną imigracją i przestępczością. Do niektórych latynoskich i czarnoskórych wyborców zdaje się przemawiać też izolacjonistyczna doktryna „America First”, stawiająca w centrum potrzeby Amerykanów kosztem mniejszego zaangażowania USA na świecie.
Z sondażu „New York Timesa” i Siena College wynika, że dobre zdanie na temat Trumpa ma 17 proc. czarnych i 41 proc. latynoskich wyborców. Ci drudzy najwyraźniej nie biorą sobie do serca jego słów np. o haitańskich imigrantach, którzy rzekomo jedzą psy i koty. Walcząc o głosy Latynosów, Trump straszy ich zresztą nielegalnymi imigrantami, przekonując, że to oni – wdzierający się do USA za rządów Bidena – zabierają im pracę.
Na ostatniej prostej Trump gościł nawet w popularnej wśród Latynosów telewizji Univision – stacji, którą cztery lata temu nazwał tubą propagandową Partii Demokratycznej. Podczas godzinnego spotkania z latynoskimi wyborcami odpowiadał na ich pytania i przekonywał ich, że za jego rządów żyło im się lepiej.
Dyrektor polityczny kampanii Trumpa tłumaczy sekret jego strategii
Na kilka dni przed wyborami dużo mówi się o dobrych sondażowych notowaniach Trumpa szczególnie wśród czarnoskórych młodych mężczyzn, którzy są zdystansowani do amerykańskiej polityki i sfrustrowani brakiem perspektyw w życiu.
Według wspomnianego sondażu „New York Times”/Siena College, Republikanin może liczyć na poparcie nawet 15 proc. czarnych wyborców – to niemal dwukrotnie więcej niż w 2020 r., gdy walczył o reelekcję z Bidenem. W tak bardzo wyrównanym wyścigu głosy czarnych wyborców mogą mu pomóc np. w Georgii – to także stan „wahający się” – gdzie stanowią oni około jednej trzeciej elektoratu. To zmobilizowało w ostatnich tygodniach Harris do bardziej zaciekłej walki o młodych Afroamerykanów.
O kalkulacji na ostatniej prostej trafnie mówi cytowany przez „New York Timesa” James Blair, dyrektor polityczny kampanii Trumpa: „To walka na milimetry. Cały sekret polega na uzyskaniu przewagi dzięki różnym społecznościom w różnych stanach”.
Murem za Trumpem
Tymczasem Trump, którego sztab od długich tygodni bombarduje wyborców w Georgii esemesami i kampanijnymi spotami, zdaje się mieć już w kieszeni głos Samuela Kema.
Choć cztery lata temu ten 25-latek głosował na Bidena, to dziś jest zmęczony wysokimi kosztami życia, przez co – tak jak Roman Corey z Arizony – musi mieszkać z rodzicami. Samuel, absolwent studiów artystycznych, mówił serwisowi Politico, że chce naprawy polityki migracyjnej i wierzy, iż Trump ma talent do utrzymywania „pełnych szacunku” relacji dyplomatycznych z innymi krajami. Z kolei inny mieszkaniec Georgii, 28-letni Arthur Beauford, ceni Trumpa za doświadczenie w biznesie i dlatego po raz pierwszy w życiu chce głosować w wyborach prezydenckich.

Gdyby tylko Jerry Stepanovich miał czarny lub brązowy kolor skóry, byłby dla Trumpa – podbierającego ten elektorat Kamali Harris – wyborcą idealnym. Ten 56-letni budowlaniec z Grand Rapids w Michigan, tak jak niektórzy Latynosi i Afroamerykanie, chce poprawy sytuacji klasy pracującej, zaostrzenia polityki migracyjnej i mniejszego zaangażowania USA na świecie. Jerry denerwuje się, że Ameryka przekazuje miliardy dolarów na pomoc wojskową dla Ukrainy i Izraela.
– Demokraci wciąż mówią o podnoszeniu podatków, ale gdzie, do cholery, idą moje pieniądze? To chore, że Biden ogłasza kolejne pakiety wsparcia dla Ukrainy w czasie, gdy tak wielu amerykańskich seniorów nie stać na zakup leków! – mówi mi Jerry.
Jerry Stepanovich uważa, że dobrze zna problemy klasy pracującej. Twierdzi, że w ostatnich latach jego koledzy na budowie narzekają, iż muszą jeździć kilkunastoletnimi autami, bo nie stać ich na zakup nowych. Niektórzy zrezygnowali nawet z cotygodniowej tradycji wychodzenia na obiad z kolegami z pracy, bo oszczędzają na bieżące wydatki.
– Mam szczęście, bo mój syn jest dorosły i nie mam już rodziny na utrzymaniu – mówi Jerry, koniec końców należący do żelaznego elektoratu Trumpa.
Nie zraził go ani szturm na Kapitol, ani problemy prawne Trumpa, ani jego słowa z finiszu kampanii, gdy straszył, że jeśli wygra Harris, Ameryka stanie się „drugim Detroit”. To miasto w Michigan, kiedyś centrum produkcji aut, dziś jest jednym z najbiedniejszych w USA.
Jerry za te słowa się nie obraził. – To typowa retoryka Trumpa. On lubi wyolbrzymiać, ale zawsze trafia w punkt – przekonuje. Przyznaje jednak, że przy całej sympatii do Trumpa ma czasem dość jego kłamstw. – Podobnie – dodaje – jak i kłamstw Harris.
– Ta kampania jest coraz bardziej obrzydliwa – uważa Jerry. – Nie ma dnia, żebym jako mieszkaniec swing state nie znajdował w skrzynce pocztowej broszur obojga kandydatów. Do tego w telewizji wciąż lecą reklamy za grube miliony dolarów. Te pieniądze można byłoby przeznaczyć na pomoc potrzebującym Amerykanom. Już nie mogę doczekać się, gdy te wybory się skończą.
Autorka jest dziennikarką „Press”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















