Według szefa irańskiej dyplomacji nalot dronowy na port w Omanie nie był wyborem władz islamskiej republiki, tylko decyzją szefów armii. To znacząca deklaracja.
Abbas Araqchi twierdzi, że wojsko działa niezależnie od rządu, na podstawie ogólnych instrukcji. Jednocześnie ten sam minister zadeklarował, że Teheran jest gotowy na deeskalację, co rodzi podejrzenia, że w irańskich ośrodkach władzy istnieją głębokie podziały oraz brak komunikacji. I to niemal od pierwszych izraelskich nalotów wspomaganych przez rakiety z amerykańskich niszczycieli – ich efektem była m.in. śmierć Najwyższego Przywódcy ajatollaha Alego Chameneiego.
Zamach, który miał zmienić wszystko
Do niedawna wydawało się, że zamach na najważniejszą osobę w Iranie, w dodatku głównego szyickiego duchownego na świecie, to granica, po przekroczeniu której na całym Bliskim Wschodzie rozpęta się piekło. I rozpętało się, ale władze w Iranie mają też świadomość, że wojny z USA i Izraelem wygrać nie zdołają.
Nie mają zarazem ochoty iść w ślady Chameneiego, który zginął we własnym biurze, gdyż nie miał zamiaru przesadnie się ukrywać i przyjął kultową w szyizmie rolę męczennika. W tym samym czasie śmierć ponieśli dowódcy elitarnego Korpusu Strażników Rewolucji i sztabu generalnego armii, a także minister obrony.
Izrael i USA kontrolują niebo nad Iranem
Naloty setek myśliwców sprawiły, że Iran został pozbawiony większości obrony przeciwlotniczej, niszczone są też systematycznie bazy Strażników i regularnej armii, porty wojenne, magazyny i fabryki broni, radary i wiele wyrzutni pocisków balistycznych.
Jednak Iran jest ogromnym krajem i od lat stosował strategię obrony rozproszonej, często dobrze ukrytej, więc jest w stanie wciąż razić cele w Izraelu i całym regionie. I robi to, licząc na wywołanie chaosu na świecie i podbijając stawkę przed ewentualnymi negocjacjami z Donaldem Trumpem, który twierdzi, że jest otwarty na rozmowy.
Zanim to nastąpi, trwać będzie zapewne kampania mająca rzucić na kolana islamską republikę, którą Waszyngton i wiele stolic europejskich uważa za głównego sponsora terroryzmu, pracującego w dodatku nad bombą atomową. Właśnie dlatego dyskusje na temat złamania przez Izrael i USA prawa międzynarodowego zeszły na daleki plan.
Strategia chaosu
Demontaż islamskiej republiki jest możliwy, gdyż izraelskie i amerykańskie samoloty opanowały niebo nad połową Iranu. Teraz oprócz celów militarnych niszczą metodycznie ośrodki władzy politycznej, systemy komunikacji, komendy policji, służb bezpieczeństwa oraz paramilitarnych bojówek basidżów, które krwawo stłumiły styczniową rebelię. Bombardowania mają stworzyć próżnię i ośmielić ludzi do ponownego wyjścia na ulice.
Na razie do niczego takiego nie doszło, choć trudno o wiarygodne informacje z kraju, w którym zablokowano internet, a wiadomości rozchodzą się tylko dzięki nielicznym starlinkom. W sieci jest niewiele wiarygodnych filmów dokumentujących radość Irańczyków ze śmierci Chameneiego; w oficjalnych mediach widać za to obrazy licznych demonstracji zwolenników władzy.
Zapewne wiele zależy od tego, jak precyzyjne będą naloty. Jeśli powtarzać się będą „błędy”, takie jak zbombardowanie szkoły dla dziewczynek w Minab (165 ofiar), Irańczycy mogą nie mieć ochoty na rewoltę. Fakt, że namawiają do niej władze bombardującego kraj Izraela, nie jest dobrze odbierany nawet w demokratycznych środowiskach.
Iran między rewolucją a wojną domową
Społeczeństwo Iranu jest mocno podzielone. W dużych miastach przeważają przeciwnicy skorumpowanego i niewydolnego ekonomicznie (także z powodu sankcji) systemu, którzy podczas styczniowych protestów po raz pierwszy zakwestionowali całą ideę religijnego systemu i otwarcie życzyli śmierci Chameneiemu.
Zarazem islamska republika ma wciąż miliony zwolenników, więc istnieje obawa, że upadek władz może oznaczać wojnę domową i rozpad kraju. Co prawda dzieje irańskiej państwowości rozciągają się na kilka tysięcy lat, czym kraj mocno różni się od Syrii, Iraku czy Afganistanu, ale ilość broni, polaryzacja polityczna i liczne mniejszości mogą być mieszanką trudną do opanowania.
Irańskie władze próbują podbić stawkę, uderzając rakietami balistycznymi nie tylko w amerykańskie bazy, ale też w infrastrukturę krajów arabskich, które goszczą oddziały USA. Ma to wciągnąć jak najwięcej państw w wojnę i zdestabilizować świat. U wrót cieśniny Ormuz zakotwiczyło już ponad 150 pustych tankowców, których nikt nie ubezpieczy w obliczu gróźb ataku ze strony Iranu. Możemy to odczuć już niedługo na stacjach benzynowych i w cenach gazu, jeśli przez dłuższy czas nie będą napływać transporty z Kataru.
Dodatkowo Iran postanowił zniszczyć najsłabsze militarnie, ale niezwykle ważne dla świata ogniwo – Zjednoczone Emiraty Arabskie. Ataki dronów na pełne turystów i zachodnich biznesmenów Dubaj i Abu Zabi, widok Shaheda wbijającego się w największy wieżowiec świata Burdż Chalifa mają pomóc Teheranowi zmusić Trumpa do negocjacji. Jeśli w ciągu najbliższych dni nie dojdzie do przełomu, czekają nas krwawe tygodnie.
Przyszłość Iranu: możliwe scenariusze
Codzienne naloty, także na obiekty naftowe, mogą doprowadzić do paraliżu państwa i upadku reżimu pod wpływem demonstracji mieszkańców dużych miast, ośmielonych zapadnięciem się administracji i systemu represji. Do władzy aspirowałby w okresie przejściowym wspierany przez Izrael i USA syn ostatniego szacha, ale ma on niewielkie poparcie w Iranie, popularniejsi są uwięzieni działacze demokratyczni.
Jeśli system przetrwa, oprze się na dyktaturze wojskowej; następca Chameneiego nie zdobędzie już jego autorytetu. Możliwy jest tu także scenariusz reglamentowanej demokracji pod nadzorem junty, uzgodniony z Waszyngtonem – pod warunkiem zakończenia programu atomowego i balistycznego.
Istnieje też możliwość buntu w półmilionowej armii i starć z wiernym szyickiej republice ponad 100-tysięcznym Korpusem Strażników. To zaś oznacza wojnę domową.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















