16 października 2002 r. amerykański Kongres przyjął dokument pod nazwą „Authorization for Use of Military Force Against Iraq Resolution of 2002”. W Izbie Reprezentantów przeszedł on stosunkiem głosów 296 do 133, w Senacie natomiast 77 do 23. Wymieniono tam liczne powody, dla których Irak stanowić mógłby niebezpieczeństwo dla światowego ładu – m.in. naruszanie aktów prawnych ONZ przyjętych po wojnie w Zatoce Perskiej, rozwijanie i ukrywanie broni masowego rażenia czy wspieranie organizacji terrorystycznych.
Rezolucja wyrażała poparcie dla działań prezydenta USA w ONZ mających na celu zniwelowanie niebezpieczeństwa, a zarazem upoważniała go do interwencji zbrojnej. Od dnia jej przegłosowania do rozpoczęcia inwazji upłynęło pięć miesięcy. W tym czasie administracje George W. Busha i Tony’ego Blaira, głównych włodarzy tej operacji, robiły wiele, żeby przekonać opinię publiczną o jej zasadności. Prezentowano analizy prawne i uzasadnienia, publikowano dokumenty, organizowano wystąpienia i konferencje.
Wiemy już dziś, że wiele spośród używanych wówczas argumentów było, delikatnie rzecz ujmując, naciąganych, wiemy również, że wynikło z tego znacznie więcej konsekwencji negatywnych niż pozytywnych. Cóż, demokratyczne głosowania, publiczne debaty, jak również działania najbardziej nawet wykwalifikowanych agencji wywiadowczych nie gwarantują ani uczciwości, ani nieomylności. Nie istnieją – i zapewne istnieć nigdy nie będą – idealne zabezpieczenia pozwalające chronić się przed niedoskonałością i złem.
O co chodzi w uderzeniu USA na Iran? Pete Hegseth tego nam nie wyjaśni
Niemniej kultura polityczna, w której tak poważne decyzje, jak zbrojna napaść na inny kraj, muszą być podejmowane gremialnie, z zachowaniem określonych procedur, za zgodą parlamentarnej większości, przy częściowej aprobacie uprzednio poinformowanej o szczegółach opinii publicznej, różni się fundamentalnie od kultury politycznej uosabianej przez Trumpa i jego ekipę.
W sprawie uderzenia na Iran nikt nie pytał o zdanie Kongresu. Nie było konferencji, prezentacji dokumentów, ani tym bardziej przekonywania opinii publicznej. Nie było nawet – i nie ma – żadnego spójnego wytłumaczenia, dlaczego akurat teraz, dlaczego akurat tam. Są jedynie rozproszone wypowiedzi, z których trudno zbudować jednolitą wykładnię. „Nie jest to wojna obliczona na zmianę reżimu, ale w jej trakcie reżim może się zmienić” – jak ze zręcznością klasycznego sofisty powiedział szef Pentagonu Pete Hegseth.
O co więc chodzi? O demonstrację siły i sprawczości? O pokazanie całemu światu, jak wygląda „epicka furia” w akcji? A może nikt tego tak naprawdę nie wie? Wydaje się, że mniej istotne jest w tym przypadku pytanie „co?”, znacznie bardziej zaś: „jak?”.
Widać tu wyraźnie (który to raz?), że stan wojny wszystkich ze wszystkimi – z którego ludzkość ongiś się dźwignęła, tworząc zdolne do pokojowego współistnienia państwa demokratyczne – to nie jest tylko jakaś zaprzeszła faza rozwoju życia społecznego, lecz układ domyślny, w który w każdej chwili możemy się osunąć.
Demokracja, towarzyszące jej procedury i instytucje, niekiedy sprawiające wrażenie niepotrzebnych i nadmiarowych, spełniają zaś funkcję opóźniającą wobec tej nieustającej tendencji do osuwania się w powszechną przemoc.
Na Zachodzie zapomnieliśmy o tym w ostatnich dekadach. Uwierzyliśmy, że świat, w którym funkcjonujemy, jest naturalnym ogniwem jakiejś oczywistej, cywilizacyjnej ewolucji. Nie dostrzegaliśmy nie tylko tego, że z perspektywy innych regionów świata, kultur i systemów wartości, nasz modus operandi jawi się zgoła odmiennie, ale też tego, że wymaga on starannego podtrzymywania i troski. Nie jest dany raz na zawsze, w każdej chwili może zniknąć, dyskretnie przejść do historii.
Czego mogą się spodziewać po Trumpie zachwyceni nim konserwatyści
A ponadto – posiada mnóstwo wad i wytwarza mnóstwo problemów. Z perspektywy ludzi usadowionych na wierzchołku społecznej hierarchii problemy te przez długi czas wydawały się, niestety, zaniedbywalne. Królowała wiara, że zastosowanie odpowiednich środków, tłumiących niezadowolenie i gniew tych, którzy owych problemów boleśnie doświadczali, okaże się wystarczające.
Tyle że ledwie tłumiono w ten sposób stan zapalny, który choć przestawał być widoczny na powierzchni, pod spodem rozwijał się w sposób od pewnego momentu niekontrolowany.
Kumulacja bogactwa w rękach niewielkiej grupy, rozkład klasy średniej, pogłębiające się problemy wywołane nieprzemyślaną polityką migracyjną, kryzys sensu, upadek zaufania do instytucji i nauki – to tylko kilka elementów składających się na trajektorię, która doprowadziła do pojawienia się Trumpa i podobnych mu polityków, wraz z ich uwodzicielsko brzmiącym w tylu uszach przekazem. Koniec z hipokryzją, koniec z udawaniem, robimy to, co chcemy, i jak chcemy – oto nieznacznie uproszczona jego kondensacja.
Problem w tym, że wady dotychczasowego systemu oraz elit, które go współtworzyły i czerpały z niego korzyści, zdają się dziś przesłaniać całą resztę. W tym także – a nawet: w pierwszej kolejności – tę właśnie funkcję demokracji: opóźnianie ciążenia ku wojnie wszystkich ze wszystkimi.
Myślę, że ci, którzy wciąż witają z takim entuzjazmem politykę Trumpa, w szczególności liczni zachwyceni nim konserwatyści, przekonają się wkrótce, że w praktyce oznacza ona wyłącznie owo niepokojące, mroczne przyspieszenie.
Spotkaj się ze mną podczas ZLOTU POWSZECHNEGO: już 29 maja w Krakowie!
Zlot Powszechny to ogólnopolski zjazd sympatyków Tygodnika Powszechnego, którego centralnym punktem będą rozmowy z udziałem redaktorów, dziennikarzy i współpracowników.
Chcemy, aby Zlot Powszechny był miejscem pogłębionej debaty na najważniejsze dziś tematy społeczne. Miejscem nawiązywania kontaktów, twórczej energii i prawdziwej dyskusji. Bez pośpiechu. Bez uproszczeń. Z uważnością. Wydarzenie odbędzie się w piątek 29 maja w Krakowie w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Uświetni je koncert Grzegorza Turnaua.
Bilety na ZLOT POWSZECHNY są dostępne w serwisie Evenea >>>

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















