Otwarcie jesienią ubiegłego roku siedziby warszawskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej było jednym z najgłośniejszych wydarzeń w polskim życiu kulturalnym ostatnich lat. Zaprojektowany przez Thomasa Phifera gmach nie tylko wywołał jedną z największych dyskusji o architekturze w tym stuleciu, ale też przyciągnął tłumy – w ciągu zaledwie kilku miesięcy od jego otwarcia odwiedziło go ponad 300 tys. osób. Jednak dopiero w tym roku muzeum zaczęło prowadzić regularną działalność ekspozycyjną, która może znacząco wpłynąć na życie artystyczne w najbliższych latach.
Spektakularnym początkiem okazała się „Wystawa niestała. 4 × kolekcja” (potrwa do 5 października br.). Muzeum w ciągu dwóch dekad udało się zgromadzić imponujący zbiór, liczący obecnie ponad 2 tys. obiektów. Są tu prace zarówno klasyków polskiej współczesności, poczynając od Marii Pinińskiej-Bereś, Aliny Szapocznikow i Andrzeja Wróblewskiego, po najważniejsze postacie dla polskiej sztuki po 1989 r. Jednak, co najważniejsze, są w tej kolekcji dzieła wielu kluczowych artystek i artystów z innych krajów. Zbiory MSN już teraz dają unikatową w naszym kraju możliwość zestawienia twórczości powstającej w Polsce z pracami Kadera Attii, Isy Genzken, Nikity Kadana, Lynette Yiadom-Boakye i wielu innych, bez których nie sposób odpowiedzialnie opowiedzieć o sztuce ostatnich 30 lat.
Na „Wystawie niestałej” znalazło się ponad 150 dzieł pochodzących z różnych kontynentów, kręgów kulturowych i odwołujących się do rozmaitych tradycji, z których ułożono cztery opowieści. Pierwsza dotyczy zaangażowania politycznego sztuki i marzeń artystów i artystek o zbudowaniu lepszego świata. Druga jest poświęcona zderzeniu sztuki z kulturą popularną, reklamą i projektowaniem. W kolejnej skupiono się na twórczości odwołującej się do świata wyobraźni. Wreszcie ostatnia część wystawy stawia pytanie o granice sztuki.
Nadal też jest możliwe zobaczenie innej wizji sztuki ostatnich 35 lat. Do 18 maja w krakowskim Muzeum Narodowym trwa wystawa „Transformacje. Nowoczesność w III RP”. To ostatnia część monumentalnego, realizowanego od 2021 r. cyklu „4 x nowoczesność” poświęconego polskiej modernizacji od końca XIX wieku po współczesność. Jej twórcy ograniczyli się do sztuki tworzonej w naszym kraju. Natomiast wiele miejsca poświęcili architekturze i designowi. Starali się też, co podkreślają, ukazać „wielość postaw twórczych i reinterpretacji nowoczesności, które nie tworzyły jednolitego i spójnego obrazu” tego czasu, ale też dokonali znaczących pominięć. Powstała wystawa kontrowersyjna, ale prowokująca do stawiania pytań. I na pewno konieczna do obejrzenia.
Sztuka nowoczesna i współczesna przykuwa coraz większą uwagę. Jest też coraz wyraźniej obecna w muzeach, które poświęcone są znacznie odleglejszym czasom. Jeszcze niedawno na Zamku Królewskim na Wawelu można było oglądać obrazy Marcina Maciejowskiego. Teraz muzeum opublikowało jego „Szkicownik wawelski”, obszerną książkę, w której artysta poprzez rysunki opowiada o rezydencji w sposób bardzo osobisty, wręcz intymny.
Natomiast w królewskich komnatach można oglądać wystawę innego współczesnego malarza, Łukasza Stokłosy („Elegie”, do 29 czerwca). Na Wawelu znajdą się jego obrazy opowiadające o dawnych władczyniach i władcach. Niezwyczajnie, bo poprzez przedmioty do nich niegdyś należące, jak insygnia i płaszcze koronacyjne czy karety. Stokłosa przedstawia wnętrza królewskich rezydencji i widoki otaczających je ogrodów. A to dopiero początek. Od 25 kwietnia z kolei w ogrodach zamkowych będzie trwał pokaz rzeźb Magdaleny Abakanowicz (jesienią otworzy się wystawa jej abakanów).
Jednocześnie, paradoksalnie, najważniejsze instytucje poświęcone sztuce współczesnej w kraju nadal muszą się mierzyć z kryzysem wywołanym nominacjami dyrektorskimi z czasów Piotra Glińskiego. Przykład Muzeum Sztuki w Łodzi, Zamku Ujazdowskiego w Warszawie czy stołecznej Zachęty pokazuje, jak łatwo można nie tylko roztrwonić budowany mozolnie przez lata dorobek i międzynarodowy prestiż, ale przede wszystkim tworzony przez kolejne ekipy zespół profesjonalnych pracowników.
W grudniu ubiegłego roku funkcję dyrektora Zachęty objęła Agnieszka Pindera. Na pełny tegoroczny program wystawienniczy musimy jeszcze poczekać. Jednak zorganizowane w ostatnich miesiącach ekspozycje, jak świetny „Paradżanow. Chcę minąć swój cień”, poświęcony jednemu z najoryginalniejszych reżyserów drugiej połowy XX wieku, czy rewelacyjne „Historie potencjalne”, pokazują ogromny potencjał tej instytucji.

Ostatnio otwarto w niej ważną monograficzną ekspozycję „Poza scenariuszem. Warsztat Formy Filmowej” (czynna do 22 czerwca) o jednej z najważniejszych grup artystycznych w sztuce polskiej drugiej połowy XX wieku. Trwa też wystawa poświęcona Amerykance Andrei Fraser („Sztuka musi wisieć”, czynna do 8 czerwca), jednej z kluczowych postaci życia artystycznego ostatnich dekad, która zasłynęła krytycznymi pracami poświęconymi funkcjonowaniu świata sztuki i jego instytucji, a także coraz bardziej spolaryzowanych społeczeństw.
Z kolei Muzeum Sztuki przygotowuje na jesień nową wersję stałej ekspozycji – jej poprzedniczka, jedna z najciekawszych ekspozycji powstałych w Polsce w XXI wieku, została bezmyślnie zniszczona przez Andrzeja Biernackiego, który kierował muzeum z nadania Piotra Glińskiego. Już teraz można oglądać „St Ives i gdzie indziej” (czynna do 7 czerwca).

Znalazły się na niej prace brytyjskich artystów związanych z tą niewielką portową miejscowością w Kornwalii, położoną w najdalej wysuniętej na zachód części Półwyspu Kornwalijskiego w Wielkiej Brytanii. Wystawa opowiada o środowisku dziś już trochę zapomnianym, ale będącym ważnym zjawiskiem w brytyjskiej sztuce od lat 30. do 60. minionego stulecia. Najistotniejsze chyba jest zestawienie tej twórczości z pracami polskich artystów i artystek, przede wszystkim z obrazami Piotra Potworowskiego, który po latach pobytu w Wielkiej Brytanii w 1958 r. wrócił do Polski, przenosząc do naszego kraju tamtejsze doświadczenia.
Od początku kwietnia dyrektorką Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski została wybrana w konkursie Anna Łazar. Dopiero za jakiś czas przekonamy się, w jakim kierunku będzie zmierzała instytucja, która długo była jedną z najważniejszych w naszej części Europy. Na razie Zamek z jednej strony będzie kontynuował prezentację twórczości najmłodszych pokoleń, z drugiej zaś wracał do swej przeszłości.
Trwa właśnie wystawa „Oczy moje zwodzą pszczoły” (czynna do 31 sierpnia). Jest to próba powrotu do tradycji działającej w Zamku Małej Galerii, w której odbyły się wystawy kluczowe dla fotografii w naszym kraju, ale też do organizowanych tu ważnych obszernych przeglądów współczesnej fotografii. „Oczy moje zwodzą...” to pierwsza od lat tak obszerna ekspozycja poświęcona temu medium. Pokazano na niej prace bardzo znanych artystek i artystów, jak Bownik, Aneta Grzeszykowska, Rafał Milach czy Joanna Piotrowska, ale też – i to najbardziej intrygująca część tej wystawy – reprezentantów i reprezentantek najmłodszego pokolenia.

Jednak przede wszystkim rok 2025 będzie stał pod znakiem twórczości kobiet. Jesienią Muzeum Sztuki Nowoczesnej otworzy wielką, przekrojową ekspozycję, na której sztuka współczesna będzie sąsiadowała z pracami artystek tworzących od czasów renesansu po wiek XIX. Jednak już wcześniej będzie można oglądać dwie duże, ważne wystawy. 26 kwietnia Muzeum Narodowe w Lublinie otworzy ekspozycję o dość przewrotnym tytule „Co babie do pędzla?!”. Znajdą się na niej dzieła polskich artystek tworzących od połowy XIX do połowy kolejnego stulecia, znanych, ale też często zapomnianych, działających zarówno w kraju, jak i za granicą. Anny Bilińskiej, Olgi Boznańskiej, Katarzyny Kobro czy Zofii Stryjeńskiej, ale też Wandy Chełmońskiej czy Anieli Pająkówny. Będzie to wyjątkowa okazja, by zobaczyć obiekty pochodzące ze zbiorów prywatnych, a także wydobyte z muzealnych magazynów.

Od maja zaś w warszawskiej Królikarni będzie można oglądać wystawę „Kierunek Paryż. Polskie artystki z pracowni Bourdelle’a” (9 maja-26 października). Zostaną na niej pokazane prace rzeźbiarek, które kształciły się w pracowni twórcy paryskiego pomnika Mickiewicza. Antoine Bourdelle był nie tylko jednym z najwybitniejszych twórców przełomu XIX i XX wieku, ale też cenionym pedagogiem, nauczycielem wielu artystek i artystów kluczowych dla sztuki ubiegłego wieku, jak Alberto Giacometti i Aristide Maillol, w tym – o czym się nie zawsze pamięta – Polek: Janiny Broniewskiej i Luny Drexlerówny. Ten pokaz to kolejna wystawa wypełniająca lukę w wiedzy o twórczości kobiet w Polsce.
Wystawy sztuki współczesnej
W najbliższych miesiącach można będzie zobaczyć nie tylko twórczość dziś już historyczną, ale przede wszystkim obecnie powstającą. Od kwietnia w sopockiej Państwowej Galerii Sztuki trwa pokaz twórczość Anny Orbaczewskiej. Na wystawie „Głośna cisza” (4 kwietnia-25 maja) znalazły się jej obrazy, rysunki i obiekty ceramiczne powstałe w ostatnich latach, w których można znaleźć odniesienia zarówno do rokoka, jak i ekspresjonizmu. Opowiada w nich z dystansem, ale też humorem o współczesnym związku. O seksie, kłótniach, sporach, odpoczynku czy opiece nad dziećmi. I gra z tradycją, nie tylko dawnego malarstwa, ale przede wszystkim ceramiki – malowane przez nią talerze to jedno z najciekawszych zjawisk w polskiej sztuce w obecnym stuleciu.
Z kolei w Zamku Ujazdowskim otworzono wystawę Agaty Bogackiej „Equality Lack” (czynna do 1 czerwca): malarki, która na początku tego stulecia zasłynęła z obrazów niejednokrotnie bardzo odważnie pokazujących codzienność młodych kobiet. Porzuciła jednak malarstwo figuratywne i od 2016 r. bardzo konsekwentnie w swej twórczości odwołuje się do tradycji abstrakcji. Jej subtelnie wykonane płótna w pierwszej chwili wydają się jedynie formalną grą. Jednak zapisane są w nich napięcia, emocje, a nawet spory polityczne i społeczne, których świadkami byliśmy w ostatnich latach, co dodatkowo podkreślają tytuły obrazów: „Niezgoda”, „Nierówność” czy „Marzenie o równości”.
Wreszcie 26 czerwca we wrocławskiej galerii 66P otworzy się wystawa Liliany Zeic (czynna do 6 września), artystki, która od kilku lat bardzo konsekwentnie zaczęła sięgać po techniki związane z rzemiosłem, jak wyplatanie, a zwłaszcza intarsja, technika bardzo trudna, pracochłonna, wymagająca ogromnej precyzji i cierpliwości. Tworzy drewniane panele opowiadające o kobiecości, erotyzmie, czasami o pożądaniu. Tym razem zajmie się ważnym w literaturze motywem kobiet zmieniających się bądź zamienianych w rośliny.
Annę Orbaczewską i Lilianę Zeic łączy to, że podjęły się rehabilitacji technik i praktyk artystycznych długo uważanych za poślednie czy mało istotne. I które często uważano za zajęcia typowe dla kobiet. Radykalnie podważyły tym samym dotychczasowe hierarchie w sztuce. Jednak nie tylko ich twórczość będzie obecna na wystawach. Lista artystek, których prace będzie można zobaczyć, jest znacznie dłuższa. Jest na niej chociażby jedna z najciekawszych rzeźbiarek młodego pokolenia Agata Ingarden (Gdańska Galeria Miejska, „Uniesienia”, czynna do 1 czerwca).
Dominacja współczesności nie oznacza, że nie będzie ważnych wystaw historycznych. Jednym z najważniejszych wydarzeń wystawienniczych, cieszących się też ogromnym zainteresowaniem publiczności – łącznie obejrzało ją ponad 200 tys. osób – była pierwsza od lat wielka prezentacja prac Józefa Chełmońskiego w warszawskim Muzeum Narodowym. Znalazły się na niej zarówno kanoniczne dzieła malarza z „Babim latem” na czele, jak też nieznane lub od lat publicznie niewystawiane. W tym roku będzie można obejrzeć jej kolejne odsłony: w poznańskim (do 29 czerwca), a następnie krakowskim Muzeum Narodowym (8 sierpnia-30 listopada).
Jednak nie tylko Chełmońskim będziemy żyli. W stołecznym Muzeum Narodowym otwarto właśnie „Drogi do Jerozolimy” (czynna do 20 lipca). To duże wydarzenie kulturalne. Ekspozycja opowiada o fenomenie miasta, w którym przez wieki współistniały trzy wielkie kultury: żydowska, chrześcijańska i muzułmańska. O jego micie dawniej i dziś, o jego obecności, także we współczesnej sztuce.

Dwa miesiące później Muzeum Warszawy udostępni zwiedzającym wystawę „Lato, które zmieniło wszystko” (19 czerwca-21 grudnia) poświęconą zorganizowanemu w stolicy w 1955 r. V Światowemu Festiwalowi Młodzieży i Studentów, który – wbrew zamiarom jego organizatorów – przyczynił się do liberalizacji w kraju po śmieci Stalina i był jednym z wydarzeń poprzedzających październik ’56 i czas odwilży w kraju. Rozbudził on bowiem w młodym pokoleniu nadzieję na zmianę, a przyjazd tak wielu cudzoziemców był w tych czasach czymś niespotykanym. „Odczuliśmy to wtedy – wspominał Sławomir Mrożek – jako zapowiedź daleko idących, prawie rewolucyjnych zmian”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















