Najnowsza wystawa Davida Hockneya w Fondation Louis Vuitton w Paryżu jest ogromna. W wielkim gmachu na obrzeżach Lasku Bulońskiego zgromadzono ponad czterysta obrazów jednego z najpłodniejszych i najdroższych współczesnych malarzy. Wydarzeniu towarzyszy kampania medialna i etykieta „wydarzenia roku”, nic więc dziwnego, że przed budynkiem ustawiają się kolejki, a w środku panuje niewyobrażalny tłok.
Sam artysta w najlepszych muzeach nieraz już gościł – w 2017 r., na osiemdziesiąte urodziny, wielką retrospektywę zorganizowało mu Tate. Odwiedziło ją prawie 480 tysięcy osób, czyli najwięcej w historii londyńskiej galerii. Potem, w nieco okrojonej wersji, pokazywano ją w Centre Pompidou i nowojorskim Met. Paryska wystawa „Hockney 25” jest jednak wyjątkowa. Artysta sam nadzorował nie tylko wybór dzieł, lecz także kolor ścian i scenariusz ekspozycji. W wywiadzie dla Polskiego Radia „nasz człowiek w fundacji”, czyli kuratorka Magdalena Gemra, opowiadała o tym, jak malarz przez FaceTime’a z daleka śledził postęp prac, a tuż przed otwarciem przyjechał sprawdzić, czy wszystko gra. Również sprzęt, bo wystawa ma mocny komponent interaktywny.
Osiemdziesięciosiedmioletni Hockney imponuje żywotnością. Doskonale wciela w życie swoje motto: „Love Life”. Nadal maluje, codziennie, choć pieniędzy ma tyle, że już dawno mógłby wygrzewać stare kości w którejś ze sportretowanych przez siebie kalifornijskich willi. Radośnie testuje nowe media, szaleje na tablecie, robi scenografie operowe i, razem z partnerem i asystentem Jean-Pierre’em Gonçalves de Limą, aktywnie uczestniczy w organizacji swoich wystaw.
„Malowanie daje mi większy haj niż seks i narkotyki” – deklaruje w wywiadach. A nam, zwiedzającym, udziela się wigor i radość soczystych kolorów i płaskich plam. I choć trudno nie zgodzić się z krytykami, że u Hockneya im później, tym nudniej, a apogeum osiągnął w latach 60. i 70., malując gejowskie akty („chłopców, którzy rzadko noszą majtki” – jak zgrabnie podsumował to Karol Sienkiewicz), to warto poobcować z Anglikiem w okrągłych okularkach, który od siedemdziesięciu lat tworzy, eksperymentuje, bada i studiuje. A do radosnych kolorowych płócien podpina przewrotną krytykę fotografii, perspektywy i innych zdobyczy współczesności.
Hockney: bezczelny, śmieszny i poważny
O życiu Hockneya napisano już bardzo wiele. W bibliografii przedmiotu figurują zarówno rzetelne biografie, jak i beletryzowane wariacje na temat. Do pierwszej kategorii zalicza się dwutomowa, pełna twardych danych i zabawnych anegdot „David Hockney. The Biography” Christophera Simona Sykesa, reprezentantką drugiej jest francuska pisarka Catherine Cusset, która, choć nigdy nawet nie spotkała malarza, w „Vie de David Hockney” przez prawie dwieście stron spekuluje i wyobraża sobie, co czuł i myślał w poszczególnych momentach swojego długiego życia. W księgarni Fundacji Vuittona, oprócz grubego katalogu, zbiorów wywiadów z malarzem i poważnych książek analitycznych, nabyć można też dzieła mniej poważne – choć równie ważne – takie jak jego „Historia obrazów dla dzieci” (niedawno wydana po polsku), czy „David Hockney's dog days”, album o pieskim życiu jego dwóch ukochanych jamników Stanleya i Boodgie’ego.
Tłem i determinantą jego losów była walka o równouprawnienie homoseksualistów. Zdaniem krytyków miała ona niemal bezpośrednie przełożenie na jego płótna. Artysta urodził się w Anglii, w której „pederastia” podlegała karze więzienia (zniesiono ją dopiero w 1967 r.), osobistego i artystycznego coming outu dokonywał w zmysłowej, rozgrzanej słońcem Kalifornii, potem przyszły bezludne pejzaże ery AIDS, a wreszcie kwiaty i wnętrza, które niekoniecznie reprezentują sielskość i spełnienie.
Wbrew wizerunkowi pociesznego dandysa w szelkach i kraciastym kaszkiecie Hockney pozostaje buntownikiem – krytykuje fotografię, nie lubi perspektywy zbieżnej. Bada optykę u starych mistrzów – owocem studiów jest książka „Wiedza tajemna. Sekrety technik malarskich dawnych mistrzów” (a później film dokumentalny), w której wyłuszcza kontrowersyjną teorię, jakoby camera lucida, camera obscura i inne optyczne narzędzia rysownicze i malarskie pomagały artystom w malowaniu już od XV wieku. Historycy sztuki niekoniecznie się z nim zgadzają, ale trzeba przyznać, że Hockney z wyrafinowaniem i uwagą analizuje dzieła van Eycka, Caravaggia czy Ingres’a, do których zresztą odwołuje się w swoich pracach.

Patrząc na gołe pupy i kolorowe kwiaty, można by pomyśleć, że malarstwo Hockneya jest wdzięczne, ale płytkie jak baseny w Los Angeles. Nic z tych rzeczy. Jak sam zaznacza, to, że jest bezczelny i śmieszny, nie znaczy, że nie jest poważny.
Niewątpliwie jest też tytanem pracy. Etos wiktoriański, robotnicze korzenie i postępująca głuchota, która wykluczyła go z życia towarzyskiego, sprawiają, że mimo podeszłego wieku Hockney tworzy niezmordowanie. Nie przestał nawet w najmroczniejszym okresie życia, w swoim annus horribilis, kiedy w 2012 r. dostał lekkiego udaru, a kilka miesięcy później jego dwudziestotrzyletni asystent zginął tragicznie w pracowni, bo pod wpływem narkotyków wypił środek do udrażniania rur.
Przez jakiś czas Hockney był w stanie tylko szkicować węglem obrazki o nadejściu wiosny, które też można zobaczyć na wystawie. Wątpiącym udowodnią one, że uproszczone formy i nieco naiwne kształty to wybór artystyczny, a nie skrywana pod kolorowymi plamami nieudolność. Innymi słowy, Hockney potrafi świetnie rysować i nawet w czerni i bieli wspaniale oddać radość i światło.
Do dziś pracuje nieprzerwanie. Ponieważ nie jest już w stanie utrzymać palety, posługuje się głównie tabletem. Ma specjalną, opracowaną tylko dla siebie aplikację z kolorami. Co nie oznacza, że bezkrytycznie przyjmuje wszelką technologię – twierdzi na przykład, że fotografia nie oddaje prawdy o świecie, a najbliżej do niej rysunkowi. Mimo to wykorzystuje zdjęcia w kolażach.
Życie Hockneya jest tak bogate, długie i pełne sprzeczności, że nie wiadomo, jak je ugryźć. Zamiast chronologią posłużmy się (częściowo skorelowanym) kluczem miejsca. W końcu Hockney zawsze mocno inspiruje się pejzażem.
Syn inspektora sanitarnego i awangarda
Kojarzony ze słoneczną Kalifornią, pochodzi z deszczowej, robotniczej północy Anglii. Urodził się w Bradford, gdzie krajobraz dominowały „szatańskie młyny” rewolucji przemysłowej, a dziś, obok galerii z pracami najsłynniejszego bradfordczyka, działa wielkie muzeum przemysłu. Nie pochodził z rodziny, która z entuzjazmem wspierałaby artystyczne aspiracje dzieci. Matka zajmowała się domem, ojciec pracował jako inspektor sanitarny, oboje chcieli, żeby syn znalazł sobie stabilną pracę, najlepiej w administracji publicznej.
I kiedy już wyobrażamy sobie surowego pana z wąsem, dowiadujemy się, że Kenneth Hockney był wegetarianinem, zagorzałym pacyfistą i obdżektorem. Niewątpliwie wpoił Davidowi zarówno kult ciężkiej pracy, jak i niezależność myślenia (talent już miał). Do dziś Hockney nie zwykł czekać na inspirację – zakasuje rękawy i zabiera się do roboty. Nie ulega też modom – nie zachłysnął się abstrakcją ani minimalizmem, tylko metodycznie malował swoich „gołodupich chłopców” (wciąż Karol Sienkiewicz) i soczyste, kolorowe pejzaże.
Ponieważ w domu się nie przelewało, malował na każdym skrawku papieru, jaki udało mu się znaleźć. Mimo niechęci ojca poszedł do Bradford College of Art, a potem do londyńskiego Royal College of Art. To tam po raz pierwszy zetknął się z pop-artem, który mocno go inspirował. Syn inspektora sanitarnego z Bradford stał się częścią artystycznej awangardy.
Duch czasów mu sprzyjał. Powojenna Wielka Brytania była państwem opiekuńczym: darmowa opieka zdrowotna, stypendia dla najzdolniejszych. To wyrównywaniu szans zawdzięczamy Beatlesów, Stonesów, kino młodych gniewnych i obrazy L.S. Lowry’ego. No i właśnie Hockneya. Już w czasie studiów dzieciak z Bradford dostał możliwość wyjazdu do Nowego Jorku, gdzie zachłysnął się wolnością. Jeszcze przed dyplomem trafił pod skrzydła młodego wówczas marszanda Johna Kasmina. I to jemu zawdzięcza pierwsze intratne sprzedaże, które pozwoliły mu zrealizować amerykański sen.
Romans za 90 milionów dolarów
Po dyplomie, mimo że swingujący Londyn buzował kulturalnym fermentem i stopniowo się liberalizował, Hockney uznał, że więcej swobody, a na pewno więcej słońca znajdzie w Kalifornii (którą znał między innymi ze zdjęć w pornograficznych magazynach o panach dla panów). I nie chodziło tu o prawo, raczej o obyczaje. Ustawy zakazujące „sodomii” obowiązywały tam przecież dłużej niż w Anglii, bo aż do połowy lat 70. Wśród artystycznej bohemy Los Angeles panowała jednak znacznie większa tolerancja, z której Hockney radośnie korzystał. Najpierw mieszkał w artystycznych dzielnicach takich jak Venice Beach, potem, wraz z sukcesami finansowymi, przenosił się do bardziej luksusowych dzielnic willowych.
To tam powstały jego najsłynniejsze i najdroższe płótna. Ostre słońce, mocne barwy i burzliwe romanse stały się dla artysty źródłem inspiracji. W tym okresie porzucił prymitywizm na rzecz pop-artowego hiperrealizmu i namalował serię obrazów z basenami. Tyle że ten najcenniejszy „Portrait of an Artist (Pool with Two Figures)” przedstawia właściwie basen w Saint Tropez. Do dziś pozostaje najdroższym sprzedanym na aukcji dziełem sztuki żyjącego artysty. Akryl na płótnie, 2 na 3 metry, żywe, plakatowe kolory. Zanurzona pod wodą postać w białych kąpielówkach (Hockney) i oglądający go z brzegu, ubrany w czerwoną marynarkę Peter Schlesinger, były kochanek i muza malarza. Dystans i smutek rozstania przerobione na sztukę. Sprzedane!

W listopadzie 2018 roku anonimowy nabywca kupił obraz na aukcji w Nowym Jorku za rekordową sumę 90,3 milionów dolarów. W ten sposób Hockney znacznie przebił nieistniejącego już, „Balonowego psa” Jeffa Koonsa (58,4 mln). Jak wytłumaczyć tak ogromy sukces komercyjny? Zdaniem Anny Theiss obraz jest świetny formalnie, wykorzystuje nową jak na te czasy technikę akrylową, a te niewątpliwe zalety podbija znakomity „storytelling” o niespełnionej miłości. Tym, co na pewno winduję cenę, jest też status Hockneya jako „jednego z największych żyjących malarzy”.
Prosimy nie odwoływać lata
Chłopiec z robotniczego Bradford stał się jednym z najbogatszych artystów na świecie. Wśród najczęściej zadawanych Google’owi pytań figuruje: „Ile domów ma David Hockney?”. Odpowiedź: co najmniej pięć, w tym luksusowe wille w Malibu i Los Angeles, pracownie w Londynie i dom w Normandii. Teraz jest już lekko niedołężny i głuchy (nosi kolorowe aparaty słuchowe), więc ograniczył podróże. Ale wcześniej często się przenosił: tworzył w Chinach, Japonii, Libanie, Egipcie, Norwegii i we Francji.

To właśnie Francję wybrał na starość. Od 2019 r. mieszka w urokliwym drewnianym gospodarstwie w Beuvron-en-Auge w departamencie Calvados. W przyległej do domu cydrowni urządził sobie atelier. Normandia, jej spokój i przyroda, jak twierdzi, przywróciły mu twórczy wigor. To tu, w trakcie najgłębszej pandemii, malował wesołe, soczyste kwiaty. I pocieszał zalęknionych wirusem: „Pamiętaj, nie mogą odwołać wiosny”. Zdanie to stało się mottem paryskiej wystawy.
Poszłam na nią sceptyczna, a wyszłam, po wielu godzinach, zadowolona. Nie ulega wątpliwości, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Historycy sztuki będą tropić nawiązania do Matisse’a i gry z Caravaggiem, zapaleni ogrodnicy podziwiać soczyste kolory kwiatów i rozległe korony drzew, wielbiciele sztuki queerowej zachwycą się pięknem smukłych ciał w kąpielówkach, a fani malarskich zabaw docenią sprytne mise en abyme (obrazy w obrazach o oglądaniu obrazów), a wśród nich emblematyczne „Play Within a Play Within a Play and Me with a Cigarette”. Obraz ten wywołał zresztą sporą polemikę, bo ze względu na obecność papierosa afisz reklamujący wystawę Hockneya z jego reprodukcją usunięto z paryskiego metra.
Od 2007 r. we Francji obowiązuje ustawa zakazująca „bezpośredniej i pośredniej reklamy wyrobów tytoniowych”. A wizerunek palącego artysty może zachęcać do palenia. Sam Hockney był wściekły, zwłaszcza że od 60 lat jest nieskrywanym apologetą papierosów, które, jak twierdzi, dobroczynnie działają na zdrowie psychiczne.

Hockneya da się analizować głęboko: w pustych kalifornijskich willach słyszeć echa Wietnamu, a w bezludnych pejzażach widzieć skutki AIDS. W odwrocie od ludzi i zanurzeniu się w świecie roślin też można upatrywać się symbolu. Ale nie trzeba. Wystarczy sycić się kolorami i formą. Widzowie cykają sobie selfie na tle wściekle kolorowych pejzaży i pozują do portretów w wypełnionych po sufit Kunstkamerach. Dla krytyków to pewnie eskapizm, który nie przystoi w ciężkich czasach. Kręcą też nosem na „iPad-art” i frenetyczną nadprodukcję dzieł Hockneya.
Ja nie byłabym taka surowa. Z kwiatów i drzew, nawet tych lekko kiczowatych, biją wigor, witalność i wola życia. Ostatnio zewsząd kiepskie wieści, więc może warto pamiętać, że nawet one nie mogą odwołać wiosny? A co dopiero lata.
Wystawę DAVID HOCKNEY 25 można oglądać w Fondation Louis Vuitton w Paryżu do 31 sierpnia 2025 r. Polecamy wcześniejszą rezerwację biletów na stronie www.fondationlouisvuitton.fr
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















