Co o szkolnej religii myślał katecheta ks. Jan Kaczkowski?

Wygonić religię ze szkoły czy nie? Uczyć raz w tygodniu czy dwa? Za państwową, a może kościelną kasę? Ciekawe, jak na te pytania odpowiedziałby ks. Jan Kaczkowski, zmarły dziewięć lat temu szef hospicjum, ale też katecheta.
Czyta się kilka minut
Ks. Jan Kaczkowski z rodziną i przyjaciółmi przed domem letniskowym nad jeziorem Wysoka w Kamieniu. Lata 90. // Fot. Archiwum rodziny Kaczkowskich
Ks. Jan Kaczkowski z rodziną i przyjaciółmi przed domem letniskowym nad jeziorem Wysoka w Kamieniu. Lata 90. // Fot. Archiwum rodziny Kaczkowskich

„Z uczeniem religii w szkole jest głębszy problem: to nie jest tylko pytanie, czy będzie jedna lekcja, czy dwie, czy napisze się to, czy tamto [w ustawach – red.]” – powiedział dwa miesiące temu podczas spotkania w Żorach ks. Adam Boniecki, pytany o obecne spory nt. katechezy. Chwilę później dodał, że szkolna religia częstokroć była i jest po prostu do niczego, i przytoczył rozmowę ze swoim znajomym biskupem twierdzącym, iż uzyskanie święceń jest równoznaczne z przygotowaniem do pracy w szkole. „G... prawda! Jest potrzebny talent i przygotowanie” – mówił dosadnie Redaktor Senior „TP” i dodawał, że to Kościół „położył” sprawę nauczania religii, nie dbając o jego jakość. „Źle uczymy – puentował. – Nie tego, co trzeba, nie tak, jak trzeba, i nie ci, co powinni”.

Ciekawą odpowiedź na pytania, „jak, czego i kto” powinien nauczać – da się wyczytać z krótkiego życiorysu zmarłego dziewięć lat temu (28 marca 2016 r.) ks. Jana Kaczkowskiego, założyciela słynnego Puckiego Hospicjum pw. św. Ojca Pio. Dwaj duchowni – Kaczkowski i cytowany wyżej ks. Boniecki, których narodziny dzieli niemal pół wieku – znali się zresztą dobrze i cenili. Redaktor Senior „TP” niemal dokładnie dekadę temu (w kwietniu 2015 r.) wygłaszał laudację na cześć odbierającego w Krakowie Medal Św. Jerzego młodego, choć już śmiertelnie chorego na nowotwór mózgu duchownego. A wcześniej w świat poszły jego słowa, że Kaczkowski broni honoru polskiego kleru.

Urodzony w Sopocie Jan Kaczkowski bronił też – dodajmy – dobrej reputacji polskich katechetów.

Na początku jego uczniom ks. Kaczkowski wydawał się „łysy i ślepy jak Stępień” 

Mało brakło, by do szkoły w ogóle nie trafił. Na szóstym roku seminarium słyszy od jednego z biskupów, że nie powinien być katechetą, bo „pouciekają mu dzieci, i nawet tego nie zauważy” (to aluzja do bardzo słabego wzroku). 

Zresztą nie inaczej postrzegać go będą początkowo także uczniowie. „Łysy i ślepy jak Stępień”, postać z polsatowskiego serialu „Trzynasty posterunek”, tyle że w sutannie – takie skojarzenie ma w czasie pierwszej lekcji Szymon, uczeń Kaczkowskiego w połowie lat dwutysięcznych. „No więc wchodzi Stępień, a w zasadzie wysoki człowiek w sutannie, z musztardówkami na nosie – wspominał Szymon w rozmowie na potrzeby napisanej przeze mnie w 2018 r. dla WAM biografii puckiego duchownego. – Mówię: »Ja pierdzielę, niepełnosprawnego klechę nam przysłali! O co tu chodzi?!«. Chyba większość odebrała to podobnie, bo był grupowy wybuch śmiechu”. 

Inny z jego uczniów, Piotr, początki wspominał tak: „Już na starcie odróżniał się od poprzedniego księdza, zwanego »Pączkiem«, który robił wszystko dość schematycznie: mówił o Bozi, kazał prowadzić zeszyt i odmawiać Ojcze naszJan był ekscentryczny i nieprzewidywalny w tym, co będzie na lekcji. Używał niezrozumiałych słów: »emanacji«, »transcendencji«. Potrafił też przekląć albo być nieprzyjemny dla kogoś, na kogo się uwziął. Realizował program, ale był mistrzem dygresji: mówił o polityce, filozofii, socjologii, psychologii. Nigdy wcześniej nie widziałem księdza, który by się nie bał dyskusji o antykoncepcji, seksualności, masturbacji. Nie mówił »tak jak ksiądz«, nie zachowywał się »tak jak ksiądz«, nawet nie ubierał się »tak jak ksiądz«, bo niby miał koloratkę, ale też dobrze skrojoną granatową marynarkę zapinaną na jeden guzik. To wszystko sprawiło, że ja – chłopak z Kaszub, który miał jasno sprecyzowany pogląd, »co księdzu przystoi« – byłem do niego zrażony (...) Po kilku miesiącach myślenia, że »tak księdzu nie przystoi«, zacząłem się jednak zastanawiać, czy to nie jest dobre. Bo zdałem sobie sprawę, że nikt z nami w ten sposób nie rozmawiał: jeśli słyszałem coś wcześniej o seksualności, to w stylu »grzmienia z ambony«”.

Co najmniej kilkoro z jego uczniów zostanie jego „synkami” – pozostaną mu bliscy na lata, niektórzy do dziś. Zapamiętają, że z lekcji religii najważniejsze było dla niego spotkanie. I że w szkolny program – nie zawsze zresztą realizowany przezeń z przesadną skrupulatnością – próbował wplatać tematy bliskie uczniom.

Religia w szkole: dzieci pouciekają naprawdę

O umocowaniu katechezy w szkolnym systemie nie mówił za wiele. Powrót religii do szkół w 1989 r. nazwał w wywiadzie-rzece („Życie na pełnej petardzie”, WAM) „nieszczęsnym”. A pytany przez Piotra Żyłkę, dlaczego sam chodził na katechezę w liceum, pomimo złych doświadczeń w podstawówce, odpowiadał: „Ponieważ po prostu była wpisana w plan zajęć, a trochę z przekory. Ale to był okres, w którym Kościół agresywnie i nieumiejętnie angażował się w politykę (...) Bogu dzięki, że była to tylko godzina w tygodniu! Katecheci, jakich wówczas spotkałem, nie dawali zbyt wiele nadziei” – opowiadał, wymieniając po kolei: księdza lubianego, bo na wycieczkach opowiadał z pasją o znakach kolejowych; katechetę otoczonego kserówkami, którego nikt nie słuchał; duchownego, który robił się czerwony, gdy dostawał kłopotliwe pytania; kapłana, który – podobnie zresztą jak jego uczniowie – zionął alkoholem...

Jaka płynie z tych archiwalnych scen i cytatów lekcja na dziś? Jest warta przypomnienia w momencie, gdy dyskusja na temat religii w szkole toczy się w niemal całkowitym oderwaniu od tematu jakości katechezy (kto powinien jej uczyć, a kto i jak przygotowywać do tego księży i katechetów; czy powinna się toczyć w modelu takim jak obecnie, bardziej konfesyjnym czy religioznawczym; itd.). W tym sensie jest w polskim systemie przedmiotem wyjątkowym. O języku polskim toczy się debaty, czy swoim „kanonicznym” modelem zachęca, czy może zniechęca do literatury, o matematyce, biologii, geografii, na ile nauczane kompetencje przystają do życia, o niemal wszystkich przedmiotach rozmawia się w związku z dylematem „ile wiedzy, ile umiejętności”. Religia była i jest niemal wyłącznie traktowana jako zdobycz polityczna. Może dlatego na stawianiu pytania o jej jakość nikomu specjalnie nigdy – włącznie z Kościołem – nie zależało.

Wkrótce będzie się to musiało zmienić. Liczba godzin katechezy od września tego roku skurczy się z dwóch do jednej, religia będzie mogła widnieć tylko na początku i na końcu dnia zajęć, a więc będą na nią chodzi tylko ci, którzy będą chcieli (a nie ci, którzy – jak dotąd bywało – nie mieli co ze sobą zrobić). Żarty się skończą, a dostępne do niedawna narzędzia presji ustąpią charyzmie, zaangażowaniu, wiedzy. Albo ich brakowi.

W wariancie drugim dzieci pouciekają księżom i świeckim katechetom tak, że ci nawet tego nie zauważą. Tyle że – w odróżnieniu od życiorysu ks. Kaczkowskiego – pouciekają naprawdę i z zupełnie innych powodów.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 13/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Dzieci wam pouciekają