Reklama

Ładowanie...

Ksiądz Kaczkowski czyli Johnny: katecheta, ojciec, wzór

Ksiądz Kaczkowski czyli Johnny: katecheta, ojciec, wzór

, autor książki „Jan Kaczkowski. Biografia”
23.09.2022
Czyta się kilka minut
Oto prawdziwa historia Patryka, sportretowanego w nowym filmie „synka” ks. Jana Kaczkowskiego. Publikujemy fragment wznowionej właśnie przez Wydawnictwo WAM biografii założyciela puckiego hospicjum.
Ks. Jan Kaczkowski / fot. Grażyna Makara
Ż

Że jest źle, mówiło się od kilku tygodni. Byli na miejscu, więc te pogłoski nie mogły ich ominąć. Zresztą starali się być blisko: pytali o niego, odwiedzali w sopockim mieszkaniu.

Że poniesie trumnę, Patryk usłyszał od samego Jana, gdzieś na hospicyjnym oddziale („Bez oficjalnej rozmowy, spojrzeń w oczy: po prostu rzucił to z uśmiechem, jakby od niechcenia”); Szymon: już po śmierci Jana (szykował się do snu, dochodziła dwudziesta druga, zadzwoniła Anna Jochim--Labuda); Krystian wprost nie usłyszał tego nigdy („Temat pojawił się kiedyś w rozmowie z Patrykiem. Wiedziałem po prostu, że jak przyjdzie ten moment, to będzie moja rola”).

Nieśli trumnę we trzech, razem z pracownikami firmy pogrzebowej. Patryk i Szymon w środku, Krystian z tyłu.

Szymon: – Ciężka, dębowa, wgniatała się w bark, ale nieśliśmy ją tylko kilkadziesiąt metrów. Symbolicznie.

Patryk: – Trwało to krótko, bo sprzeciwili się panowie z firmy pogrzebowej. Że nie jesteśmy wykwalifikowani, że ryzyko, że może spaść. Zareagował Filip, brat Jana: powiedział, że taka była jego wola.

(…)

„Wspaniała przemiana człowieka, który tak naprawdę nie miał prawa się zmienić” – powie po latach ksiądz Jan Kaczkowski o Patryku (…).

Scena z życia Patryka, uwieczniona na fotografii sprzed ćwierćwiecza: cztero-, może pięcioletni chłopiec obejmuje za szyję plastikowego łabędzia na karuzeli. W tle mężczyzna w średnim wieku. – Bardzo się wysilam i nie potrafię przywołać dobrego wspomnienia z tatą. Zostaje mi to zdjęcie – mówi Patryk.

Przed nami zatoka, tu widziana z okien restauracji blisko centrum Pucka. Restauracji, w której pracuje od kilku lat jako kucharz; miejscu-symbolu jego „nowego życia”: ustabilizowanego, przewidywalnego.

Patryk Galewski to rudawy, krępy trzydziestolatek z niegasnącym łagodnym uśmiechem. Jeśli z wyglądu kojarzy się z przestępcą, to – zgodnie z żartem rzuconym mu kiedyś na hospicyjnym korytarzu przez księdza Kaczkowskiego – bardziej z członkiem Gangu Olsena niż z kimś, kto pobił niemal na śmierć człowieka.

– Za to pamiętam, i to nie ze zdjęcia, faceta, który przychodzi do nas do domu i odcina licznik prądu – kontynuuje Patryk. – Pamiętam pijanego tatę, który wpada w dzień wypłaty, i nas, czekających na niego, żeby mama mogła wreszcie iść po zakupy. Pamiętam wzrok mamy i to, że zaczęliśmy płakać. Pamiętam, jak siedzimy na blacie i jemy suchy korzeń pietruszki, bo

już tylko to zostało.

Scena kolejna: szkolna sala, nauczycielka rozdaje książki do angielskiego. Wszystkim, tylko nie jemu. On, święcie przekonany, że zaszła pomyłka, mówi: „Mama na pewno zapłaciła”. – Okazało się, że tylko mi tak powiedziała, żeby mnie nie martwić – wspomina Patryk. –Zawsze robiła wszystko, żeby nam niczego nie zabrakło. Utrzymywała się z zasiłków, potem z alimentów. Nigdy nas nie zostawiła, nie zawiodła. Nawet jak byłem już na samym dnie, nie powiedziała: „Nie chcę cię znać”.


KSIĄDZ JAN KACZKOWSKI: CZYTAJ WIĘCEJ W SERWISIE SPECJALNYM >>>

Do kin trafia właśnie film „Johnny” w reżyserii Daniela Jaroszka, który opowiada o relacji ks. Kaczkowskiego z jego wychowankiem Patrykiem. W rolę księdza Jana wciela się w nim Dawid Ogrodnik. 

W serwisie specjalnym przypominamy rozmowy z księdzem Kaczkowskim, które przez lata publikowaliśmy na łamach  „Tygodnika” a także wspomnienia i artykuły o Puckim Hospicjum Pw. Św. Ojca Pio >>>


(…)

Ma szesnaście lat, ląduje pierwszy raz „na dołku”. Ściany, prycza, krata. Nie ma zegarka, gazety do czytania, kontaktu z kimkolwiek. – Najgorsza rzecz, jakiej doświadczyłem – wspomina. – Tylko ty i twoje myśli: lęk, tęsknota za mamą, świadomość, że już nie

będzie dobrze, bo cię złapali. Najgorsza rzecz, jaką zrobiłem? Pobicie chłopaka, który stracił potem przytomność „na okres dłuższy niż siedem dni”. Byliśmy przez chwilę przekonani, że nie żyje (…).

Albo scena kolejna: kanapa w przyczepie kempingowej przy budowie, na której Patryk pracuje razem z ojcem. Wstaje, bierze nóż do tapet. W łazience tnie lewą rękę – tak mocno, że przecina ścięgna. – Miałem wyrok w zawieszeniu, nieuregulowane grzywny, szukała mnie

policja. W dodatku jak zobaczyłem w tym kempingu pijanego, śpiącego ojca, zdałem sobie sprawę, że nie mam nikogo i nic. Uratowały mnie te przecięte ścięgna: lewa ręka była tak bezwładna, że nie mogłem przeciąć prawej. Wtedy zaczął walić do drzwi ojciec: „Skąd ta krew?! Co tu się dzieje?!”. Zadzwonił po mamę, przyjechała. Znalazła mnie na plaży, na którą w międzyczasie uciekłem. Przewieźli mnie do szpitala, zszyli.

(…)

Sceny „wejścia” zapamiętali bardzo dobrze. Pierwsza dzieje się w murach szkoły, prawdopodobnie w 2005 roku. Otwarte drzwi klasy, grupka rozkrzyczanych nastolatków.

– Pamiętasz taki serial Polsatu Trzynasty posterunek z Cezarym Pazurą? Tam był bohater, który nazywał się Stępień. Łysy i ślepy. No więc wchodzi do naszej klasy Stępień, tylko że w sutannie – śmieje się Szymon [inny z „synków” ks. Kaczkowskiego; poznali się w puckiej szkole, gdzie duchowny pracował jako katecheta – dopisek „TP”], kiedy krążymy między budynkami puckiego „Oksfordu”.

Do środka nie wejdziemy, jest akurat niedziela, ale Szymon pokazuje strategiczne miejsca na terenie okalającym szkołę. Budynek warsztatów: podłużny, kilkudziesięciometrowy, odrapany – bez zmian. Za nim: nowoczesne boisko, a kiedyś po prostu łąka, na której rosły – zbierane przez uczniów – halucynogenne grzybki. Chłopcy wrzucają je, dla zabicia smaku, do

kupionego w szkolnym bufecie jogurtu, a następnie wchłaniają, przychodząc na lekcję religii w innym stanie świadomości.

– No więc wchodzi Stępień, a w zasadzie wysoki człowiek w sutannie, z musztardówkami na nosie – ciągnie Szymon. – Mówię: „Ja pierdzielę, niepełnosprawnego klechę nam przysłali! O co tu chodzi?!”. Chyba większość odebrała to podobnie, bo był grupowy wybuch śmiechu. A jak powiedział, z wadą wymowy i z taką dykcją, że ledwo go było słychać: „Dzień dobry, nazywam się Jan Kaczkowski, będę waszym katechetą”, to mogło być już tylko śmieszniej!

No i jeszcze to jego „skanowanie”, czyli przykładanie dziennika pod sam nos…

(…)

Scena „wejścia” numer trzy jest sceną odwróconą: to nie ksiądz przychodzi do Patryka, ale odwrotnie. Kwiecień 2011 roku, sobotni poranek. W ramach odpracowywania jednego z wyroków Patryk stawia się w recepcji puckiego hospicjum. Pielęgniarka każe mu się przebrać w fartuch ochronny i wejść do jednej z sal. Jest lekko roztrzęsiony, na kacu, czuje zapach leków. Pod oknem leży pan, którego pielęgniarka zaczyna myć. Patryk widzi rozwijanego pampersa, odleżyny… Robi mu się niedobrze. Wychodzi.

Po kilku dniach wraca. Na własną prośbę zostaje oddelegowany do prac konserwatorskich. Zaczyna rozmawiać z niektórymi pacjentami. Spotyka księdza Jana Kaczkowskiego. „Młodociany żur – przepity, przećpany” – powie o sobie samym z tamtego czasu Bożenie Aksamit [nieżyjącej już dziennikarce Gazety Wyborczej, przyjaciółce ks. Kaczkowskiego – dopisek „TP”], tłumacząc, dlaczego szef hospicjum na początku go „prawie nie lubił”.

Ciągi dalsze we wszystkich (…) przypadkach są w zasadzie podobne: młody ksiądz zaczyna dyskretnie wkraczać w życie młodych.

Wspomina Szymon: – Próbowaliśmy wyprowadzić go z równowagi. Na przykład tym, że nikt go nie słuchał, wszyscy grali w karty, ktoś coś powiedział, ktoś inny rzucił „pomemlaną” od śliny kulką w tablicę tak, że go obryzgało. Jan wiedział doskonale, że niektórzy przychodzili po alkoholu, po grzybkach… Nic go nie wyprowadzało z równowagi.

– Chociaż nie do końca – reflektuje się po chwili Szymon. – Kilka razy się jednak wkurwił (…) Któryś z nas trzymał kubeł na śmieci, a Jan rzucił: „Może mi jeszcze ten kubeł na głowę założysz?”. Ta sytuacja była przełomem. Od tamtej pory, jak się zdenerwował, w sali zalegała cisza.

Wspomina Patryk: – Po odpracowaniu godzin ksiądz Jan zaproponował mi staż w kuchni hospicyjnej. Coraz lepiej się poznawaliśmy. Coraz częściej też rozmawiałem z pacjentami, coś im załatwiałem. Nie mam pojęcia, jak to opisać. W pewnym momencie zaczęło do mnie docierać, że jest we mnie dwóch Patryków: z jednej strony ten, który imprezował, ćpał, bił policjantów po meczach. Z drugiej strony ten drugi. Nie wiem, jak do tego doszło, ale po raz pierwszy od pierwszej komunii przystąpiłem do spowiedzi. Po niej poszliśmy na mszę do kaplicy, a tam Jan powiedział zebranym, co się przed momentem wydarzyło. Wszyscy wstali, zaczęli klaskać…


ROZMOWA Z DAWIDEM OGRODNIKIEM, ODTWÓRCA ROLI KS. KACZKOWSKIEGO W FILMIE "JOHNNY":  Wybierałem kreacje młodych stąpających po cienkim lodzie, bo sam po nim stąpałem. Gdyby nie to, że miałem dziecko, mogło się to skończyć samobójem. Rola ks. Kaczkowskiego to dla mnie przełom >>>


(…)

Ich „przebudzenie” ma ścisły związek z sensem. On im ten sens podrzuca, oni chwytają. Patrykowi daje nawet Człowieka w poszukiwaniu sensu Viktora Frankla. Książkę dla siebie ważną, która jeszcze ważniejsza stanie się w czasie choroby. Robi ten gest w szczególnym dniu: Patryk ma się stawić w więzieniu, by odsiedzieć zaległy wyrok. W książce jest dedykacja: „Skoro oni potrafili, to i my potrafimy. Tata”…

Szymona droga do sensu wiedzie przez areszt. „Każda kurwa znajdzie usprawiedliwienie. Powie, że nie sprzedaje, tylko podtrzymuje antyczną tradycję” – odpowiada pewnego razu ksiądz Kaczkowski Szymonowi, wówczas drobnemu dilerowi narkotyków, na uwagę, że nie sprzedaje dzieciom.

Szymon sam też sięga po narkotyki: marihuanę, LSD. Wpada, gdy policja łapie jakiegoś chłopaka z kupionym od niego gramem. Ląduje w areszcie, szybko wychodzi. Niedługo potem wraca rowerem z dyskoteki. Rutynowa kontrola – policjant zagląda tam, gdzie jeszcze żaden funkcjonariusz nie odważył się zajrzeć: do majtek. Szymon ląduje w wejherowskim areszcie. Z ryzykiem wyroku – nawet do pięciu lat.

W areszcie dostaje list:

Drogi Szymonie!

Z ciężkim sercem przychodzi mi pisać do Ciebie. (…) Wiesz dobrze, że zawsze z największym szacunkiem odnosiłem się do Was, a do Ciebie szczególnie, jako Wasz katecheta. Jest rzeczą oczywistą, że nie mogę akceptować Twego postępowania.

To, co się wydarzyło, odbieram także jako moją osobistą porażkę. Pewnie nie potrafiłem w pełni pokazać wartości płynących z czystego sumienia i prawego życia. Może moja postawa jako człowieka i księdza nie była zawsze wystarczająco jednoznaczna. A moje świadectwo życia dla Pana Boga i dla Was nie w pełni autentyczne. Serdecznie za to Ciebie przepraszam. Bóg mi świadkiem, że chciałem się wywiązać z obowiązków nałożonych na mnie jak najlepiej. Zawsze odbierałem i odbieram Ciebie jako człowieka inteligentnego i wrażliwego. Nie tracę nadziei, że sam dojdziesz do pozytywnych wniosków, co pozwoli Ci być po prostu dobrym człowiekiem. Chciałbym wciąż tak o Tobie myśleć, a także byś Ty mógł tak myśleć o sobie. (…)

Nie daj sobie wmówić, że wszystko przegrane i że nie warto być dobrym. Z pewnością teraz dostrzegasz, jak wielką wartością są takie zwykłe rzeczy, jak: dom, najbliżsi, przyjaciele, zwykły obiad, spacer itp. Wiesz dobrze, jak bardzo kochają Cię Twoi bliscy: mama, tata, bracia. Mam stały z nimi kontakt, szczególnie z tatą, on kocha Cię mocno, choć pewnie nie zawsze umiał to pokazać. (…)

Pragnę Cię zapewnić o życzliwości wielu ludzi, którzy na Ciebie czekają, także nauczycieli. Myślę, że czułeś, jak mi na Tobie zależało i zależy. Modlę się dużo w Twojej intencji, byś wyszedł na prostą. Nie upieraj się, nie bądź w głupi sposób twardzielem. Teraz wiele zależy od Ciebie. Zapewniam o mojej nieustannej względem Ciebie życzliwości i przyjaźni. Wierzę w Ciebie i nadal Ci ufam. Chciałbym, byś wiedział, że możesz na mnie polegać, ale także że nie przestanę od Ciebie wymagać.

Ściskam Cię mocno…

Z Panem Bogiem…

(…)

Patryk Galewski sensu szuka na korytarzach puckiego hospicjum. Rozmawia z pacjentami. Wchodzi w ich życie. Maluje paznokcie umierającej pani Hildzi. Albo przynosi po kryjomu maślankę pani Reginie, która do końca wierzyła, że pokona raka. Zapamięta pana Stasia, emerytowanego policjanta, który opowiada mu historię swojego życia, a potem wręcza pieniądze i prosi o zrobienie zakupów. Pierwsza poważna próba – zniknąć z pieniędzmi czy

przynieść zakupy – wypada pozytywnie. Patryk przygotowuje posiłki dla pacjentów, ale też dla księdza. Kiedy w hospicjum zjawiają się – na przykład w charakterze wolontariuszy – młodzi ludzie, duchowny potrafi rzucić: „Pokaż im dziary, nawrócony kryminalisto”.

Patryk: – Czułem się potrzebny. Choćby wtedy, jak rozmawiałem z umierającym samotnie panem Józefem, który nalewając kupione przeze mnie wino, mówił ze łzami, że tak bardzo chciałby wrócić do momentów swojego życia, gdy podjął złe decyzje.

(…)

Żona Patryka zachodzi w ciążę pod koniec 2015 roku. Odwiedzają go razem na początku roku 2016. „Nie wiem, czy dożyję” – słyszą w odpowiedzi na prośbę, by ochrzcił ich dziecko.

Przychodzą jeszcze na początku marca, do mieszkania jego rodziców w Sopocie. Nasz syn – mówią – będzie miał na imię Jan…

– Patrzę teraz rano, jak się budzi, uśmiecha i doświadczam autentycznego szczęścia – mówi Patryk. – Czuję wtedy przenikającego mnie Jana. Narodziłem się (…) na nowo. Dzięki Janowi, pani Eli z hospicyjnej kuchni, Ani Jochim-Labudzie, która teraz kieruje hospicjum. Oni mi dali miłość.

Cała historia w książce „Jan Kaczkowski. Biografia” wznowionej niedawno przez Wydawnictwo WAM, którą można kupić TUTAJ >>

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Przemysław Wilczyński / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]