Ministra edukacji osiągnęła nienotowany dotąd sukces na polu ekumenicznym, godny jakiejś prestiżowej nagrody. Po raz pierwszy nie tylko w III RP, ale w historii nowożytnego państwa polskiego Kościoły tak różne jak katolicki i wiele mniejszościowych wystąpiły wspólnie. Przeciw rządowi – ironizuje prof. Paweł Borecki, specjalista z zakresu prawa wyznaniowego na Wydziale Prawa i Administracji UW.
– Nie chodzi wyłącznie o Kościoły i katechetów. Przecież uczniowie chodzący na religię to dzieci podatników łożących na polską edukację – mówi Tomasz Poćwiardowski, bydgoski katecheta z 23-letnim stażem, sekretarz zarządu Stowarzyszenia Katechetów Świeckich, które protestuje przeciw zmianom w organizacji lekcji religii.
„Już skończyły się czasy, które oglądaliśmy przez osiem lat, a może i czasem więcej, że to episkopat, że to biskupi pisali prawo” – powtarza, gdzie tylko może, ministra edukacji Barbara Nowacka (cytat z „Rozmowy Piaseckiego” w TVN24).
O co chodzi w wojnie o szkolną katechezę?
Poszło o rzecz relatywnie błahą: możliwość łączenia na lekcji religii dzieci z różnych klas i oddziałów. Dotąd też było to możliwe, ale tylko w sytuacji, gdy w danej klasie chęć uczęszczania na katechezę zgłosiło mniej niż siedmioro uczniów. Od 1 września można kojarzyć także grupy liczniejsze niż siedmioosobowe – byle nowo utworzona grupa nie liczyła więcej niż 28 dzieci (a w klasach 1-3 – 25). W dodatku możliwe będzie łączenie nie tylko różnych klas, ale i oddziałów – na religię będą mogły teoretycznie chodzić ze sobą dzieci np. z klasy pierwszej i trzeciej, albo czwartej i szóstej.
– To potencjalnie ogromna zmiana – mówi Tomasz Poćwiardowski. – Jest przecież jakiś program nauczania, który w ramach trzech klas, np. czwartej i szóstej, ciężko będzie spiąć. Słyszałem kontrargument, że takie sytuacje już się zdarzają, np. w nauczaniu domowym, tyle że tam mowa o kilkorgu uczniach, a tutaj będzie trzeba ogarnąć nawet dwadzieścioro ośmioro. Może się to okazać niewykonalne.
MEN odpowiada: nowe rozporządzenie to nie nakaz łączenia grup, ale stworzenie takiej możliwości. Dla dobra uczniów i organizacji lekcji w szkołach. Czy zgodne z prawem? „Minister właściwy do spraw oświaty i wychowania w porozumieniu z władzami Kościoła Katolickiego i Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego oraz innych Kościołów i związków wyznaniowych określa, w drodze rozporządzenia, warunki i sposób” organizacji lekcji religii – głosi ustawa o systemie oświaty. Problem w tym, że MEN oraz Kościoły inaczej interpretują owo „porozumienie”. Barbara Nowacka powtarza, że przedstawiciele resortu spotykali się z duchownymi nie raz, uwzględniając nawet niektóre ich postulaty. Kościoły twierdzą, że zmiany im narzucono.
Prof. Borecki, którego trudno posądzać o klerykalne odchylenie (mówił np. nie tak dawno na łamach „TP”, że „Kościół katolicki od 1990 r. (...) zgodnie z tzw. taktyką salami, wszędzie tam, gdzie się tylko da, usiłuje nadawać przedmiotowi nominalnie dobrowolnemu wszelkie cechy lekcji obowiązkowej”), przyznaje tu rację Kościołom. W wydanej dla Polskiej Rady Ekumenicznej ekspertyzie dowodzi, że każda zmiana zasad nauczania religii wymaga aprobaty zainteresowanych. „W świetle genezy historycznej ustawy z dnia 7 września 1991 r. o systemie oświaty (…) nie sposób ograniczać znaczenia sformułowania »w porozumieniu« tylko do wymogu zasięgnięcia przez organ prawotwórczy [ministra edukacji] opinii zainteresowanych Kościołów i innych związków wyznaniowych (…) To wymóg znacznie dalej idący, oznaczający konieczność wypracowania konsensu ze związkami wyznaniowymi” – pisze prof. Borecki.
A w rozmowie z „Tygodnikiem” dodaje: – Pani minister złamała konwenans prawotwórczy istniejący od 32 lat. Nawet minister Czarnek, będący kimś w rodzaju „psa łańcuchowego” episkopatu, nie posuwał się tak daleko. Teraz każdy Trybunał Konstytucyjny, czy to ten Julii Przyłębskiej, czy jakikolwiek inny, musi rozporządzenie obecnego ministerstwa edukacji odrzucić. Choćby tylko ze względów formalnych.
Na razie TK wydał zabezpieczenie, czyli zawiesił stosowanie rozporządzenia MEN. Resort edukacji nic sobie jednak z tego nie robi, odpowiadając, że zabezpieczenie „nie wywołuje skutków prawnych”. Wojenka trwa i będzie trwała jeszcze długo (wedle prof. Boreckiego Kościoły mogą nawet – i to skutecznie – wystąpić w tej sprawie do instancji międzynarodowych, np. Trybunału w Strasburgu).
Co ciekawe jednak, na poziomie funkcjonowania szkół rozstrzygnięcie tego sporu zdaje się nie mieć większego znaczenia.
Katecheci mogą stracić pracę, ale nie teraz
W Polsce na lekcje religii, pomimo spadkowego trendu, nadal chodzi około 80 proc. uczniów, a w podstawówkach frekwencja ta jest nawet wyższa. Oznacza to, że w przeciętnej polskiej klasie katechezę opuszcza ledwie kilka osób. Tymczasem by nowe rozporządzenie MEN mogło wywołać skutki, grupa „katechetyczna” musiałaby być zdziesiątkowana. To u nas nadal – nie licząc wielkomiejskich szkół ponadpodstawowych – rzadkość.
Takie jest też stanowisko wielu dyrektorów szkół. Zapytana przez PAP o rozporządzenie MEN Izabela Leśniewska, prezeska Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty, zdała krótką relację ze swoich rozmów z szefami placówek: „Właściwie 100 proc. odpowiedzi to: (…) »nic to kompletnie nie zmieniło na dzisiaj, na ten rok szkolny«”.
Z kolei rzeczniczka Związku Nauczycielstwa Polskiego, w którym zrzeszeni są niektórzy katecheci, zapewnia w rozmowie z „TP”, że w tym roku szkolnym nierealna jest również inna groźba, na którą wskazują nauczyciele religii: groźba zwolnień. – W tej chwili stan zatrudnienia nie może się zmienić. Zwalnianie w polskich szkołach odbywa się do końca maja, bo do tego terminu dyrektorzy kompletują kadrę pod kątem arkusza organizacyjnego zawierającego liczbę godzin danego przedmiotu. A w maju tego roku obowiązywało jeszcze stare rozporządzenie dotyczące religii – mówi Magdalena Kaszulanis.
O ile jednak obecne rozporządzenie MEN nie wpłynie na szkoły, kolejne – te mające wejść w życie w przyszłości – mogą dotychczasowy porządek wywrócić do góry nogami. W tym sensie trwająca obecnie burza wokół organizacji katechezy stanowi tylko przedsmak tego, co czeka nas w ciągu kilku miesięcy. Chodzi głównie o mającą obowiązywać od września 2025 roku redukcję lekcji religii z dwóch tygodniowo do jednej.
Dyrektorzy już wiosną przyszłego roku mogą zareagować na nowe przepisy zwolnieniami.
Jaki los spotka szkolną katechezę i nauczycieli?
– Oferujemy pomoc tym katechetom, którzy są naszymi członkami – deklaruje Magdalena Kaszulanis z ZNP. – Będziemy starali się wypracować idealne rozwiązanie w każdym pojedynczym przypadku, bo jako Związek mamy prawo opiniować arkusze organizacyjne na poziomie konkretnej szkoły – dodaje, przyznając jednak, że w największej nauczycielskiej centrali związkowej w Polsce nie ma wielu nauczycieli religii.
Co z pozostałymi? W Polsce tego przedmiotu uczy niemal 30 tys. katechetów, z czego ponad 60 proc. stanowią świeccy – dla nich praca w szkole to często jedyne źródło dochodu.
– Jestem najstarszy stażem, raczej nie boję się utraty zatrudnienia, ale koledzy i koleżanki są mocno przestraszeni. Nierzadko zdarzają się małżeństwa, w których dwie osoby są katechetami – mówi Tomasz Poćwiardowski.
Co na to MEN? Barbara Nowacka powtarza, że resort nie zostawi nauczycieli bez wsparcia. Rzecznik resortu Piotr Otrębski precyzuje, że jeszcze w tym roku akademickim pojawią się bezpłatne studia podyplomowe, po których ukończeniu nauczyciele (także katecheci) będą mogli zyskać nowe specjalizacje. Chodzi m.in. o edukację zdrowotną, czyli nowy szkolny przedmiot, informatykę, niektóre przedmioty zawodowe, a także pedagogikę specjalną i wczesne wspomaganie rozwoju dzieci.
Co nowa sytuacja zmieni w życiu uczniów? Wiele mogą zyskać ci niechodzący na religię. Dotąd dobry obyczaj, polegający na umieszczaniu – nieobowiązkowej przecież – religii tylko na początku i końcu dziennego planu lekcji, był przez dyrektorów i proboszczów notorycznie łamany. Płacili za to właśnie nieuczęszczający na religię i etykę – „okienka” oznaczały często godzinną bezczynność w środku dnia. Nowe zasady wprowadzane przez MEN (i tegoroczne, i przyszłoroczne) mogą to zmienić, ułatwiając będące zwykle orką na ugorze konstruowanie planu lekcji.
Co z chodzącymi na religię? Kluczowe pytanie brzmi: którzy z pracujących obecnie katechetów pozostaną w szkołach, by spędzać ze swoimi uczniami pozostałe 45 minut religii opłacanej nadal przez państwo? Ci lepsi, bardziej zaangażowani i pomysłowi, czy może – w zgodzie ze znaną zasadą negatywnej selekcji – ci, którzy nie będą mieli na siebie pomysłu lepszego niż trwanie?
– Jest sporo katechetów, którzy mają inne kwalifikacje, i oni już często rezygnują z nauczania religii – mówi Tomasz Poćwiardowski. – To źle wróży na przyszłość: ci mogący też uczyć innych przedmiotów to często dobrzy katecheci, mający szerokie horyzonty i wykraczające poza religię spojrzenie na świat. Boję się, że właśnie tacy będą odchodzić. Polscy nauczyciele nie są przygotowywani do pracy w taki sposób.
Najwięcej znaków zapytania jest na razie przy reakcji Kościoła na nową sytuację. Czy krótka kadrowa kołdra sprawi, że katecheci-duchowni ustąpią miejsca świeckim, czy wprost przeciwnie? Czy Kościół zorganizuje drugą lekcję katechezy na własny koszt? A jeśli tak, to gdzie? Salek katechetycznych w niektórych parafiach brak, w innych są wynajmowane komercyjnie. Nowa sytuacja – choć stosunkowo łatwa do przewidzenia – zaskoczyła Kościół jak zima drogowców. A jedyną reakcją, na jaką tę instytucję na razie stać, jest przećwiczone po wielokroć wznoszenie szańców „w obronie religii”.
To na niewiele się już zda.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















