Chris Niedenthal: Trzeba stać we właściwym miejscu

W dobrym zdjęciu chodzi o trafiony punkt, o zatrzymany w idealnym momencie gest.
Czyta się kilka minut
Para młoda wychodząca z kościoła przed wyborami w maju 1989 r. // Fot. Chris Niedenthal / Forum
Para młoda wychodząca z kościoła przed wyborami w maju 1989 r. // Fot. Chris Niedenthal / Forum

Jacek Taran: Mamy dobre światło?

Chris Niedenthal: Słoneczny dzień, lekkie zachmurzenie – idealna pogoda na fotografowanie krajobrazu albo miasta. Z portretem byłoby trudniej, bo jest zbyt kontrastowo.

Jakie światło jest najlepsze?

Polska ma w ogóle bardzo bogate światło, dysponuje całą jego paletą. Nie chciałbym mieszkać w tropikach, robić zdjęcia w nieustannie mocnym słońcu – to byłoby nudne.

A co znaczy być fotoreporterem?

To styl życia. Z jednej strony ciężka praca, również fizyczna, a z drugiej, jeśli fotografia jest twoją pasją, masz dużo zabawy. Fotografowie w ogóle są jak dzieci, które zawsze pragną nowej zabawki. Uwielbiają najnowsze aparaty, obiektywy. Wielką zaletą naszej pracy jest także to, że możemy zwiedzać świat, być świadkami tworzącej się historii.

Załapałem się na końcówkę najlepszych czasów dla fotoreporterów, schyłek pewnej epoki. Pracowałem dla magazynów „Time”, „Newsweek”, „Der Spiegel”. Redakcje ceniły nas, ceniły fotografię i walczyły o to, by mieć jak najlepsze zdjęcia. Koszty nie grały roli. Potrzebujesz lecieć do Samarkandy? Proszę bardzo. 

Dziś, choć robienie zdjęć jest coraz łatwiejsze, dla fotografów nadeszły dość trudne czasy.

To prawda. Nie musimy targać czterdziestu rolek filmu, sprzęt jest coraz dokładniejszy, ale – po pierwsze – właściwie nie ma gdzie drukować zdjęć, a po drugie – zdjęcia wcale nie są lepsze. W prasie nie ma już wielkich rozkładówek, fotoreportaży, inne są też niestety stawki. Wielu ludzi chce robić zdjęcia, tylko co z nimi potem robić?

Zawód bez przyszłości?

Prasa jest głównie w internecie, a dla fotografa internet nie jest takim samym medium jak papier. Nie zazdroszczę tym, którzy dziś zaczynają. Młodym fotografom mówię, że będzie im ciężko, ale żeby mimo wszystko robili swoje i uczyli się na własnych błędach. Tym bardziej że ta nauka nie jest już tak kosztowna, jak kiedyś. Sam z niechęcią przeszedłem na cyfrę i do tej pory trudno mi uwierzyć, że na małej plastikowej karcie mieści się nie 36 klatek, a kilkaset.

Dzisiejsze prawo też jest dość okrutne dla fotografów. Tzw. RODO to śmierć fotografii ulicznej, być może w ogóle fotografii reporterskiej. Proszenie o zgodę na fotografowanie nie ma sensu – jak poprosisz, to już nie masz zdjęcia, bo ludzie albo się nie zgadzają, albo zaczynają pozować.

Tymczasem ja lubię cichutko się kręcić i nie zawracać nikomu głowy. Przechodnie nawet nie wiedzą, że zrobiłem im zdjęcie, i o to właśnie chodzi.

Trudno ludziom odmawiać prawa do decydowania o tym, gdzie pojawi się ich wizerunek.

W miejscu publicznym nikt nie ma praw do swojego wizerunku. Ludzie często się buntują, a potem sami publikują mnóstwo zdjęć w mediach społecznościowych. Służby miejskie też cały czas nas filmują na ulicy. 

Czy młody fotoreporter ma dzisiaj szansę na międzynarodową karierę?

Jest to na pewno o wiele trudniejsze niż pięćdziesiąt lat temu. Ja miałem łatwo, wkradłem się do wielkich tygodników dzięki temu, że byłem tu, w Polsce, a nie w Londynie. I w pewnym sensie dzięki Janowi Pawłowi II. Wybór polskiego papieża niespodziewanie otworzył mi drogę do kariery. 

Opowiedz.

Krzysztof Bobiński, wówczas korespondent „Financial Times”, polecił mnie korespondentowi „Newsweeka” z Bonn. Facet przyjechał do Polski miesiąc po wyborze Wojtyły na papieża i chciał napisać tekst o polskiej religijności. Krzysztof powiedział mu, że jest taki Niedenthal, który mówi po angielsku i potrafi robić zdjęcia. Gdybym miał chodzić po redakcjach i błagać o spotkanie, pokazywać swoje portfolio i ciągle słyszeć – nie dzwoń, my zadzwonimy – byłoby mi trudno.

Tytuł Twojej najnowszej książki „Właściwy moment – pół wieku z fotografią” to nawiązanie do bressonowskiego pojęcia „momentu decydującego”. Co ono znaczy dla Ciebie?

Myślę podobnie jak Henri Cartier-Bresson. W dobrym zdjęciu chodzi o trafiony punkt, o zatrzymany w idealnym momencie gest. Oczywiście w dobrze skomponowanym kadrze. Nie wiem, czy jestem dobry w łapaniu momentu, ale tak właśnie starałem się zawsze patrzeć na fotografię.

Krzysztof Miller mówił o momencie „niedecydującym”. Ubolewał, że zdjęcia rzadko zmieniają świat.

Jeszcze w czasie wojny w Wietnamie to się mogło zdarzać. Słynne zdjęcie Nicka Uta znane jako „Napalm Girl” [niedawno Fundacja WPP podważyła autorstwo tego zdjęcia – przyp. red.] rzeczywiście miało taki efekt. Po jego publikacji ludzie zaczęli mieć wątpliwości co do sensu tej wojny. Ale już zdjęcie Kevina Cartera z sępem i głodującym dzieckiem nie zatrzymało fali głodu, miało za to tragiczny wpływ na jego własne życie. 

Czy dziś kogokolwiek poruszają zdjęcia z wojny w Ukrainie? Oczywiście, że tak. Ale czy są w stanie wpłynąć na decyzję o zakończeniu działań wojennych? Moje zdjęcie „Czas apokalipsy” też niczego nie zmieniło, choć przykleiło się do mnie na zawsze.

A czy zdjęcia zmieniły coś w Tobie?

To, że zostałem fotografem, miało ogromny wpływ na mnie i moje życie. Decyzja podjęta kilkadziesiąt lat temu, żeby przyjechać do Polski i zobaczyć z bliska kraj rodziców, była kontrowersyjna. Miałem tu być przez kilka miesięcy, a jestem już pięćdziesiąt dwa lata. Nie żałuję ani trochę, bo to zbudowało moją karierę i mnie jako fotoreportera. A może nawet jako człowieka.

W roku 1973 to była decyzja właściwie szalona.

Absolutnie, wszyscy mieli mnie za wariata. Chcieli stąd wyjechać, a ja starałem się za wszelką cenę zostać. Na szczęście moi rodzice nie należeli do tej części Polonii londyńskiej, która zabraniała swoim dzieciom wyjeżdżać do Polski. Nie przeszkadzali mi poznawać kraju przodków, co było dla mnie wtedy bardzo pociągające. Pewnie było im ostatecznie trochę smutno, kiedy powiedziałem bye-bye London. Ta decyzja, naiwna i nieprzemyślana, okazała się jednak najlepszą w życiu. 

Zostałeś kronikarzem najważniejszych polskich wydarzeń.

Rzeczywiście, tak wyszło, choć tego nie planowałem. Ja w ogóle mało rzeczy planuję. Wszystko działo się samo, kwestia szczęścia.

Miałeś go sporo.

Kiedy w 1978 r. Karol Wojtyła został papieżem, zrozumiałem, że jestem w dobrym miejscu i czasie, a do tego potrafię w miarę nieźle fotografować. Wiedziałem, że coś się zaczyna w Polsce zmieniać.

W pracy fotoreportera przypadek odgrywa bardzo ważną rolę. Jednym z najważniejszych zadań jest umieć wykorzystać ten przypadek i zaprzęgnąć go do własnej roboty. I jeszcze do tego trzeba stać w dobrym miejscu, a to często jest najtrudniejsze.

Co Cię w Polsce pociągało?

Młodzież, którą wolałem bardziej niż tę londyńską. Tam dzieciaki wszystko miały na wyciągnięcie ręki. Chcesz wywoływacz albo utrwalacz? Proszę bardzo – idziesz do sklepu i kupujesz. Natomiast w Polsce każdy musiał zawalczyć o to, żeby coś zdobyć. Trzeba się było nakombinować, żeby kupić film. Styl życia oparty na tym, że ciągle musisz o coś walczyć, załatwiać, że nie możesz się poddać, bo wtedy niczego nie osiągniesz – to mi bardzo imponowało. Myślę, że takie nieustępliwe podejście do życia jest słuszne. Ciężkie życie tworzy świetnych ludzi.

A Polska po 1989 roku?

Wiedziałem, że to przejście będzie trudne, a okazało się chyba jeszcze trudniejsze, niż myśleliśmy. Polacy od razu zaczęli narzekać, marudzić, że nie tędy droga, że trzeba inaczej. A trzeba było po prostu wziąć się za robotę i pomóc. Ludzie są niecierpliwi.

Fotografowałeś protesty kobiet, protesty w obronie sądów i konstytucji. Czy były momenty, kiedy miałeś ochotę odłożyć aparat i przyłączyć się do protestujących?

Już fakt, że tam byłem, to jakaś forma opowiedzenia się, wsparcia sprawy. Mógłbym przecież tego nie zauważać, a jednak poszedłem tam z aparatem, bo te chwile protestów wydawały mi się bardzo ważne, może nawet najważniejsze po 1989 r. Ludzie często podchodzili do mnie, żeby podziękować za to, co robiłem kiedyś, lata temu, i za to, że jestem teraz z nimi. 

Za komuny oczywiście nie mówiłem, kogo popieram, bo raz, że było to dość oczywiste, a dwa, że pracując dla poważnych, zagranicznych czasopism, musiałem być neutralny. Teraz już dla nikogo nie pracuję, więc się wypowiadam. Mam tę swobodę i wolność, na którą pracowałem przez lata. Ale żeby wykrzykiwać hasła i wymachiwać banerami – to jednak nie w moim stylu.

Protest po śmierci Doroty z Nowego Targu. Warszawa, 14 czerwca 2023 r. // Fot. Chris Niedenthal / dzięki uprzejmości autora

A marsze niepodległości?

Fotografowałem ten dzień raz czy dwa jeszcze przed 1989 r., kiedy to było w ogóle zabronione, a marsze były nielegalne. A kilkadziesiąt lat później? Pamiętam taki 11 listopada – wracałem ze zdjęć i raptem w Śródmieściu zaczęli się zbierać ludzie, szli przez miasto, krzyczeli. Zobaczyłem z bliska, jak to wygląda. Akurat nie było co prawda żadnej bijatyki, ale te wszystkie race i twarze w maskach – to było odpychające. Zrobiłem w miarę niezłe zdjęcia, choć jak zwykle – w ogóle tego nie planowałem. Czasami to, co nam się nie podoba, czego nie akceptujemy, jest jednak fotogeniczne.

Wojna jest fotogeniczna?

Dla niektórych tak, ale ja nigdy nie chciałem być fotografem wojny. I chociaż pracowałem na początku wojny bałkańskiej, szybko zdecydowałem, że to nie dla mnie. Jak zobaczyłem, co lata mi nad głową i spada koło mnie, pomyślałem – no nie, czas do domu. Za fotografowanie wojny można zapłacić wysoką cenę. Nie wiem, czy jakieś zdjęcie jest tego warte.

Oczywiście, gdyby tutaj była wojna, to inna sprawa, bo jesteś u siebie i nie można po prostu uciec. Podczas stanu wojennego nikt nie wiedział, co się właściwie stało i co się stanie. 

Zdarzają się łzy?

Tak. Tyle że ja wzruszam się banalnymi sprawami, nie tylko upadkiem muru w Berlinie czy pielgrzymką papieża do Polski. 

Fotografowałem kiedyś roczną dziewczynkę, którą papież w 1979 r. podniósł na rękach na Jasnej Górze. Ona zaczęła płakać, bo maluchy nie lubią być podnoszone i ściskane przez obcych. Po latach, kiedy papież miał po raz kolejny przyjechać do Polski, Agencja Forum poprosiła mnie, żeby przygotować wybór zdjęć z jego poprzednich pielgrzymek, akurat to zdjęcie znalazło się potem w „Vivie” na całej stronę. Rodzice napisali wówczas do redakcji, prosząc ją o kontakt do mnie – chcieli odbitkę zdjęcia na pamiątkę. Pojechałem więc do Wrocławia zrobić reportaż o tej dziewczynie, była już dorosła, studiowała weterynarię. Przyznam, że było to jedno z bardziej wzruszających przeżyć w moim zawodowym życiu.

Potem jeszcze raz fotografowałem tę dziewczynę, gdy papież przyjechał do Polski po raz ostatni. Wziąłem ją na mszę na krakowskich Błoniach. Założyła na głowę tę samą chustkę, co kiedyś na Jasnej Górze, wiele lat wcześniej. 

Takich historii było więcej.

Jest takie zdjęcie zrobione w czasie strajku studentów Uniwersytetu Łódzkiego. Rok 1981. Chłopak stoi przy wieszakach w szatni, ale na hakach zamiast płaszczy wiszą kiełbasy. Dziwnie, prawda? Kiedy go fotografowałem, myślałem, że pilnuje równego podziału kiełbas. Lata później, na którejś wystawie pojawił się starszy pan, który okazał się tamtym studentem. Wytłumaczył mi, że wcale nie pilnował mięsa, tylko zgłodniał i przyszedł sobie odkroić kawałek kiełbasy do zjedzenia, to był prowiant dla strajkujących. 

Bogusław Święcicki na strajku okupacyjnym studentów Uniwersytetu Łódzkiego. Łódź, luty 1981 r. // Fot. Chris Niedenthal

Zatem zdjęcia mogą mieć jednak wpływ na czyjeś życie, zmieniają świat w skali mikro. 

Wiesz, ludzie nazywają mnie gawędziarzem, co mnie zawsze dziwi, bo nigdy nie lubiłem dużo gadać, jestem raczej cichy. Ale jak pokazuję zdjęcia i zaczynam o nich mówić, to okazuje się, że opowiadam jednak jakąś historię. Historię świadka, który był w miejscu zdarzeń. 

Nie chcę umniejszać pracy dziennikarzy, bo też muszą być w centrum akcji, ale reporter może napisać tekst zza biurka na podstawie depeszy i własnych przemyśleń, a fotoreporterzy i ekipy telewizyjne muszą być zawsze na miejscu, czasami w samym środku tragicznych wydarzeń, tam gdzie jest najgoręcej. Inaczej nie zrobią materiału.

Bogusław Święcicki i Chris Niedenthal - spotkanie po latach podczas promocji albumu "Niedenthal fotografuje Łódź". 14 marca 2025 r. // Archiwum prywatne Niedenthala

Opowiadasz w domu, co fotografowałeś?

Na początku nie potrafiłem. Wracałem do domu i niczego nie mogłem opowiedzieć. Czasami dlatego, że było tak ciekawie, że po prostu brakowało mi słów. Czy to był plac Tiananmen w Chinach w 1989 r., czy mur padający w Berlinie, czy rakieta startująca na Bajkonurze – jak o tym opowiedzieć? I po co, skoro mam zdjęcia?

Czasami sam nie potrafię od razu wrócić do świeżo zrobionych zdjęć. Pracowałem kiedyś nad wystawą o dzieciach niepełnosprawnych intelektualnie „TABU – portrety nie portretowanych”. Mam w rodzinie takiego chłopca, więc byłem przyzwyczajony do obcowania z dzieckiem, które nie widzi, nie słyszy, nie mówi, nie chodzi... Jednak po sesjach dawałem filmy do wywołania i nie mogłem przez jakiś czas wrócić do zdjęć. 

Podchodzisz bardzo blisko fotografowanych.

Używam aparatu z szerokim obiektywem, więc siłą rzeczy muszę podchodzić blisko i, owszem, czasami muszę się przełamać. Ale fakt, że nie zawsze pokazuję emocje, nie znaczy, że ich nie mam. Tylko na zewnątrz bywam czasami trochę „pokerowy”. W tym zawodzie dobrze jest być po prostu chłodnym Anglikiem.

Chris Niedenthal. Warszawa, 29 marca 2025 r. // Fot. Jacek Taran

CHRIS NIEDENTHAL, ur. 1950 w Londynie w rodzinie polskich emigrantów. Fotograf i fotoreporter, absolwent London College of Printing. Od 1973 r. mieszka w Polsce. Dokumentował kluczowe momenty PRL, m.in. narodziny Solidarności, strajk w Stoczni Gdańskiej, stan wojenny i wizyty Jana Pawła II. Pracował dla „Newsweeka”, „Time'a”, „Der Spiegel” i in. Członek ZPAF. W 1986 r. otrzymał nagrodę World Press Photo za portret Jánosa Kádára.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 26/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Ten moment