Lista obecnych i nieobecnych była znamienna. Z udziału w tej jerozolimskiej konferencji zrezygnował naczelny rabin Wielkiej Brytanii. Nie przyjechali też przedstawiciele wiodących organizacji diaspory żydowskiej – takich jak Europejski Kongres Żydowski, Europejska Konferencja Rabinów, Amerykański Komitet Żydowski czy Liga przeciw Zniesławieniom.
Byli natomiast Jordan Bardella, lider francuskiego Zjednoczenia Narodowego (ugrupowania dynastii Le Penów), i eurodeputowana Marion Maréchal (wnuczka Jeana-Marie Le Pena, aspirująca do bycia „kontynuatorką jego misji”). Byli delegaci ugrupowań narodowych z Hiszpanii (Vox), Holandii (Partia Wolności), Węgier (Fidesz) i Szwecji (Szwedzcy Demokraci). Jak też przedstawiciele europejskich prawicowych mediów.
Prócz nich stawili się reprezentanci ruchu MAGA ze Stanów Zjednoczonych, a nawet postaci tak nieoczywiste jak Milorad Dodik (prorosyjski separatystyczny serbski polityk z Bośni i Hercegowiny, obłożony sankcjami USA) czy były prezydent Paragwaju Horacio Cartes (także pod sankcjami).
Czy narodowa prawica nagle pokochała Izrael?
Wydarzenie, o którym mowa, to konferencja o walce z antysemityzmem, zorganizowana pod koniec marca w Izraelu pod hasłem „Ambasadorowie prawdy”. Jej inicjatorem były władze państwowe, a głównym mówcą premier Netanjahu.
Przedsięwzięciu od początku towarzyszyły kontrowersje, a długa lista nieobecnych nie była przypadkowa. Zaproszenie europejskiej prawicy spotkało się nie tylko z bojkotem ze strony wielu organizacji żydowskich, ale także z ich – nieczęstą – publiczną krytyką pod adresem izraelskiego rządu.
Ariel Muzicant, prezes Europejskiego Kongresu Żydowskiego (EJC), stwierdził, że jest to „cios w plecy europejskiego żydostwa”. W liście do „Jerusalem Post” wyjaśniał: „Od 80 lat walczymy z antysemityzmem, negowaniem Holokaustu i konsekwencjami Szoa. Partie skrajnie prawicowe w Europie były w tej walce naszymi najgorszymi przeciwnikami. Wielu ich funkcjonariuszy i liderów wspierało negowanie Holokaustu i promowało antysemickie stereotypy”.
Muzicant dodał, że choć niektórzy przedstawiciele środowisk skrajnie prawicowych deklarują dziś wsparcie dla Izraela, to „ich motywacją do przyjazdu na konferencję nie jest miłość do Izraela ani ochrona Żydów, ale chęć zdobycia pieczęci koszerności”. Podkreślił też, że ugrupowania te często kwestionują zasady liberalnej demokracji, praworządność, a także prawa człowieka czy wolność prasy. Wartości te są zaś – jak pisał – dla żydowskich społeczności w diasporze „tlenem niezbędnym do przetrwania”.
Izraelski minister wzywa Europę do naśladowania Trumpa
Mimo krytyki ze strony tak diaspory, jak i (topniejącej) liberalnej części izraelskiej opinii publicznej, konferencja odbyła się zgodnie z planem i – obok kontrowersyjnych gości – zgromadziła działaczy i aktywistów z Europy, USA, Kanady, Australii czy RPA.
Otworzyło ją nagranie, w którym jako „ambasadorowie prawdy” przedstawieni zostali – ze względu na ich proizraelskie wypowiedzi – m.in. holenderski polityk Gert Wilders, prezydent Donald Trump, prezydent Argentyny Javier Milei oraz premier Viktor Orbán.
Następnie gospodarz wydarzenia – minister Amichaj Szikli, odpowiedzialny m.in. za kontakty z diasporą – powitał uczestników i przeprosił prawicowych delegatów z Europy „za kłamstwa szerzone na ich temat” przez oszczerców państwa Izrael; wśród tych rzekomych oszczerców wymienił liberalną izraelską gazetę „Haaretz”.
Swoje przemówienie Szikli poświęcił głównemu zagrożeniu dla współczesnego świata, jakim w jego ocenie jest radykalny islam (względnie „islamo-nazizm”). Ideologia, która – jak twierdził – jest obecna w Koranie i sięga korzeniami początków historii islamu, a obecnie szerzy się nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale też w Europie.
To ostatnie za sprawą imigrantów i europejskiej lewicy, która reprezentuje „moralny upadek Zachodu”. Na zakończenie Szikli wezwał Europę do naśladowania Trumpa i „natychmiastowego wydalenia popleczników Hamasu i Hezbollahu”, jak też obcięcia finansowania dla uniwersytetów, które ich tolerują.
Premier Netanjahu w swoim wystąpieniu dziękował obecnym, że „stoją po stronie sił cywilizacji, przeciw siłom barbarzyństwa”. Stwierdził, że wirus antysemityzmu – pokonany 80 lat temu – odrodził się za sprawą islamistycznych nosicieli w Iranie, Jemenie, Libanie i Gazie. Ostrzegł wreszcie: „Podczas gdy my walczymy z antysemickimi siłami wokół Izraela, płomienie antysemityzmu szaleją w sercu cywilizacji zachodniej. Szaleją w stolicach Europy, w zachodnich mediach, w mediach społecznościowych i na elitarnych uniwersytetach w Ameryce”.
Gdzie kończy się uprawniona krytyka Izraela, a zaczyna antysemityzm?
Dlaczego warto przyjrzeć się tej konferencji? Ponieważ kontrowersje jej towarzyszące dotykają pytań o to, czym jest współczesny antysemityzm, a także o to, kto może i powinien być sojusznikiem w walce przeciw niemu.
Władze Izraela rozmawiać chcą dziś przede wszystkim o tzw. nowym antysemityzmie. Czyli tym, który ma być wymierzony w Państwo Izrael, będące – według często powtarzanego określenia – „kolektywnym Żydem pomiędzy narodami”.
„Nowy antysemityzm” nie ma jednej definicji, a sama jego koncepcja jest sporna. Budzi bowiem obawy o jej instrumentalizację w celu uciszania krytyki. Poza tym mowa tu jednak o państwie rozwiniętym, bogatym, z bronią nuklearną i jedną z najnowocześniejszych armii na świecie, wspieranym dodatkowo przez potęgę USA. A zatem takim, które potencjał zniesienia krytyki (choćby nawet i „nieproporcjonalnej”) ma wyjątkowo wysoki.
W uproszczeniu jednak stwierdzić można, że „nowym antysemityzmem” byłaby np. delegitymizacja izraelskiej państwowości jako takiej, stosowanie wobec Izraela standardów rażąco innych niż te stosowane wobec innych państw czy np. porównywanie go do III Rzeszy.
Problem jednak w tym, że wobec potępień spadających dziś na państwo żydowskie w związku z jego – udokumentowanymi (także przez izraelskich żołnierzy) – zbrodniami wojennymi w Gazie, z otwarcie formułowanym zamiarem wygnania z Gazy jej mieszkańców, z kolonizatorską polityką na Zachodnim Brzegu, władze Izraela za „antysemityzm” uważają już nie tylko krytykę „nieproporcjonalną”, ale de facto każdą krytykę.
Kto jest „nowym antysemitą” dla Benjamina Netanjahu
Antysemicki zatem i niewiarygodny jest więc – z perspektywy premiera Netanjahu – np. cały system ONZ. Włącznie z jego sekretarzem generalnym António Guterresem, a także jego biurami, agencjami i funduszami, w tym Światową Organizacją Zdrowia, Światowym Programem Żywnościowym, Biurem ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej czy agendą ds. dzieci UNICEF. W logice tej antysemickie są też – krytyczne wobec Izraela – takie kraje UE jak Irlandia, Hiszpania, Belgia czy Słowenia. Antysemicki jest Czerwony Krzyż i Czerwony Półksiężyc, a także Międzynarodowy Trybunał Karny (z powodu wydania nakazu aresztowania Netanjahu).
Niewiarygodne, bo rzekomo naznaczone uprzedzeniem, są dla władz Izraela organizacje humanitarne, jak Lekarze bez Granic, Oxfam czy Save the Children, jak i te skupione na prawach człowieka. Zarówno międzynarodowe (Amnesty czy Human Rights Watch), jak i izraelskie.
Wrogami prawdy są – według władz w Jerozolimie – media międzynarodowe, jak choćby brytyjskie BBC, Channel 4 i „Economist”, a także część mediów izraelskich (jak wspomniany „Haaretz”).
No i, naturalnie, niewiarygodni są Palestyńczycy – w ogóle, wszyscy, niezależnie od tego, gdzie mieszkają, jakie mają poglądy i co myślą o Hamasie.
Wyliczankę można ciągnąć. W skrócie: żadne instytucje ani żadne źródła informacji nie są wiarygodne, o ile nie są to instytucje izraelskie albo te wprost przez władze Izraela aprobowane.
Wśród nowych sojuszników Izraela są narodowcy z antysemicką przeszłością
„Ambasadorami prawdy” są natomiast – dla kontrastu – wszyscy ci, którzy niezależnie od pobudek politykę Izraela popierają, usprawiedliwiają czy relatywizują. A przynajmniej mają tych samych politycznych wrogów: muzułmanów, lewicę, liberałów, instytucje ładu międzynarodowego czy tzw. stare elity.
Sojusznikiem Izraela może być zatem ewangelikalny protestant z USA, który wierzy, że zwycięstwa izraelskiej armii torują drogę powtórnemu przyjściu Chrystusa. Może nim być wyznawca teorii „zderzenia cywilizacji”, upatrujący w islamie zagrożenia dla cywilizacji zachodniej. Może nim być antyimigrancki populista. Albo twardy narodowiec z antysemicką przeszłością, próbujący – jak sugerował Ariel Muzicant – uzyskać od Izraela „pieczęć koszerności”. Może to być Orbán, który na kwestionowaniu zasad liberalnej demokracji budował sobie karierę, jak też Dodik, który próbuje załatwić sobie zniesienie sankcji USA.
Wszyscy oni są do zagospodarowania, gdyż jak stwierdził minister Szikli: „Potrzebujemy każdego, kto gotów jest zakasać rękawy i walczyć razem z nami”. Tym bardziej jeśli mowa o siłach politycznych, które są u władzy (jak Fidesz na Węgrzech) albo mogą być za chwilę (jak narodowcy we Francji).
Polityka władz Izraela to coraz większy problem dla żydowskiej diaspory
Dlatego też lista gości jerozolimskiej konferencji nie jest incydentem, lecz przejawem trendu. Izrael od dawna bowiem buduje kontakty z europejską i pozaeuropejską prawicą. W lutym partia Netanjahu, Likud, przystąpiła jako obserwator do frakcji Patrioci dla Europy w Parlamencie Europejskim, w której są m.in. węgierski Fidesz, francuskie Zjednoczenie Narodowe, włoska Liga, holenderska Partia Wolności, Wolnościowa Partia Austrii czy polski Ruch Narodowy.
W efekcie zaś tymi, którzy bezwarunkowo dziś Izrael (takim, jak on jest) popierają, coraz częściej nie są wcale przede wszystkim Żydzi z diaspory. Było to widoczne np. w ostatnich wyborach prezydenckich w USA, kiedy na Donalda Trumpa –„największego przyjaciela Izraela w historii”, jak opisał go Netanjahu – zagłosowało tylko 20 proc. Żydów amerykańskich. O co nowy prezydent ma dziś do pozostałych 80 proc. otwarte pretensje. Znacznie bardziej niezawodni od amerykańskich Żydów okazali się amerykańscy ewangelikalni protestanci.
Natomiast dla żydowskich społeczności z diaspory – tych, dla których ważny jest nie tylko interes Izraela, lecz także obrona standardów demokracji w krajach, w których żyją, jak również rozmowa o ciemnych kartach XX-wiecznej historii – ten nowy krzepnący sojusz państwa żydowskiego z twardą prawicą jest coraz większym problemem.
Wychodzi bowiem na to, że walczyć z „nowym antysemityzmem” trzeba ręka w rękę z tymi, którzy jeszcze całkiem niedawno reprezentowali antysemityzm bezprzymiotnikowy. Można powiedzieć – ten klasyczny.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















