Pamiętam łzy, pamiętam tęsknotę. I niezrozumienie, dlaczego nie jestem z rodziną. Pierwsze święta były przykre, nie będę ukrywać. Ale to tutaj po raz pierwszy poczułam spokój. W domu rodzinnym święta kojarzyły mi się tylko z nerwami. Dopiero w placówce zrozumiałam, że awantury i alkohol to nie jest normalność. Że można żyć inaczej – mówi Klaudia Dąbrowska.
Ma 18 lat, w placówce opiekuńczo-wychowawczej w Zielonej Górze jest od czterech. W jej domu nie było warunków dla normalnego wychowywania się dzieci, dlatego młodszy brat trafił pod opiekę babci, a starszą siostrą zaopiekował się wujek. 14-letnią wówczas Klaudię zawieziono do domu dziecka. Do obcych ludzi, którzy dopiero mieli stać się bliscy.
Placówka, w której mieszka Klaudia, składa się z pięciu jednorodzinnych domków.
– Zamiast rodziców mamy wychowawców. Koledzy i koleżanki stali się rodzeństwem. Myślę, że funkcjonujemy jak taka wielka rodzinka. Czasem się kłócimy, czasem się śmiejemy, czasem jest fajnie, czasem gorzej. Wspieramy się, jak możemy, bo nasza sytuacja jest, jaka jest. Niełatwa – opowiada.

To wsparcie szczególnie potrzebne jest w okresie świątecznym. – Większość dzieci jedzie wtedy do rodzin. To osoby, które dostały zgodę z sądu. Cieszymy się z ich szczęścia, bo każdy by chciał mieć taką możliwość, ale jakiś ból w sercu zostaje – przyznaje. Klaudia nie miała nigdy takiej szansy, jej dom nawet w święta nie był bezpieczny, więc za każdym razem zostawała w placówce. – Nie dostawałam innego zaproszenia – tłumaczy.
Dzieci z domu dziecka chcą stworzyć inne rodziny niż te, które znają
Święta w domu dziecka mogą mieć jednak swój smak i klimat. Klaudia zazwyczaj zaczyna przygotowania do nich już w listopadzie. – Już wtedy piszemy listy do świętego Mikołaja. Dostają je sponsorzy, firmy, ale też osoby prywatne – tłumaczy.
Choinki ubiera się w każdym z domków na kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Lampki, własnoręczne ozdoby.
– Z zewnątrz wygląda to jak przygotowania w dużej rodzinie. W środku też trochę tak jest, choć nikt z nas tu nie udaje, że święta są jednak inne – opowiada Klaudia.
Kolacja wigilijna odbywa się na wspólnej stołówce.
– Wychowawcy przygotowują wystrój, żebyśmy mogli poczuć się jak najbardziej beztrosko, żeby było jak podczas klasycznej Wigilii. Składają nam życzenia, bardzo spersonalizowane. Czuję wtedy, że nie jestem dla nich tylko numerem, ale prawdziwym człowiekiem – wyjaśnia Klaudia.
– Na kolację można zaprosić też babcię, ciocię, wujka. Jeśli ma się kogo.
Po świątecznym posiłku jest czas na podarunki od sponsorów i darczyńców. Czasem dzieci wymieniają się też prezentami między sobą. Nie brakuje poruszających momentów.
– Niektórzy pierwszy raz w życiu jedzą potrawy wigilijne. Widzą jakieś danie i pytają: „co to jest?”. Są osoby, dla których to jest pierwszy raz, kiedy ktoś dał im coś ciepłego i odświętnego – tłumaczy Klaudia.
Ona również pierwsze spokojne święta w swoim życiu spędziła w placówce.
– Nie mając prawidłowych wzorców, ciężko je później powielać. Ja nie wiedziałam nawet, że Boże Narodzenie może tak wyglądać, że może być uroczyście. I tak spokojnie... Ja dzięki takim chwilom bardziej godzę się ze swoją sytuacją. Dopiero tu zrozumiałam, czym jest bezpieczeństwo – podkreśla.
Bezpieczeństwo dają także bliskie relacje. Największym wsparciem Klaudii okazała się przyjaciółka poznana w domu dziecka, z którą spędziła wspólnie cztery ostatnie święta.
– Otoczyła mnie wsparciem i świetnie rozumiała, jak mi jest trudno. Też nie miała do kogo wrócić. Ratowało nas poczucie humoru, ono jest chyba niezbędne, żeby w ogóle przetrwać – uważa Klaudia.
Jej przyjaciółka już się usamodzielniła i wyjechała z ośrodka, ale chociaż dzisiaj nie mają kontaktu, Klaudia jest jej bardzo wdzięczna.
– Zostanie w moim sercu na zawsze. Pomogła mi przejść przez najtrudniejsze momenty, była dla mnie jak siostra – zaznacza.
Ten rok będzie inny. Pierwszy raz od czterech lat Klaudia nie spędzi Bożego Narodzenia w placówce. Dostała zaproszenie od rodziców swojej koleżanki.
– Bardzo się cieszę, ale przykro mi zarazem, że opuszczę „moje dzieci”. Jestem najstarsza w placówce, staram się być dla nich oparciem – przyznaje.
Za rok Klaudia skończy technikum. Ma jedno, bardzo konkretne marzenie: nigdy nie powtórzyć tego, z czego wyszła. Nie powielać przynoszących ból wzorców, nie pozwolić poniżać siebie i samej nie poniżać innych. – Chciałabym, żeby moja przyszła rodzina była bezpieczna. Żeby moje dziecko nie musiało przechodzić tego, co ja. I chciałabym tej małej Klaudii pokazać, że życie potrafi być fajne. Że zasłużyła na szczęście – dodaje.
Bezpieczny dom - marzenie dzieci, które go nie miały
Piecza zastępcza to nie tylko domy dziecka. Wedle danych na koniec 2024 r. niemal 60 tysięcy polskich dzieci przebywa w tzw. pieczy rodzinnej, a więc głównie w rodzinach zastępczych – wiele z nich jest tam już na tyle długo, by uznać swoje nowe środowisko za własną rodzinę. Ale walka o „urodzinnienie” polskiego systemu stanęła w pół drogi: nadal wiele dzieci, w tym młodszych, trafia – m.in. ze względu na niedobór rodzin zastępczych – do placówek opiekuńczo-wychowawczych.
Tam zaś trudniej o rodzinną atmosferę, w tym o prawdziwe święta. W domach dziecka, gdy nadchodzi Boże Narodzenie, wiele dzieci nie ma też dokąd wracać, bo mama i tata mają albo odebrane, albo ograniczone prawa rodzicielskie. To okropny termin, budzący bolesne uczucie samotności i porzucenia.
– Większość z tych dzieci ma rodziców, tyle że to rodzice, do których nie można jechać na święta, bo tam nie będzie miłości, tylko alkohol, przemoc, bieda, chaos. Według danych z naszych zaprzyjaźnionych domów, 11 na 14 dzieci zostaje w placówce na Boże Narodzenie – mówi Dorota Stano, prezeska Fundacji Pankracy, która zajmuje się pomocą dzieciom będącym w pieczy zastępczej.
Wychowawcy starają się stworzyć im w placówkach namiastkę domu: szykują Wigilię, pieką ciasta, ustawiają choinkę, pomagają rozpakować prezenty od darczyńców. Zdarza się, że towarzyszą im byli wychowankowie, którzy są samotni i nie mają dokąd iść.
– To czas kumulacji wszystkich emocji: buntu, niezgody, żalu, tęsknoty, której nie sposób nazwać. A z drugiej strony, paradoksalnie, czas jednych z pierwszych w życiu bezpiecznych świąt. Pierwszych, kiedy nikt nie krzyczy. Zamiast tego ktoś pyta, czy chcą dokładkę albo ktoś proponuje, żeby zaśpiewali wspólnie kolędy. Wiele z tych dzieci nigdy wcześniej nie obchodziło Wigilii, nigdy nie świętowało własnych urodzin. W placówce uczą się, jak wyglądają dobre i ważne chwile, a my im w tym towarzyszymy – wyjaśnia Dorota Stano.
Dzieci z placówek niosą na swych barkach niezwykle trudne historie i doświadczenia. To dzieci skrzywdzone, często w kryzysach psychicznych, które w swoim kilkuletnim, czasami kilkunastoletnim życiu przeszły już zbyt wiele. – To bardzo ważne, by przy okazji świąt zrozumiały, że życzliwość i ciepło istnieją, że z trudnej sytuacji można wyjść, że ona nie musi determinować ich życia. Że z odpowiednim wsparciem, jako dorośli, mogą stworzyć bezpieczne domy. Takie, o których marzą, i których tak bardzo potrzebują – tłumaczy prezeska „Pankracego”.
Wiara w siebie i swoją przyszłość to trudne zadanie
W domu Piotrka Przybyły nie było prawdziwych świąt. Nigdy.
– Rodzice często już przed Wigilią byli pijani. A jak był alkohol, to i przemoc. Fizyczna i psychiczna – wspomina. – Pamiętam, jak wybierałem numer alarmowy. Płakałem przez słuchawkę i mówiłem policji, że mama i tata się biją. Sąsiedzi to oczywiście nieraz widzieli, ale nie reagowali – zaznacza.
Piotr miał 11 lat, kiedy został odebrany rodzicom. Trafił do placówki, której od razu się przestraszył, gdy zobaczył kraty w oknach – podobno dla bezpieczeństwa. Na szczęście w końcu je usunięto.
Z początkowego okresu w placówce opiekuńczo-wychowawczej w Bielsku-Białej pamięta głównie lęk. – Miałem koszmary. Bałem się, byłem sam. Na początku nie wierzyłem w ogóle, że ktoś może mi pomóc – wspomina. Dziś Piotr ma 21 lat i nadal mieszka w placówce, gdyż wciąż jeszcze się uczy w liceum dla dorosłych. W przyszłości chciałby móc dodawać siłę innym dzieciom, które tak jak on dorastały w pieczy zastępczej.
– Każdy z nas potrzebuje prawdziwego domu. Miejsca, w którym ktoś zobaczy nasze potrzeby, wysłucha nas, będzie motywował do działania. Tego czasami mi brakuje. Namawiania do rozwoju, zachęcania do działania i marzeń. Zapewnienia nas, że możemy osiągnąć tyle, co inni. Że nie jesteśmy gorsi. Ale nie ma co narzekać, placówka daje nam bezpieczeństwo, a na tym możemy próbować budować swój świat – zaznacza.
Przed Piotrem matura. Dużo stresu, jeszcze więcej niepewności. Bardzo pomogłyby mu korepetycje, ale ani jego, ani placówki na to nie stać. – Pracuję, od kiedy mogę, żeby zarabiać i móc się rozwijać. Drogeria, streetfood. Ale tak naprawdę nie mam wielkich perspektyw. Po maturze chciałbym wyjechać na studia do Warszawy, ale boję się, że się nie utrzymam. Jeśli zostanę na Śląsku, będę mógł złożyć wniosek o mieszkanie komunalne – wyjaśnia.
Kilka lat temu placówkę, w której mieszka Piotr, odwiedzili pracownicy Fundacji One Day. To był dla niego moment przełomowy. – Dzięki prezesce tej fundacji uwierzyłem, że mogę zmienić swoją sytuację, że mogę iść po swoje marzenia – wspomina. Od tamtej chwili trzyma się tylko tych słów.
„Urzędowa Wigilia" - to nie to samo co w rodzinie
Przy pytaniu o Boże Narodzenie Piotr Przybyła na chwilę się zawiesza. – Kocham święta i jednocześnie ich nienawidzę, bo nigdy nie mam dokąd iść. Proszenie znajomych, żeby mnie przyjęli, jest bardzo trudne. Z rodziną nie mam kontaktu, tam był ciągły strach, a ja wybrałem bezpieczeństwo – mówi.
Piotr wigilijne wieczory w placówce nazywa „urzędowymi”. – Przychodzą do nas władze miasta, wszystko jest uroczyste, ale sztywne i oficjalne – wyjaśnia. Tymczasem jemu marzą się święta prawdziwe, domowe. W tym roku wreszcie ma na nie nadzieję, bo fundacja, której jest podopiecznym, organizuje Wigilię dla dorosłej młodzieży z placówek.
– Dostałem już zaproszenie. Poczułem się chciany. Rodzina „z wyboru” sprawiła, że mogę poczuć się jak w domu. To dla mnie bezcenne – zapewnia.

– Bardzo namawiam ludzi, żeby zapraszali dzieci z placówek do siebie. Żeby się rozejrzeli, zauważyli, czy gdzieś obok jest dziecko, które cierpi i potrzebuje pomocy. Czasem wystarczy się uśmiechnąć, żeby w środku coś poruszyć. Wystarczy jeden dzień, jedna rozmowa, żeby zmienić czyjeś życie – mówi z przekonaniem. Życzenie świąteczne ma jedno: – Chciałbym, żeby ktoś o nas pomyślał. O tych, którzy naprawdę potrzebują, żeby ich zauważyć. O dzieciach z pieczy.
Gdy pytam o cel w życiu, Piotr uśmiecha się niepewnie. – Moja największa pasja to modeling, w tej przestrzeni się spełniam. Ale ostatnio pomyślałem, że moim wielkim marzeniem jest pomaganie innym. Tak jak mi pomaga moja dobra przyjaciółka Aleksandra, zresztą dziennikarka, tak ja chcę tę życzliwość oddać innym ludziom będącym w potrzebie – mówi z uśmiechem.
W placówkach wciąż jest 17,5 tys. dzieci. To za dużo
Fundacja Pankracy dzieciom i młodzieży z pieczy zastępczej pomaga od dziesięciu lat.
– Grudzień to czas, w którym ludzie szeroko otwierają serca i dzięki temu spełniają życzenia, które wychowankowie opisują w listach do świętego Mikołaja – mówi prezeska Fundacji. Dzieci proszą o różne rzeczy. – O zabawki i o modne ubrania, żeby nie odstawać od rówieśników. Marzą o czymś, co sprawi, że będą mogli wejść do szkoły bez poczucia, że są inni, gorsi. Każdy taki list mnie porusza. Czasem trafia się wręcz taki, którego nie da się przeczytać bez emocji. Na przykład ten, w którym dziecko nie prosi o nic poza tym, by mogło mieć dom – mówi Dorota Stano.
Fundacji na spełnienie takiego marzenia nie stać, ale zbiera dziś środki na specjalny prezent – wyjazd dzieci i młodzieży do zaprzyjaźnionego rancza na Sycylii. – One po raz pierwszy polecą samolotem. Będą się uczyć, jak się podróżuje. Jak wygląda świat – mówi prezeska „Pankracego”.
Mieszkańcom placówek opiekuńczych może pomóc każdy. Nie trzeba do tego pieniędzy. Trzeba czegoś cenniejszego, choć prostszego – czasu. – W tym roku rusza program mentorski. Każdy, kto naprawdę tego chce, może zostać realnym wsparciem dla dzieci z pieczy. Chodzi o to, by każde z nich miało choć jedną dorosłą osobę, do której może zadzwonić, kiedy świat się wali. Nie trzeba wiele. Wystarczy być tym kimś, kto odbierze telefon, poświęci swój czas i wysłucha – dodaje Dorota Stano.
W Polsce jest 17,5 tys. dzieci objętych pieczą instytucjonalną. Większość z nich marzy o tym, by ktoś je zobaczył. Ale tak naprawdę.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















