Listopadowy poniedziałek, pierwsze przymrozki. Grupa streetworkerów, wolontariuszy ze Stowarzyszenia Serce Torunia rusza w teren, jak kilka razy w tygodniu. Wiedzą, kto na nich czeka, o innych potrzebujących dowiedzą się na miejscu. Przeszukujemy opustoszałe budynki i różne zakamarki przestrzeni miejskiej, a na koniec jedziemy w stronę ogródków działkowych na obrzeżach miasta, gdzie żyje część podopiecznych „Serca”. Wąskie ścieżki ROD-ów o zmroku wyglądają inaczej niż za dnia. Ciemne, puste, widać tylko kontury drzewek i altanek. Latarka niewiele tu pomaga.
Samotność doskwiera bardziej niż chłód
Krystyna ma 58 lat, na swojej działce żyje od dwóch. Ma swój pokoik, łazienkę, przestrzeń do gotowania i najważniejsze: dach nad głową. Dziś jest dobry dzień, bo wolontariusze ze stowarzyszenia przywieźli jej kuchenkę gazową, żeby miała na czym gotować.
– Życie tutaj w pewnym momencie roku zawsze zamienia się w walkę o ciepło. Opał trzeba zdobyć samemu, a nie zawsze mnie na to stać. Do tego są opłaty za szambo i wodę – wymienia. Krystyna co miesiąc dostaje rentę, niewiele ponad tysiąc złotych, więc żyje w skrajnym ubóstwie, zwłaszcza że dużo wydaje na leki. Choruje od lat na nadciśnienie, ma problemy z nogami, usuniętą śledzionę, od dłuższego czasu walczy też z depresją, ale na szczęście jest pod opieką lekarza i bierze leki.
– Przez lata żyłam pod Toruniem razem ze stosującym przemoc bratem. Strasznie był niedobry, szczególnie jak się napił. Potrafił wtedy szyby w domu wybijać. Źle traktował i naszą matkę, i mnie. Nie dało się tak żyć – wspomina Krystyna, która w końcu uciekła na rodzinną działkę. Czuje się w tym miejscu bezpieczna, ma dwa psy, które towarzyszą jej w codzienności. – To nie zimno dokucza mi najbardziej. Najtrudniejsza jest samotność. Ja nie piję i nie palę, więc trudno mi o towarzystwo. Jestem sama – przyznaje.
W dni, kiedy Krystyna czuje się lepiej i mniej bolą ją nogi, jedzie na tzw. wydawki jedzenia. To prawdziwa wyprawa, bo jej ogródek znajduje się na obrzeżach miasta, ale dzięki temu i naje się, i przywiezie w słoiku zupę na kolejny dzień. Innym razem dobrzy ludzie z „Serca” sami przywiozą jej ciepły obiad.
– Teraz, jak dostałam kuchenkę, to będę mogła wypić kawkę, herbatkę i tak zleci dzień. Tylko żeby jeszcze na tę kawkę starczyło – mówi Krystyna pośród zapadających ciemności.
Bez domu, ale nie bezdomni. System nie widzi ich problemu
Wiele osób mieszka w Polsce na działkach od miesięcy, a czasem i od lat, uciekając tam np. przed przemocą. Choć spora ich część nie ma własnego domu nawet na papierze, to paradoksalnie nie są uznawane za osoby w kryzysie bezdomności. – Altanka, nawet bez ogrzewania, z nieszczelnymi oknami i dachem, wciąż nie spełnia kryterium „braku schronienia” – mówi Michał Piszczek ze Stowarzyszenia Serce Torunia.
Definicja osoby bezdomnej w polskiej ustawie o pomocy społecznej obejmuje bowiem „osobę niezamieszkującą w lokalu mieszkalnym w rozumieniu przepisów o ochronie praw lokatorów i mieszkaniowym zasobie gminy i niezameldowaną na pobyt stały, w rozumieniu przepisów o ewidencji ludności, a także osobę niezamieszkującą w lokalu mieszkalnym i zameldowaną na pobyt stały w lokalu, w którym nie ma możliwości zamieszkania”.
Tymczasem altanki, choć formalnie nie są lokalami mieszkalnymi, to dają dach nad głową, i dlatego ich mieszkańcy w systemie funkcjonują trochę „obok”. Żyją w przestrzeni, której prawo nie potrafi jednoznacznie nazwać, a instytucje często omijają, bo przecież mają pod opieką poważniejsze przypadki. – Ci ludzie żyją bez domu, ale oficjalnie nie są bezdomni. Mają przecież prąd, a niektórzy nawet pomieszczenia ogrzewane czy węzeł sanitarny. System ich jednak nie dostrzega, są dla niego niewidzialni. Żyją więc w ciągłym zawieszeniu, między ulicą i altaną – wyjaśnia Michał Piszczek.
Zameldowanie w takim miejscu jest niemożliwe, bo całoroczny pobyt na działce uznawany jest przez prawo za nielegalny. Ale gdyby nie działka, ci ludzie nie mieliby dokąd pójść. – W noclegowniach i schroniskach brakuje łóżek, szczególnie zimą. Poza tym to specyficzne miejsca, wiele osób w kryzysie woli mieć swoją własną przestrzeń na działce, nawet kosztem gorszych warunków – zaznacza współtwórca Serca Torunia.
Ile Polek i Polaków mieszka w ogródkach działkowych
Według ostatnich danych z 2024 r. w Polsce jest co najmniej 31 042 osób w kryzysie bezdomności. Liczba ta nie uwzględnia jednak ludzi mieszkających na terenie ROD-ów.
Według szacunków Polskiego Związku Działkowców, na działkach w całym kraju żyje na stałe ok. 6-7 tys. osób. – Ale z roku na rok osób w kryzysie przybywa, dlatego otworzyliśmy „Sercownię”, lokal, w którym na dyżurach gościmy nawet sto osób dziennie. Wspieramy je rzeczowo, rozdajemy jedzenie, oferujemy pomoc medyczną, psychologiczną i prawną, także ludziom bez ubezpieczenia. Staramy się dowozić wszystko, co im potrzebne do przestrzeni, w których mieszkają – wyjaśnia Piszczek, a właśnie dziś dostarczył kuchenkę pani Krystynie.
Osoby mieszkające na działkach trafiają tam z różnych powodów. Rosnące koszty życia, konflikty lub trudna sytuacja w rodzinie, kryzysy psychiczne. – Prawie co piąty traci dom z powodu uzależnienia. Mamy też pod opieką osoby, które żyły „na kocią łapę” u partnera, po którego śmierci dzieci upomniały się o mieszkanie. Nagle zostają z niczym.
Na terenie ogródków żyją osoby, które uciekają przed przemocą i takie, które po prostu sobie życiowo nie poradziły. To bardzo różne przypadki, ale łączy je jedno: życie w cieniu, na marginesie. Nie zwracamy na takich ludzi uwagi i nie burzą oni naszego spokoju. Działki od gwaru normalnego życia oddzielają ogrodzenia.
– Żyją tak pozostawieni sami sobie. Nie wiedzą, co robić, jak zmienić swój los – tłumaczy Michał Piszczek. – Część z nich ma zasiłek, część pracuje. Na czarno, dorywczo, bez umów, bez gwarancji, że jutro też będzie robota. Są tacy, którzy zbierają złom. Wszystkim jednak brakuje na jedzenie, na środki czystości, leki, ubrania zimowe, obuwie. Pomagamy im, jak możemy.
Wspieranie bez presji – jak respektować wolę potrzebujących
Mieszkańcy altanek starają się przekształcić je w domy; to daje poczucie godności i utrzymywania się na powierzchni życia. Dlatego „Serce” zawiozło dziś zimowe buty trzyosobowej rodzinie mieszkającej na terenie jednego z ROD-ów w Toruniu. Poprzednie szybko się rozkleiły na wilgotnej ziemi.
Tomek mieszka tu z dorosłą córką i jej partnerem. Dwa małe pomieszczenia, kuchenka, telewizor. Na ścianach zdjęcia z dzieciństwa i stary zegar po ojcu. Jest prąd i osobna łazienka, chociaż bojler nie działa.– Jak mamy węgiel, to mamy ciepło. Jak kończą się pieniądze, jest zimno. Ratujemy się wtedy kocami – głos Tomka unosi się pośród wilgoci.
Przez wiele lat mieszkali z całą rodziną w bloku, z ojcem Tomka. – Zajmowałem się nim, codziennie obiady gotowałem. Pieniądze też się zawsze jakieś znalazły – wspomina. – A potem ojciec trafił do DPS-u i niedługo zmarł. Wtedy się podzieliliśmy: siostra zajęła mieszkanie, a mi kupiła tę działkę. Potem straciliśmy kontakt. Nie była na ostatnie święta, teraz też nie przyjedzie – mówi Tomek z bólem w głosie.
Dochodzi do siebie po zapaleniu otrzewnej. Opiekuje się nim córka Kasia; w tym czasie jej partner Robert pracuje. Na czarno, chwytając się wszystkiego, co dostępne. Trochę też pomagają starzy znajomi. – Ostatnio łóżko używane od nich dostałem. Wiążemy jakoś koniec z końcem, widzi pani, ale zima będzie trudna – mówi Robert.
Michał z Serca Torunia wyraźnie zaznacza granice, w jakich działa stowarzyszenie: – Pomagamy, ale nie uważamy, że wiemy lepiej, co dla kogo jest dobre. Każdy niesie swoje własne traumy, nie znamy wszystkich ciężarów tych ludzi. Możemy im towarzyszyć, wspierać ich, proponować pracę. Reszta zależy od nich samych.
Dorota, toruńska streetworkerka, dodaje: – Jedzenie, ciepła herbata, rozmowa. Czasem tylko tyle. Ale to „tylko” potrafi pomóc przetrwać.
Mieć swój kąt: bezpieczny, bez wilgoci
50-letnia Jolanta w pustostanie na działkach spędzi już trzecią zimę, na szczęście pod opieką Serca Torunia. Łóżko, kilka rzeczy. Łazienki brak. Stajemy na zewnątrz, przy rozpalonym ognisku, jest znacznie cieplej niż w altance. – Nie chcę czuć się jak bezdomna. Staram się zawsze, żeby było czysto. Chociaż nie mam prądu i bieżącej wody, to mam przecież dach nad głową. Deszcz za kołnierz nie pada i to jest najważniejsze – zapewnia.
Prawdziwy dach nad głową nie zawsze był. Jola przez cztery miesiące żyła w namiocie. – Mieszkałam z partnerem w jego mieszkaniu, ale po powrocie z pracy w Niemczech rozstaliśmy się, więc mnie wymeldował. Może i dobrze się stało, bo przemoc stosował straszną. Poroniłam przez niego – twierdzi Jola, która kolejnego partnera poznała już w czasie bezdomności. Zamieszkała z nim na działce na kilka miesięcy, ale też okazał się przemocowy. – Teraz żyję z nowym, jest dużo lepiej. Do trzech razy sztuka – mówi.
Jola pokazuje mi ciepły piecyk, który dla słabej i schorowanej kobiety jest prawdziwym zbawieniem. Grzeje się przy nim czekając na partnera, gdy ten łapie się dorywczych prac. Po jedzenie oboje chodzą do „Sercowni”, gdzie mogą się również umyć, skorzystać z usług fryzjerki, lekarki. – Dzięki temu jakoś żyję. Mam cukrzycę, nadciśnienie, astmę: non stop potrzebuję leków. Psychicznie bardzo trudno to wszystko udźwignąć, ale choć chwile beznadziei zdarzają się bardzo często, mam dla kogo żyć. Mam mężczyznę oraz siostrę; ona co prawda mieszka daleko, ale jesteśmy w kontakcie telefonicznym. To mi dużo daje, bo wiem, że nie jestem sama – przyznaje.
Jola ma jedno marzenie. „Mieć swój kąt. Ciepły. Bez wilgoci. Bezpieczny”. Gdy odjeżdżamy, ognisko przy niedokończonej altance jeszcze się tli. Przed Jolą i jej partnerem kolejna chłodna noc. W naszym samochodzie szybko robi się ciepło.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















