Ukraińscy 18-latkowie opuszczający w Polsce domy dziecka mało kogo obchodzą

Polska się nimi nie zajmie, bo są z Ukrainy. Ukraina nie dostrzeże, bo trwa wojna; organizacje dziecięce stracą z oczu, bo nie są dziećmi. W ten sposób 18-latkowie z ukraińskich placówek ewakuowanych do Polski lądują na ulicy.
Czyta się kilka minut
Fot. GRAFStock / stock.adobe.com
Fot. GRAFStock / Stock.adobe.com

Dobry wieczór – zagajają późnym jesiennym popołudniem na komunikatorze Martę Rutkiewicz, zaprzyjaźnioną działaczkę na rzecz praw dzieci z Pomorza. Jest ich dwóch, Aleksander i Dymitr (imiona zmienione). Obaj z Ukrainy, obaj w Polsce od 2022 roku, obaj od niedawna pełnoletni. 

Dwóch nastolatków z Ukrainy

– Dobry wieczór. Co u was? – pyta Rutkiewicz. 

– Znowu jesteśmy na ulicy – odpowiadają. 

Po kilku minutach i jednym szybkim telefonie Rutkiewicz odpisuje: – Możecie wrócić do hostelu, macie zapewniony nocleg do poniedziałku.

– Wielkie dzięki – odpowiadają. Ale po chwili dodają: – Jest jeszcze jeden problem, cały tydzień nie jedliśmy, piliśmy tylko wodę i herbatę.

Marta Rutkiewicz jest prezeską pomorskiej organizacji na rzecz dzieci „Bocianie Gniazdo”, a po lutym 2022 także kimś w rodzaju nieformalnej rzeczniczki praw dzieci z ukraińskich sierocińców ewakuowanych do Polski. To ona pół roku temu opowiedziała „Tygodnikowi” o domniemanej przemocy w jednym z takich sierocińców, i to dzięki niej sprawą zajęła się prokuratura. To do Rutkiewicz, głównie w związku z tamtą sprawą, zwracają się teraz o pomoc 18-latkowie wychodzący z ukraińskich placówek, którzy w Polsce nie mają dokąd pójść. Pomaga im poradą, dachem nad głową; bywa też, że prywatnymi pieniędzmi na jedzenie. 

Marta Rutkiewicz prezeska fundacji „Bocianie Gniazdo” // Fot. Fundacja Bocianie Gniazdo w Runowie

– Jeden z tych chłopców ukończył 18 lat w zeszłym roku, drugi w tym – opowiada Rutkiewicz o Aleksandrze i Dymitrze. – Obaj na własną prośbę opuścili stacjonujący teraz w Ustce dom dziecka. Próbowali pracować, ale nie wyszło. Od strony ukraińskiej nie dostali wsparcia. W Polsce niby im coś przysługuje, ale nawet o tym nie wiedzieli. Trzy razy otarli się o bezdomność. Byliby na ulicy, gdyby nie pomoc organizacji, do której dotarłam. 

Nocleg na ławce

Z Aleksandrem i Dymitrem łączę się w połowie listopada przez wideokomunikator. Jest przedpołudnie, ale w kamerze widzę mrok łamany przez niewyraźny snop światła wpadającego do pokoju przez zaciągnięte kotary. W tym niewyraźnym świetle widać młodą, nieco zarośnięta twarz jednego z chłopaków. To Alek, który będzie mówił także w imieniu Dymitra, gorzej posługującego się językiem polskim. 

– Jesteśmy z Zaporoża. U mnie w domu było ciężko, więc trafiłem najpierw do rodziny zastępczej, a potem do domu dziecka – opowiada Alek. – Dymitr nie chodził do szkoły, jego rodziców pozbawiono praw. Poznaliśmy się w domu dziecka. A gdy zaczęła się wojna, w Zaporożu zrobiło się niebezpiecznie, więc przyjechaliśmy z całą placówką do Polski. Już tutaj dostałem wiadomość, że moi rodzice zastępczy zginęli, więc w Ukrainie nie mam nikogo.

Kilka miesięcy temu odeszli ze stacjonującego obecnie w Ustce domu dziecka – Zaporoskiego Regionalnego Centrum Rehabilitacji Społecznej i Psychologicznej (to właśnie dyrektorce tej placówki zarzuca się stosowanie wobec dzieci przemocy). – Odeszliśmy, żeby szukać pracy, a do domu dziecka nie mamy już powrotu – opowiada Alek. – Pierwszy nocleg dostaliśmy od pracodawcy. Ale po kilkunastu dniach zrezygnowaliśmy. 

– Dlaczego? – pytam.

– Mieliśmy kłopoty zdrowotne, a to była praca fizyczna – mówi po chwili wahania Alek. – Nie dostaliśmy za nią ani złotówki. W dodatku straciliśmy mieszkanie i po raz pierwszy znaleźliśmy się na ulicy. Gdyby nie pomoc pani Marty, już byśmy tam zostali. Ja kilka nocy spędziłem na ławce albo na klatkach schodowych. 

Z Ukrainy nie dostali nic

Jaką dostali pomoc? Na pożegnanie z domem dziecka w Ustce wyprawkę rzeczową, m.in. ubrania i nowe telefony. Z instytucji ukraińskich nie otrzymali, jak twierdzą, nic. W systemie polskim nie przysługiwała im pomoc: ewakuowane do Polski ukraińskie placówki rządziły się wedle tamtejszego prawa; dopiero kilka miesięcy temu weszła w życie nowelizacja specustawy o pomocy uchodźcom zza wschodniej granicy, która przewiduje – przynajmniej na papierze – pomoc w usamodzielnieniu się ukraińskich sierot osiągających pełnoletniość.

Dach nad głową dostali dzięki mailom Marty Rutkiewicz do powiatowych i wojewódzkich służb kryzysowych, a także dzięki gdyńskim organizacjom pozarządowym. Mieszkają teraz w hostelu, za który płaci województwo pomorskie. Jak długo, nie wiadomo. – Dostaliśmy jeszcze tysiąc złotych na najpotrzebniejsze rzeczy – opowiadają. – Teraz nie mamy już na życie, pomaga nam trochę pani Marta. Chcemy znaleźć pracę, na przykład w sklepie. Albo zacząć się uczyć. Była u nas myśl, żeby wracać do Ukrainy, ale jeszcze damy tutaj sobie szansę.

Alek i Dymitr to niejedyni będący w takiej sytuacji. Tylko do Marty Rutkiewicz zgłosiło się – włącznie z nimi – sześcioro młodych Ukraińców w podobnym położeniu. O kolejnych przypadkach opowiada mi Joanna Luberadzka-Gruca, ekspertka od pieczy zastępczej, szefowa Fundacji „Polki Mogą Wszystko”.

 – Rozmawiałam niedawno z 16-latką mieszkającą w ukraińskim domu dziecka na terenie Polski – relacjonuje Luberadzka-Gruca. – Pytana o plany, odpowiedziała: praca w wakacje. Gdy zapytałam, po co, skoro ma kieszonkowe w placówce, powiedziała mi, że musi zarabiać na swoją starszą siostrę, która niedawno z tej placówki wyszła, i została bez niczego. Z kolei wielu chłopców po ukończeniu 18. roku życia wyjeżdża do Ukrainy. Mówią, że nic tu po nich, i że pójdą na front. Oczywiście, generalnie nie ma w tym nic złego, tylko czasami taki wyjazd to nie wyraz patriotyzmu, ale akt desperacji w obliczu braku perspektyw w Polsce.

Samodzielność na papierze

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej informuje „Tygodnik”, że na koniec 2023 roku w polskiej pieczy zastępczej (a więc głównie w rodzinach zastępczych i tzw. domach dziecka) przebywało 410 małoletnich obywateli Ukrainy. Znacznie więcej, bo 1086 ukraińskich dzieci mieszka (stan na koniec października) w ukraińskich sierocińcach, które po lutym 2022 roku zostały ewakuowane do Polski.

Arytmetyka wskazuje, że spośród około półtora tysiąca przebywających w Polsce ukraińskich sierot niemal setka osiąga każdego roku pełnoletniość. W takiej sytuacji dzieciom polskim przysługuje cały zestaw praw. Jest to system skądinąd krytykowany (jako niewystarczający, a bywa, że fikcyjny), ale w wielu przypadkach zapewnia realną pomoc.

Pomoc dla osób opuszczających pieczę zastępczą

Chodzi o jednorazowe wsparcie finansowe na usamodzielnienie i zagospodarowanie (w sumie od kilku do kilkunastu tys. złotych), pomoc w uzyskaniu mieszkania, pracy, wsparcie prawne, psychologiczne, a także świadczenie na kontynuowanie nauki (nie mniej niż 681 zł miesięcznie).

A co z „pieczowymi” 18-latkami ukraińskimi? Do niedawna nie przysługiwało im nic.

Dopiero w lipcu tego roku zaczęła obowiązywać nowelizacja ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy, która miała tę lukę zapełnić. Czyni to jednak tylko częściowo: młody uchodźca nie dostanie mieszkania ani finansowego wsparcia na usamodzielnienie. Otrzyma za to, jeśli spełni odpowiednie warunki, pomoc w uzyskaniu pracy, prawną i psychologiczną, a także świadczenie na kontynuowanie nauki – to ostatnie tylko pod warunkiem, że przebywał w systemie pieczy co najmniej rok, i uczy się w polskiej szkole lub na uczelni.

Ale nawet ten istniejący od lipca zestaw praw eksperci od pieczy zastępczej kwitują często jednym słowem: fikcja. Po pierwsze dlatego, że nie objął wielu spośród tych, którzy opuszczali pieczę – jak Aleksander i Dymitr – przed wejściem w życie nowelizacji. Po drugie z tego powodu, że ewakuowane do Polski ukraińskie domy dziecka, z których odchodzą co jakiś czas tacy jak oni, przypominają warownie: ukraińska kadra trzyma często podopiecznych w izolacji, nie uczą się oni w polskich szkołach, nie integrują z polskim otoczeniem, nie wiedzą więc też o przysługującym im wsparciu. 

– Na wyjściu dostaliśmy ubrania i telefony. Tylko tyle – powtarzają Aleksander i Dymitr.

Do czego wracać w Ukrainie?

W dodatku tacy jak oni, z trudnymi życiorysami, bywają – o czym opowiada mi Marta Rutkiewicz – niezdolni do samodzielności. Większość lata temu przeżyła dramat rodzinny, w efekcie czego trafili w Ukrainie do domu dziecka. Tam, w systemie przypominającym nadal polski głęboki PRL, wielu doświadczyło znowu przemocy. Wreszcie: ponad dwa lata temu przeżyli wybuch wojny i nagłą ewakuację do obcego kraju.

– Większość z nich, osiągając pełnoletniość, nie ma kompletnie nikogo – opowiada Marta Rutkiewicz. – Na przykład dziewczyna, którą się opiekuję, ma w Ukrainie matkę, ale w więzieniu. Jest jeszcze wujek, alkoholik, bo babcia niedawno zmarła. Do kogo i do czego ma wracać, skoro pochodzi z zagrożonego ciągle Zaporoża? – pyta Rutkiewicz.

I dodaje: 

– Dla urzędników i postronnych obserwatorów oni są często „młodymi ludźmi, którzy mają dwie zdrowe ręce do pracy”. Nic bardziej mylnego. Polski nastolatek z rodziny zastępczej albo domu dziecka ma program usamodzielniania, realizowany na długo przed osiągnięciem pełnoletniości. A ci chłopcy w ogóle o istnieniu takiego czegoś nie wiedzieli. Poszli do pracy, z której zrezygnowali po kilkunastu dniach, więc nie dostali nawet wypłaty, a z mieszkania zostali wyrzuceni. Z pomocy społecznej dostałam informację, że zostali objęci wsparciem, np. w zakresie zakwaterowania i pośrednictwa pracy, ale „nie przyjęli zasad świadczonej pomocy”. I być może tak było: oni są skrajnie niezaradni, trzeba im nawet wysyłać trasę dojazdu do organizacji, która udzieli im pomocy. Gdy stracili zatrudnienie, wylądowali na ulicy. Trafili do miejsca zbiorowego zakwaterowania Ukraińców, ale gdy nie mieli czym za to miejsce zapłacić, stracili dach nad głową po raz drugi. Nie wszystko rozumieją po polsku, w dodatku nie mają żadnych dokumentów poświadczających np. fakt, że nie dostają żadnych alimentów albo że skończyli szkołę – wszystko zostało w Ukrainie. Pozostaje pomoc dziecięcych organizacji pozarządowych, tyle że one skupiają się na osobach niepełnoletnich...

Nie wszyscy 18-latkowie wychodzący z ukraińskich domów dziecka podzielają los Dymitra i Aleksandra. Siergiej (imię na jego prośbę zmienione), z którym kontaktuje mnie Marta Rutkiewicz, opowiada mi o pracy w fabryce, która od kilku miesięcy pozwala mu przeżyć od pierwszego do pierwszego. 

– Jestem zadowolony, wypłata starcza mi na wszystko, więc nie korzystam z pomocy, bo jej nie potrzebuję – opowiada.

Ale przypadek Siergieja to raczej wyjątek potwierdzający smutną regułę.

Pułapki usamodzielnienia

Przyczyną tego zjawiska, mówią eksperci, jest poważny błąd popełniony po lutym 2022 roku: akceptowanie sytuacji, że na terenie Polski są ukraińskie dzieci „drugiej kategorii”. To głównie te z uchodźczych placówek, które – na życzenie strony ukraińskiej – nie zostały włączone do polskiego systemu pieczy zastępczej, są więc w zasadzie poza naszą kontrolą.

Najbardziej spektakularnym pokłosiem tej sytuacji są doniesienia o przemocy w tych domach: wychodzi ona na jaw wtedy, gdy ktoś zgłosi ją organom ścigania lub mediom. Pierwszy taki przypadek, dotyczący wspomnianego Zaporoskiego Regionalnego Centrum Rehabilitacji Społecznej i Psychologicznej, opisaliśmy w „Tygodniku” w kwietniu. 

Po tym, jak prokuratura postawiła kierowniczce placówki zarzuty, 13 grudnia odbędzie się przeciw niej pierwsza rozprawa karna. Kolejny przypadek, będący na etapie dochodzenia prokuratorskiego w Częstochowie, opisała we wrześniu Wirtualna Polska. Jest i przypadek trzeci: jak dowiaduje się „Tygodnik”, prokuratura okręgowa w Szczecinie prowadzi dochodzenie w sprawie podejrzenia przemocy w placówce stacjonującej w Moryniu.

Polscy i ukraińscy eksperci od pieczy zastępczej obawiają się, że 18-latkowie wychodzący z takich placówek będą podwójnie narażeni na patologie: przemoc, uzależnienia, prostytucję. Jak mówi Marta Rutkiewicz, już słyszała o pierwszych przypadkach dziewczyn, które wstępują w związki z dużo starszymi Polakami – w zamian za utrzymanie. Sama, pomagając zagrożonym nastolatkom, finansuje im zakupy, prosząc o każdorazowe przesyłanie paragonów, by mieć kontrolę nad tym, co nabywają.

– Dzieci w trudnej sytuacji, w kryzysach, mogą łatwo popadać w uzależnienia – uzasadnia.

– Są na rozdrożu: nie podlegają do końca ani polskiemu prawu, ani ukraińskiemu – dodaje Marija Niewiarowska, Ukrainka, wiceprezeska działającej w Polsce Fundacji YOUkraine, która pomaga uchodźczym dzieciom. – Niby istnieje teraz obowiązek szkolny, ale nie wszyscy podopieczni placówek ten obowiązek spełniają. Część z nich, która kończy tu 18 lat, jest zmuszana do powrotu na Ukrainę. Ci, którzy zostają, będą zagrożeni różnymi patologiami. Byli wiele lat w zamknięciu, mówią często tylko po rosyjsku, bo przyjechali ze wschodniej Ukrainy. Nagle ktoś otwiera im „klatkę”, z której wyfruwają, ale kompletnie nie wiedzą, co z tą wolnością zrobić. Znam przypadek chłopaka, ukraińskiego nastolatka, który sprzedał swoją kartę bankomatową, bo ktoś chciał przy jej pomocy prać brudne pieniądze. Teraz tym chłopakiem interesuje się prokuratura.

Rachunek zapłacimy wszyscy

– Rozmawiałam z wychowawczynią pewnej ukraińskiej placówki. Powiedziała z dumą, że jedna z wychowanek się „usamodzielniła”, wstępując w związek z dużo starszym panem – opowiada z kolei Joanna Luberadzka-Gruca. 

Pytana, co Polska może zrobić, by uniknąć w przyszłości społecznych kosztów w postaci problemów psychicznych i życiowych młodych Ukraińców, odpowiada: 

– Z punktu widzenia interesu dzieci, jedynym wyjściem jest włączenie ich wszystkich do polskiego systemu pieczy zastępczej. Jest on w kryzysie, ale pojawienie się w nim tysiąca nowych dzieci nie zrobi nam wielkiej różnicy, a dzieciom może pomóc. Nie możemy dłużej akceptować sytuacji, że na naszym terenie są „dzieci niczyje”, zostawione same sobie. Jeśli nic z tym nie zrobimy, rachunek zapłacą i ci młodzi ludzie, i Polska jako państwo.

Polskiemu rządowi wystarczyło determinacji (PiS tę sprawę lekceważył), by wziąć odpowiedzialność za kilkadziesiąt tysięcy ukraińskich dzieci pozostających poza naszym systemem edukacji – i wprowadził dla nich restrykcyjny obowiązek szkolny. Za tysiąc „dzieci niczyich” z ukraińskich placówek nikt odpowiedzialności wziąć nie chce.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 48/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Bidul i bruk