Jak ty uważasz słowo »miłość«?
– Jak ja uważam słowo »miłość«? Mało spotykane słowo, przynajmniej w moim przypadku”.
To fragment rozmowy bohaterów filmu dokumentalnego „Jestem zły” Grzegorza Packa z 2000 roku. Reżyser, chcąc zrozumieć i sportretować codzienność dzieci z warszawskich Szmulek, dał im do ręki kamerę i pozwolił opowiedzieć o swoim świecie.
Przez ćwierć wieku wiele się w zjawisku bezdomności zmieniło. To najważniejsze pozostało bez zmian.
Historia Olafa: sześć rodzin zastępczych, dom dziecka, a potem ulica
– Tata nie żyje, mama jest alkoholiczką i narkomanką, została pozbawiona praw rodzicielskich. Nie mam z nią kontaktu – zaczyna Olaf, podopieczny Fundacji PoDRUGIE, która od 2011 r. pracuje z młodzieżą do 25. roku życia doświadczającą bezdomności.
Kiedy miał cztery lata, został odebrany matce. Później przeszedł przez sześć rodzin zastępczych. Na koniec trafił razem z siostrą do domu dziecka.
– Gdy dorosłem, zrozumiałem, że byłem jak zabawka, przekazywany z rąk do rąk. Nie byłem łatwym dzieckiem. Kradłem, głównie słodycze, bo nigdy nikt mi ich nie dawał, a inne dzieci miały i ja też chciałem. Była też jedna rodzina, w której się nade mną znęcali, a że miałem telefoniczny kontakt ze starszą siostrą, to pożaliłem się jej i interweniowała z policją. Nigdy nie byliśmy w żadnej rodzinie razem, spotkaliśmy się dopiero w domu dziecka. Gdy tam trafiłem, byłem najmłodszy, dlatego opiekunowie traktowali mnie jak przytulankę. Chyba tam poczułem pierwszy raz coś w rodzaju miłości, więc dom dziecka wspominam dość dobrze – opowiada Olaf.
Placówkę najpierw opuściła jego starsza o pięć lat siostra. Jeździła po Polsce – od Pomorza po Podkarpacie, aż trafiła do Warszawy. Olaf mieszkania komunalnego, o które się starał po wyjściu z placówki, nie otrzymał. Dostał za to wyprawkę, która przysługuje osobom opuszczającym pieczę zastępczą, a także zebrane przez lata pobytu w placówce środki z 500 plus. Wystarczyło na kilka miesięcy wynajmu mieszkania w Toruniu. Kiedy skończyły się pieniądze, musiał znaleźć pracę i kąt do spania.
Olaf: – Zamieszkałem na pół roku w schronisku Caritasu dla bezdomnych. Spałem też u znajomych. W zasadzie to byli obcy ludzie: szukałem na siłę znajomych, by móc u nich zanocować. Początkowo pracowałem w Żabkach, potem miałem problem ze znalezieniem zatrudnienia w Toruniu, więc pojechałem do Warszawy. Z siostrą mam rzadki kontakt. Mogę liczyć tylko na siebie.
Olaf trafił do noclegowni w Warszawie. Tam dowiedział się o Fundacji PoDRUGIE i jej prezesce Agnieszce Sikorze. Dla osób takich jak Olaf, opuszczających placówki pieczy zastępczej i niemających dokąd wrócić, fundacja stworzyła Dom dla Młodzieży i mieszkania treningowe.
– Nie było łatwo się tu zgłosić i przyznać, w jakiej się jest sytuacji – opowiada. – Ale gdy tu wszedłem, poczułem pierwszy raz ciepło domu. Przyjmowała mnie opiekunka, pani Dagmara, a ja byłem trochę przestraszony. W zeszłym roku byłem na gali rozdania nagród z panią Agnieszką Sikorą. Każdy mógł wyjść na scenę i powiedzieć coś publicznie. Ja powiedziałem, że traktuję opiekunów jak rodziców, a resztę osób jak rodzeństwo.
Maciej: Nie miałem nikogo, wylądowałem na ulicy
Maćka, innego podopiecznego Fundacji PoDRUGIE, mama zostawiła, gdy miał sześć lat. Mieszkał z ojcem i babcią – do 2023 roku.
– Kilka lat temu w domu zaczęły się coraz częstsze awantury: ojciec miał problemy ze znalezieniem pracy, coraz więcej pił – opowiada Maciek. – Wydaje mi się teraz, że miał depresję, a ja tego nie rozpoznałem. Babcia była na emeryturze, dorabiała szyciem, ale ojciec przepijał większość pieniędzy. Były takie momenty, że w lodówce nie było niczego. W pewnym momencie babcia zaczęła chorować, praktycznie nie mogła ruszyć nogą, która była czarna przy stopie. Trafiła do szpitala i okazało się, że to miażdżyca, a jedyną szansą, żeby ją uratować, było odcięcie nogi. Po amputacji i tak przeżyła tylko cztery dni, bo okazało się, że te bloczki miażdżycowe dotarły do serca i mózgu. Od dwóch lat nie mam babci.
Ojciec Maćka przez siedemnaście dni po śmierci własnej matki pił do nieprzytomności. Potem pojechał na stację kolejową, wszedł pod nadjeżdżający pociąg. Wtedy Maćkiem zainteresował się ośrodek pomocy społecznej, dzięki czemu dostał pieniądze: 388 zł zasiłku okresowego.
– I to wszystko – mówi Maciej. – Próbowałem znaleźć pracę, ale się nie udawało. Ciężko mi było opłacać rachunki. Czasem zapłaciłem jeden, a resztę nie. Gaz miałem odcięty już po pół roku, nie mogłem gotować, myłem się w zimnej wodzie przez blisko rok. Zacząłem się samookaleczać. Do dzisiaj mam blizny na twarzy, rękach, nogach, brzuchu. Nigdy nie miałem przyjaciół, nigdy się z nikim nie przyjaźniłem, nie umiałem rozmawiać z ludźmi. Dopiero teraz trochę się otwieram, ale to jest dla mnie trudne, bo wielu rzeczy po prostu nie rozumiem.
W październiku 2024 roku dzwoni pracownica OPS: z powodu zadłużenia Maciej musi opuścić mieszkanie. I przenieść się do schroniska dla bezdomnych.
– Próbowałem znaleźć pracę, ale nie wyszło. I wtedy naprawdę się załamałem – opowiada. – Miałem pamiątki rodzinne: zdjęcia, książki, ważne dla mnie przedmioty. Wynająłem schowek, taki jak w amerykańskim filmie, gdzie mogłem to trzymać. Ale trzeba było go opłacać, a ja nie miałem pieniędzy. W tym schronisku była coraz gorsza atmosfera, w końcu wszyscy na mnie naskoczyli, wpadłem w jakiś okropny szał. Nawet nie wiem, co się ze mną działo. Nikomu nic nie zrobiłem, ale ucierpiały sprzęty. Trafiłem do zakładu psychiatrycznego na Śląsku i bałem się, że wyląduję w zakładzie karnym. Ale lekarz, który ze mną rozmawiał, powiedział mi o Fundacji PoDRUGIE w Warszawie.
Bezdomne dzieci w Polsce
Nikt do końca nie wie, ile jest w Polsce dzieci i młodych dorosłych w kryzysie bezdomności.
– Dużym problemem są tzw. znikające rodziny: skądś już się wyrejestrowały, gdzie indziej jeszcze nie zarejestrowały – mówi prof. Małgorzata Michel, pedagożka z UJ, ale też wolontariuszka zajmująca się tzw. dziećmi ulicy. – Inny dylemat: jak np. zaklasyfikować uciekinierów z placówek wychowawczych czy dziecko z matką mieszkające w altanie? Jest więcej pytań niż odpowiedzi – podkreśla prof. Michel.
Wedle ogólnopolskiego badania liczby osób w kryzysie bezdomności dla Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej bez dachu nad głową pozostawało w 2024 r. nieco ponad 31 tys. Polaków. Pięć procent z tej liczby, czyli nieco ponad półtora tysiąca, stanowiły osoby poniżej 18. roku życia. To głównie dzieci pozostające przy rodzicach w domach samotnej matki. Na ulicy bowiem dzieci w Polsce nie ma – przynajmniej oficjalnie.
Czym jest dzisiaj bezdomność? Wymyka się ona, zwłaszcza w przypadku nieletnich, potocznym wyobrażeniom na temat tego zjawiska.
– Międzynarodowa definicja „dzieci ulicy” mówi nam współcześnie, że dziecko może mieć dom albo miejsce niemieszkalne, np. piwnicę, altanę, pustostan, ale jego aktywność odbywa się właśnie na ulicy. Odchodzimy od definicji, zgodnie z którą człowiek na ulicy rodzi się, przebywa na co dzień i umiera – zauważa prof. Michel.
Potwierdza to codzienna działalność Stowarzyszenia Pomocy Dzieciom i Młodzieży „Dom Aniołów Stróżów”.
– Ulica ma dziś raczej symboliczny wymiar: takich dzieci jak np. bezprizorni w Rosji w Polsce nie ma – mówi prezeska „Aniołów”, Monika Bajka. – Są zapewne przypadki takich, które uciekły z domów, placówek i pojawiają się np. na dworcach. Nasza codzienna aktywność to jednak praca z dziećmi, które mają dach nad głową, gdzie mogą wrócić na noc. Natomiast towarzyszy im samotność, brak oparcia w dorosłych. Częstsza też niż dwie, trzy dekady temu jest samotność wśród grupy rówieśniczej. Kiedyś na podwórkach były grupy, dziecięce „bandy”. Teraz dziecko jest samo.
Stowarzyszenie swoją pracę zaczynało jeszcze w latach 90. na dworcu PKP w Katowicach. Tamta rzeczywistość była nieco inna, ale dzisiejsze problemy młodych wcale nie są aż tak odmienne.
– Pamiętam dziewczynę, która często uciekała z moich zajęć, potem przez jakiś czas na nie w ogóle nie przychodziła – opowiada Sandra, pedagożka ulicy z „Domu Aniołów Stróżów”. – Kiedy słyszała ode mnie słowa wsparcia, nie wiedziała, co ma zrobić, więc odwracała się na pięcie bez słowa i odchodziła.
Sandra pracuje w placówce ulicznej stowarzyszenia od blisko czterech lat. Ma swoją stałą, około dwudziestoosobową grupę podopiecznych. Pedagożki dyżurują od godziny 14.00, kiedy kończą się lekcje w pobliskiej szkole. O 16.00 spotykają się ze swoją stałą grupą, którą udało im się utworzyć dzięki dyżurom. Skąd wiedzą, do kogo podejść? Sandra ma sposób.
– Chodzimy raz w tygodniu do świetlicy szkolnej, obserwujemy dzieci i choć nie ocenia się „książki po okładce”, to osobiście patrzę na to, czy dziecko ma czyste ubrania, włosy, czy ma przybory szkolne – opowiada Sandra. – Ze szkołą w dzielnicy mamy dobry kontakt, więc mogę też porozmawiać z wychowawcą, czy on czegoś nie zauważył. Są też przypadki, że dziecko jest zadbane, ale nie daje sobie rady w szkole.
Małgorzata Michel: – Zawsze poznam „dziecko ulicy”. Ma specyficzny zapach: wymieszaną woń dymu papierosowego, alkoholu i potu. Tak pachnie bieda. I często jako dorośli to widzimy, ale odwracamy oczy. Do tego dochodzą stereotypy. Nawet małe dziecko, które przebywa na ulicy, jest uważane za młodego bandytę. Znam przypadki czteroletnich dzieci, które zostały wyrzucone z przedszkola, bo „nie umiały się zachować”. To często dzieci z bardzo ubogich, odrzucanych środowisk. Wykluczamy takie dzieci w białych rękawiczkach.
Pedagożka o tym, jak wykluczamy „dzieci ulicy”
Jedna z organizacji kolarskich ogłosiła kilka lat temu konkurs na wyprawę rowerową. Przykładowe warunki uczestnictwa: bycie kolarskim amatorem i posiadanie misji. Małgorzata Michel pomyślała: „fajny pomysł”. A równocześnie: „Nie dam rady”. Zwyciężyła misja.
– Przez miesiąc jeździłam po różnych miastach. Byłam m.in. w Bytomiu, Bielsku-Białej, Katowicach, Raciborzu, Ełku, Gdańsku – opowiada krakowska pedagożka. – Spałam w placówkach wsparcia dziennego typu podwórkowego. Chciałam zobaczyć, jakie są rzeczywiste warunki życia „dzieci ulicy” w Polsce. Specyficzny pod względem uwarunkowań gospodarczo-kulturowych jest Śląsk, bo tam jest wiele dzieci, które zbierają złom, odpadki pokopalniane, węgiel. To jest w zasadzie ich praca, bo otrzymują jakieś pieniądze, np. za worek węgla zebrany na torach – dodaje Michel.
Jak pokazują badania krakowskiej pedagożki, których wyniki znalazły się m.in. w jej książce „Gry uliczne w wykluczenie społeczne w przestrzeni miejskiej”, niektóre placówki stosują strategie wykluczające. „Dzieci sprawiające problemy wychowawcze są z tych placówek wyrzucane, np. usuwane dyscyplinarnie i wracają na ulicę. Uruchamiany tutaj zostaje mechanizm, który można nazywać mechanizmem podwójnej marginalizacji – odprysk, niezamierzony często przez oficjalną politykę placówki fakt podwójnej stygmatyzacji i podwójnego wykluczenia dzieci z oficjalnego, społecznego obiegu. Dziecko wraca na ulicę z poczuciem odrzucenia” – pisze Michel.
Praca pedagogów ulicy polega na mozolnym budowaniu zaufania między dzieckiem a dorosłym. Pracownicy „Domu Aniołów Stróżów” wiedzą, że trzeba pracować z całą rodziną dziecka.
– Ważna jest sfera społeczna, czyli relacje w grupie, środowisku. Mamy też dzieci, które wymagają wsparcia psychiatrycznego. Trzeci obszar to edukacja, czyli np. wspólne odrabianie lekcji albo doradztwo zawodowe, by młodzi ludzie mogli wejść na rynek pracy i stać się samodzielni. Z dziećmi i młodzieżą robimy to wszystko, co powinni robić ich rodzice: rozmowa, odrobienie lekcji, pójście do lekarza, fryzjera, kina – opowiada Monika Bajka.
Stowarzyszenie Pomocy Dzieciom i Młodzieży „Dom Aniołów Stróżów” chce wspierać rodzinę, a nie ją zastępować. Ale zdarza się, że rodzina nie chce współpracować. Są różne powody: przemoc, uzależnienie, konflikt z prawem.
– Staramy się mimo wszystko do nich jakoś dotrzeć, bo bez udziału bliskich trudno jest trwale zmienić życie dziecka. Im jest młodsze, tym jest to ważniejsze. W przypadku nastolatka, kiedy rodzina nie chce takiej współpracy, łatwiej jest mu pokazywać inne modele i inwestować w niego całą pracę. Wyposażamy go we wszystko, co możliwe, aby mógł zacząć swoją dorosłość – mówi prezeska stowarzyszenia.
Maciej i Olaf wychodzą na prostą
Podobny cel ma Fundacja PoDRUGIE, pomagająca m.in. Olafowi i Maćkowi.
Olaf: – Od stycznia tego roku pracuję, małymi krokami zbliża się moja wyprowadzka. Z przyjacielem chcemy coś wynająć na pół i teraz będziemy odkładać na to pieniądze. Chciałbym zrobić prawo jazdy i mieć auto, ale przede wszystkim mieć spokojne życie. I pewność, że nie będę już bez domu. A jak otworzę lodówkę, to zawsze coś w niej będzie, bo nie zawsze tak było.
Maciej: – Chciałbym znaleźć stałą pracę, utrzymywać się i być samodzielnym. Przez ten i przyszły rok wszystko spłacić, może skończyć szkołę. Kiedyś chciałbym mieć swój kanał na YouTubie i śpiewać, ale ważniejsze jest na razie to, żeby wyjść na prostą.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















