Najzuchwalsze umysły w historii literatury tworzyły własne bestiariusze. Dajmy na to Jorge Luis Borges i jego „Księga istot zmyślonych” (1967), z całym korowodem dziwnych stworzeń: bazyliszków, centaurów, mrówkolwów, trójnożnych osłów, niebiańskich kogutów i pożeraczy cieni. A to tylko zalążek wyliczanki, ponieważ bestiariusz Borgesa to książka celowo niedomknięta (na gruncie polskim rozszerzył ten katalog osobliwości Jan Gondowicz w „Zoologii fantastycznej uzupełnionej”).
Krokodyle płaczące i lelki z Werony
Szalone pomysły kolekcjonowania potworów rodzą się w głowach pisarzy o podwójnym temperamencie: encyklopedystów i marzycieli. Dobrym tego przykładem jest Leonardo da Vinci, który w „Zwierzyńcu” sporządza poetycki rejestr gatunków zwierząt, przypisując im ludzkie cechy. Jest w tym dzieckiem swojej epoki: kogut jest wesoły, sęp zawistny, bazyliszek okrutny, a hipopotam ociężały. Powiela też wiele starożytnych przesądów na tematy zoologiczne: Leonardowe krokodyle płaczą, a łabędzie chwilę przed śmiercią słodko zawodzą. Gdzieś to sami słyszeliśmy.
Aż do XVII wieku bestiariusze były encyklopedią wiedzy o świecie, miały pouczać i bawić, a przy tym czule i często bezkrytycznie spoglądały na ludowy zabobon. Liczne i na ogół prawie nieznane dzieła, takie jak dwunastowieczny „Bestiary” Philipa de Thaon czy trzynastowieczny „Bestiaire d’amours” Richarda de Fournivala poetycko ogrywały znane motywy przenikania się światów – boskiego i ludzkiego, dworskiego i ludowego.
Bardziej współczesne zwierzyńce – jak te Borgesa, Guillaume’a Apollinaire’a czy Henriego Michaux – nie mają aż tak bombastycznych ambicji; więcej tu wesołego pokpiwania z średniowiecznej moralistyki, a przede wszystkim – sporo humoru, który jest stanem panującym udzielnie. Apollinaire w „Zwierzyńcu albo świcie Orfeusza” tworzy zabawne rymowanki inspirowane zwierzętami; z kolei Michaux buszuje po krainach pełnych haszyszu i meskaliny, gdzie spotyka pancerze chitynowych szczurów i roztrzaskane głowy krokodyli.
Na tle takich autorów „Bestiariusz” Jeana Giono (1895-1970) – francuskiego pisarza znanego głównie jako piewca prowansalskiej przyrody tudzież twórca głośnego „Huzara na dachu” (1951) – zajmuje miejsce wyjątkowe. To zbiór dziewiętnastu miniatur (przełożonych ostatnio na polski przez Jana Gondowicza), opublikowanych dopiero dwadzieścia jeden lat po śmierci autora. Część ukazywała się w wydawniczych undergroundach jeszcze za jego życia, inne dopiero niedawno wydobyto z jego szuflady.
Całość, w formie tytułowego bestiariusza, to zupełnie nowa wariacja na temat zwierzyńców. Samo spojrzenie na spis treści zapowiada miłą odmianę: żadnych smoków, bazyliszków i jednorożców, zamiast tego słomkoń, modrzynek, zdziwka, kur-wędoryj, szmaragdynka czy lelki z Werony. Rozdziały okalają „Marginalia”, zbiory wymyślonych cytatów, tworzących fałszywą erudycyjną bazę wiedzy, dołączoną do terrarium dziwnych stworzeń. Niechętna ospałość na hasło „bestiariusz” momentalnie znika.
Prowansja – ziemia obiecana
Nikt się tego po Gionie nie spodziewał. Zdaje się, że i on sam z trudem rozpoznał siebie w tym tekście, skoro uparcie nie publikował swojej wersji fantastycznej zoologii (a pracował nad nią jeszcze przed Borgesem, między 1956 a 1965 rokiem). W tym czasie był już autorem poczytnych powieści historycznych, często z Prowansją w tle. Zwrócił na siebie uwagę debiutancką książką „Wzgórze” z 1929 r., o której pochlebnie wypowiadał się André Gide (ten sam kilkadziesiąt lat później wesprze jego kandydaturę do Akademii Goncourtów).
Giono urodził się w Manosque (region: Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże) i w Manosque zmarł. Przez całe życie myślał o sobie: nie do końca Francuz, półkrwi Włoch (jego ojciec, z zawodu szewc, pochodził z Piemontu, stąd obco brzmiące nazwisko), ale w pełni – Prowansalczyk. I pewnie działa tu zasada „kto nie odwiedził, ten nie pojmie”; wszyscy znamy z pocztówek lawendowe pola, gaje oliwne i mydło marsylskie. Już samo określenie „Lazurowe Wybrzeże” myli tropy; Giono krzywi się na nie w eseju „Arkadio… Arkadio…”: „Cóż za kierownik działu to wymyślił? Jeśli ktokolwiek zna tego człowieka, natychmiast należy dać mu order: posiadał bowiem geniusz przeciętności”.
Jak każdy pisarz „geopoetycki” (a więc ten, którego literaturę przeżarł krajobraz), Giono wraca wciąż do tych samych domów, ulic, drzew, górskich i morskich pejzaży. Fabuła często wydeptuje podobny trakt: mała prowansalska osada, w domach mieszkańcy, na ulicach żandarmi, a między nimi jeden odszczepieniec, jakiś zbój lub tułacz, który sieje zamęt we wsi. Tak jest między innymi w opowiadaniu „Zbieg”, gdzie nieoczekiwanie pojawia się biedak, o którym nie wiadomo nic prócz tego, że ma niepokojąco jak na wiejskie warunki białe dłonie i potrafi malować wotywne obrazki.
Giono na wiele różnych sposobów opracowuje temat „centrum-peryferie”, wprowadza i wyprowadza swoich bohaterów z prowansalskiej „ziemi obiecanej”, każe im wybierać między tradycją a postępem (stąd jego ulubioną epoką jest wiek XIX), a przede wszystkim wprowadza do historii przyrodę jako równoprawną postać. Rozsmakowuje się w opisach krajobrazów, kataloguje gatunki roślin, lornetuje chmury i ptaki, rozpisuje się o pogodzie i warunkach atmosferycznych: krowy, pastwiska, wiejska krzątanina, a ponad wszystkim niebo (za przeproszeniem – lazurowe).
Za fantazyjną etnografią kryje się – wtenczas dość wywrotowy – projekt intelektualny, który dzisiaj, w epoce (zmierzchu) zielonego ładu, ruchów ekologicznych i humanistyki środowiskowej, wydaje się „absolutnie nowoczesny”. Dla jednych będzie to czytelnicza rekomendacja, dla drugich skuteczne zniechęcenie. W 2013 r. francuski urząd leśny zainicjował akcję sadzenia buków na dawnym polu bitwy pod Verdun, w której brał udział Giono w czasie I wojny światowej (od tamtej pory stał się pacyfistą i miłośnikiem leśnictwa). Projekt nosił nazwę, jakżeby inaczej, „Giono”, sadzonki przyjęły się i rosną do dzisiaj.
Już w debiutanckim „Wzgórzu” bohater, wbijając łopatę w „skórę ziemi”, spostrzega, że „pod korą drzew płynie krew podobna do jego krwi, a nieokiełznana energia skręca gałęzie i wyrzuca fontanny trawy w niebo”. A w eseju „Kamień”, będącym wykładem z „petrografii egzystencjalnej”, stwierdza już wprost: „Moim zamierzeniem jest wykazać, że materii od ducha oddzielić się nie da”. W jakiejkolwiek oględnej formule zamkniemy ten pogląd, nazywając go panteizmem czy witalizmem, dopatrując się wpływów Homera, Barucha Spinozy czy Walta Whitmana, można dzięki niemu lepiej zrozumieć pomysł tworzenia nowego literackiego zwierzyńca.
Kim jest zwierzę?
Ten „Bestiariusz” otwiera niepokojący obraz, który ustanawia porządek i tematykę książki. Oto ledwo widoczne gołym okiem ruchy wąsów powojów, kiełka fasoli i bluszczu, wyginające się w cichej i powolnej konwulsji; zjawisko przed erą zaawansowanej fotografii nie w pełni poznane. Słowem (naukowo brzmiącym) – tropizmy, które patronują całemu zbiorowi. Już w „Kamieniu” pojawiają się, zadane w autentycznym strachu, retoryczne pytania: „Kogo nie przeszyje dreszcz przerażenia na widok owych poruszających się czułek, najwyraźniej pełnych inteligencji?”. „To niepodejrzewane monstra, wśród których przyszło nam żyć” – odpowiada sam sobie w „Bestiariuszu”. Przejmujący grozą ruch roślin znany jest niemal każdemu hodowcy fasolki.
Trzeba także wspomnieć o kanonicznych dla „nowej powieści” „Tropizmach” Nathalie Sarraute z 1939 r., które Giono z pewnością miał w pamięci, pisząc przedsłowie do czytelnika. I choć zbiór impresji Sarraute jest dużo bardziej intymny, gruntowniej osadzony w ciele i codzienności, Giono staje się owładnięty tą samą myślą, że nauka zamiast odczarować świat, zaczarowuje go na nowo, wydobywa z niego groźne i tajemnicze piękno. W końcu, jak głosi starożytna maksyma, natura rzeczy lubi się skrywać. Oboje, Giono i Sarraute, tworzą literaturę długiego połowicznego rozpadu, wymagającą mozolnego stróżowania przy każdym zdaniu, z żółwią cierpliwością obserwatora przyrody.
Lektura Giona zachęca do odkrywania zaczarowanych i ruchliwych zdań, które ożywają wraz z niespiesznym wodzeniem od jednej do drugiej kropki i przecinka. W dodatku wciąż myli czytelnicze tropy. W „Bestiariuszu” wrażenie to jest szczególnie dotkliwe. Ta książka jest jak połączenie encyklopedii w starym stylu z pamiętnikiem wariata. Cztery, pięć stron (tyle zajmują poszczególne rozdziały) i trzeba odetchnąć. Każda część kończy się grafikami Emile Döre (bliźniaczo podobnymi do surrealistycznych rysunków Rolanda Topora), przy których wzrok na chwilę się odpręża. Giono jednak dalej wodzi za nos, przeciąga z czytelnikiem linę, zwleka z odpowiedzią na najważniejszą zagadkę tej książki: czym (kim) właściwie jest zwierzę?
Zaczyna się zwyczajnie, od ziarnka tytoniu, dziwnego gatunku ptaka, owada czy ryby. W oczekiwaniu na opis niesamowitego życia zwierząt wzrasta jednak zniecierpliwienie; w końcu Giono wcale nie zamierza traktować swoich straszydeł z powagą kolekcjonera. Zamiast pisać o bestii z Gévaudan, zaczyna studiować przyczyny niepokoju, jaki odczuwa na widok ryżego kelnera w bistro, potem analizuje sposób otwierania przez niego drzwi wahadłowych (czubkiem buta), by na koniec, ni stąd, ni zowąd, przejść do opisu fontanny sterczącej na placu koło Alei Wyzwolenia, potykając się jeszcze po drodze o wątki masońskie. A wszystko zaczęło się od zdania: „Chciałem dowiedzieć się, czym była bestia z Gévaudan, o której trąbiono mi w uszy”.
Nieistotne, czym była bestia, podobnie jak z ziarnkiem tytoniu, które okazuje się drobniutkim zwierzem, żyjącym w korze drzewnej. Szczególnie uderza absurd zakończenia: piłując drzewa z ziarnkami tytoniu, „widzi się nie tylko grunt jego reguł społecznych, których sens umyka naszej analizie, ale też pejzaż tych reguł: ulice, miasta, place, fora, agory, dziedzińce”. Po kilku podobnych zakrętach (w końcu tropos to po grecku „obrót”) łatwo się zorientować, że za pełnym fałszywej erudycji miszmaszem treści kryje się sekretna radość parodii.
Jednak nie tyle o sarkastyczne burzycielstwo czy śmichy-chichy z bajek zwierzęcych tu chodzi, ale – mając w pamięci powagę, z jaką podchodzi Giono do „kwestii przyrody” – o próbę odpowiedzi na pytanie: co nazywa się zwierzęciem?

Afront
Kaskaderskie ciągi skojarzeń prowadzą jednak okrężną drogą wciąż na wygwizdowo. To kraina stylistycznych i językowych zabaw, gdzie zwierzę trąca nie-zwierzę, a to, co osobowe, trzyma się z tym, co martwe. Sytuacja znana już z Gombrowicza: człowiek na koniu, szczur na kogucie, kura na wielbłądzie, a pies na bawole. Dlatego lelki z Werony, ptaki społeczne, otaczają się merami, namiestnikami i prefektami; The Bear rozmawia o futbolu wyłącznie po angielsku; a dla szarej, myszatej zdziwki – i tu może chapnąć nas zdziwko – Chrystus wylądował na krzyżu. Trudno powstrzymać się od dalszej wyliczanki. Może jeszcze trochę o Minusie, który żywi się ludźmi i przeżuwa stolice państw, no i koniecznie o modrzynku, który zamieszkuje brodę Karola Marksa.
Między jedną a drugą historią rozpychają się „Marginalia”, które wyprowadzają lekturę w jeszcze dalsze (już nie uroczo-prowansalskie) pole. To przypadkowe i często zmyślone cytaty; wypisy z podejrzanych pamiętników, dykcjonarzy, leksykonów dobrych manier, traktatów, kronik historycznych, prywatnych listów, bądź zbiory anonimowych wypowiedzi w rodzaju: „Nie lękaj się, aliści nie chodź do balwierza”. Te wykolejone „pasaże” jeszcze bardziej oddalają możliwość odpowiedzi na pytanie, o czym naprawdę traktuje bestiariusz Giona. Tak jakby sam autor chciał powiedzieć, że świat składa się z nieskończenie wielu bestii, zdanych na łaskę i niełaskę naszej wyobraźni i języka.
Lektura „Bestiariusza” to zbawienny afront dla zdrowego rozsądku. Tresura czytelniczych przyzwyczajeń musi w końcu ulec złamaniu. Do zwierzyńca dołączona jest fikcyjna encyklopedia, która nie wskazuje różnicy między zwierzęciem a człowiekiem, wprowadza przyjemny zamęt do słownika, miesza porządki i spłaszcza hierarchie.
To ma na myśli Giono, skarżąc się w eseju „Wielkie przedstawienie”: „Nauczyliśmy się zawsze odkładać po jednej stronie to, co istnieje, po drugiej zaś to, co nie istnieje”. A przecież bluszcz wykonuje swój przeciągły taniec, Minus powoli podgryza nasze stolice, a ziarnko tytoniu sprawuje autokratyczną władzę nad korą drzewa. Jak widać, bestyjek jest wiele, a każda inna.

Jean Giono „Bestiariusz”, przełożył Jan Gondowicz, Lokator, Kraków 2025
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















