Nowa ekranizacja „Emmanuelle”. We Francji przyjemności traktujemy serio

Dziś – kiedy widzieliśmy już Sodomę Pasoliniego i Sycylię Blanki Lipińskiej – harce Emmanuelle sprzed pół wieku wydają się pocieszne i niewinne. Dlatego w nowej ekranizacji prawie wszystko się zmienia.
z Paryża
Czyta się kilka minut
Noémie Merlant w filmie "Emmanuelle", 2024 // Fot. materiały prasowe
Noémie Merlant w filmie "Emmanuelle", 2024 // Fot. materiały prasowe

Najpierw była książka, potem film z 1974 roku, a dziś we francuskich kinach dostępna jest już druga adaptacja (nie, nie remake – zastrzega reżyserka w każdym wywiadzie). Ja „drogę do serca kobiecej przyjemności” pokonałam w odwrotnym kierunku. I choć film „Emmanuelle” Audrey Diwan jest estetycznym cacuszkiem, a film Justa Jaeckina – z dzisiejszej perspektywy – pociesznym starociem, jak zwykle książka była najlepsza. Ale po kolei.

Emmanuelle 1: nostalgia za czasami, kiedy z seksem należało się kryć

Wszystko zaczyna się w 1959 roku. Do księgarni trafia książka bez nazwiska autora i nazwy wydawcy. Osiąga nieprawdopodobny sukces – wśród zwykłych zjadaczy bagietek i, o dziwo, wśród krytyków, którzy piszą o intelektualnej drodze do przyjemności, podkreślają erudycyjne odniesienia i cytaty. Publiczność skupia się raczej na erotycznych przygodach młodziutkiej Emmanuelle w Tajlandii.

W 1967 roku książka ukazuje się ponownie w wydawnictwie Érica Losenfelda Le Terrain Vague z nazwiskiem autorki (fałszywym). Emmanuelle Arsan to tak naprawdę Marayat Rollet-Andriane, wywodząca się z syjamskich elit żona wysoko postawionego francuskiego dyplomaty. 

Książka natychmiast trafia na cenzurowane: zakaz sprzedaży nieletnim, zakaz reklamowania. Mimo to (a może dzięki temu) i tak sprzedaje się świetnie. No i otacza ją legenda: wydawca dostał rękopis z Tajlandii, wydał go, choć wisiały mu już nad głową procesy za publikację m.in. markiza de Sade’a.

Noémie Merlant w filmie "Emmanuelle", 2024 // Fot. materiały prasowe

Zdaniem literaturoznawczyni Camille Moreau, autorki wstępu do najnowszego francuskiego wydania „Emmanuelle”, wartość książki tkwi w tym, że buntuje się przeciwko podwójnym standardom i nie zgadza się na „paradoks Casanovy i prostytutki”, czyli przekonanie, że swoboda seksualna i mnogość partnerów jest dla mężczyzn osiągnięciem godnym podziwu, a dla kobiet oznaką moralnej degrengolady lub braku szacunku do samej siebie. Według Moreau Francuzki nadal padają ofiarą tego krzywdzącego stereotypu. Pokazując bohaterkę inteligentną, silną i pewną swoich pragnień, Emmanuelle Arsan oferuje alternatywny model kobiecości. 

Emmanuelle 2: najdłuższa pieszczota francuskiego kina

Film Justa Jaeckina z 1974 roku obejrzało 350 milionów ludzi na całym świecie. Przez dwanaście lat nie schodził z afisza kina przy Polach Elizejskich, przez co zdobył tytuł „najdłuższej pieszczoty francuskiego kina” – La plus longue caresse du cinema français, jak głosi tytuł poświęconego filmowi dokumentu Clélii CohenPokolenia Francuzek fantazjowały o seksie z przystojnym nieznajomym, a wiklinowy fotel Pomare (przez Anglików zwany peacock chair), z którego tytułowa bohaterka uwodzi na afiszu, już na zawsze zostanie „fotelem Emmanuelle” i symbolem wyuzdanych uciech.

Dziś – kiedy widzieliśmy już Sodomę Pasoliniego i Sycylię Blanki Lipińskiej – tamte harce w tropikach wydają się pocieszne i niewinne. Ale w 1974 roku – kiedy Francja była co prawda już po rewolucji sześćdziesiątego ósmego, ale ciągle jeszcze w gorsecie katolicyzmu i konserwatyzmu (po długich rządach de Gaulle’a i Pompidou) – „Emmanuelle” wywołała prawdziwy skandal. „Bezwartościowy, gorszący chłam” – pomstują panowie w archiwalnych filmikach.

Ogromnej popularności film nie zawdzięcza jednak wyłącznie tak zwanemu succès de scandale – dużą rolę odegrał też idealny timing. Jest podglebie rewolucji hipisowskiej, jest chęć zrzucenia pęt katolickiej przyzwoitości, jest pigułka – tylko podniet i kina erotycznego brak. Dwa lata wcześniej (1972) triumfy święciły „Ostatnie tango w Paryżu” Bertolucciego i „Głębokie gardło” Gerarda Damiano, więc biznesmen Yves Rousset-Rouard uznał, że czas zarobić wreszcie na rodzimej produkcji. 

A że środków miał mało, znalazł reżysera, który jeszcze nic nie wyreżyserował (Just Jaeckin był znanym fotografem), debiutującą aktorkę (Holenderka Sylvia Kristel wcześniej grywała w reklamach proszku do prania) i razem z niewielką ekipą wysłał ich na sześć tygodni do Bangkoku. Taśmy filmowej mieli tyle, że starczało na jednego dubla, a Sylvia nie była w stanie nauczyć się tekstu. I wstydziła się scen erotycznych, więc dla kurażu upijała się piwem. Ekipa podczas kręcenia została zatrzymana przez lokalną policję, wysłany do centrali nieobrobiony materiał w ogóle nie zachwycał. Przedsięwzięcie wisiało na włosku.

A potem zadziałała magia montażu i powstał film, który porwał masy. Czy to muzyka Pierre‘a Bacheleta, czy androginiczna, nieoczywista uroda Sylvii Kristel, czy – jako się rzekło – głód podobnych treści sprawiły, że Francuzi tłumnie ruszyli do kin, a Yves Rousset-Rouard zaczął produkować kolejne popłuczyny po swoim przeboju.

Pierwsza ekranizacja do dziś wzbudza kontrowersje, ale już nieco innej natury. Z jednej strony krytycy są zgodni, że to kamień milowy w historii kina i cegiełka na poczet wyzwolenia seksualnego. Młoda dziewczyna w luźnych jak na epokę strojach odkrywa masturbację, seks lesbijski i nieokiełznaną przyjemność. Niektóre feministki okrzyknęły ją nawet ikoną kobiecej emancypacji. Inne mają jednak problem z jej bardzo młodym wiekiem – jak śpiewa Pierre Bachelet: „jesteś niemal dzieckiem…” – i wyzierającym zza kamery male gaze. Stąd po pół wieku kobieca reinterpretacja Audrey Diwan, którą oglądamy dziś we Francji.

Emmanuelle 3: licencja na dominację

Diwan jest reżyserką i scenarzystką z feministycznym pazurem. Interesują ją głównie kobiece historie i kobiecy punkt widzenia. I trudne tematy, takie jak aborcja („Zdarzyło się” na podstawie książki Annie Ernaux) albo przemoc w związku („Tylko my dwoje”czyli ekranizacja powieści Érica Reinhardta).

„Emmanuelle” traktuje o przyjemności. Zawiedzie się jednak ten, kto liczy na frywolny film erotyczny czy soft porno. Jak to we Francji, przyjemność bierze się tu na poważnie. Poza tym Diwan jest reżyserką z misją.

„Emmanuelle” nie miała być więc uwspółcześnioną wersją kultowego filmu sprzed pół wieku ani nawet ekranizacją książki. Diwan sięga do tekstu Emmanuelle Arsan po ogólny zarys fabuły i bohaterkę poszukującą cielesnego spełnienia. A poza tym prawie wszystko zmienia – nie Tajlandia, a Hongkong, nie dziewiętnastoletnia żona dyplomaty, tylko niezależna kobieta w wieku balzakowskim.

Noémie Merlant w filmie "Emmanuelle", 2024 // Fot. materiały prasowe

W tej roli zjawiskowo piękna Noémie Merlant, która ma pracę, o jakiej marzy chyba każdy – jest „tajemniczą klientką” luksusowych hoteli. Lata wyłącznie pierwszą klasą, sypia tylko w pięciu gwiazdkach, na drinka przy basenie czeka najwyżej dwie minuty. 

Ubrana w przepiękne stroje zasiada do wykwintnych kolacji, sprawdza miękkość ręczników, celowo stwarza obsłudze trudności, testując profesjonalizm i cierpliwość pokojówek, lokajów i konsjerży. Ma wszystko, z wyjątkiem orgazmu. 

Choć sypia z mężczyznami i kobietami w samolocie, w jedwabnej pościeli i w szopie na narzędzia, masturbuje się solo i w duecie, nie znajduje spełnienia. I praktycznie w ogóle się nie uśmiecha, a zbliżenia na jej twarz w trakcie stosunku przywołują na myśl wizerunki średniowiecznych męczennic. 

Nie jest to nawet seks nieudany, codzienny, trochę niezgrabny. Nie, tu wszyscy są czyściutcy i uczesani, jedynym płynem jest szampan, a jedynym językiem międzynarodowy angielski, którym Emmanuelle, w przeciwieństwie do swojego książkowego pierwowzoru, włada perfekcyjnie. I może na tym polega problem? 

W klimatyzowanym pałacu zabrakło tropikalnego skwaru, potu i radosnego świntuszenia. Bohaterka aż do końca zaciekle dąży do orgazmu. „Walczy o siebie i prawo do przyjemności” – deklaruje Diwan. W ferworze tej słusznej sprawy reżyserce jednak umyka, że jej bogata biała dama traktuje lokalnych mieszkańców jak maszynki do dostarczania usług i uciech. Być może to po prostu metafora tego, jak Europa postrzega dziś resztę świata, ale czy film o poszukiwaniu seksualnej przyjemności kobiet naprawdę musi mieć dziś znamiona takiej przemocy?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”