Rzecz dzieje się w Tarnobrzegu, czyli nigdzie. Miejsce akcji określono co najmniej niedbale. Do tego zatrzęsienie postaci, trochę jak w dożynkowym korowodzie na podkarpackiej wsi. Zbyszek, Euzebinio, Krzysztof, Jan z Nowego Królestwa, Mister Ręczniczek i kibice Siarki Tarnobrzeg. Wszyscy jednako zadzierający głowy w oczekiwaniu na koniec świata. A ten przychodzi nie z hukiem, ale końskim parsknięciem.
Jaki jest konik
Wojciech Kopeć, tegoroczny laureat Literackiej Nagrody GDYNIA w kategorii Poezja, w tomiku „jest taki konik” przedstawia poetycką wersję stajni Augiasza. Z oparów absurdu energooszczędnego, niemopsożelaznego już piecyka (o którym nie śnił Aleksander Wat), wyłania się, oprócz koni, stado chimer. A wszystko to na placu budowy, którym zaczyna się i kończy książka Kopcia.
Warkot koparek spotyka się z tętentem kopyt, szkodliwą dla środowiska przeszłość traktuje się spycharką. Na jałowej ziemi wyrastają wieżowce („sadzone od wieków” i „żadne delfinarium tego nie zmieni”), a rośliny okopowe umierają („dlaczego buraki pastewne przeżyłyby powtórne przyjście zbawiciela, ale nie przeżyłyby wojny nuklearnej?”).
W tle słychać jeszcze zawodzenia: „Dlaczego nikt nie zagląda do piecyka, / kiedy jest mu smutno? Dlaczego ławeczki pouciekały / spod bloków (…)”. A to dlatego, że firma przemysłowa Panattoni (nie jest to lokowanie produktu, a cytat z wiersza) właśnie wkroczyła na rynek polski i zerwała bałtyckie mierzeje.
Przy piecyku nikt się już nie wygrzewa ani nie szuka rozbitej podmiotowości (chwała i cześć Watowi, który widział siebie z dwóch stron piecyka naraz). Kopciuch po prostu śmierdzi i burzy zielony ład. Jak celnie komentuje poeta: „Kalafior było na imię sytuacji, w której, chcąc nie chcąc, się znaleźliśmy”. Dawny świat zjadły już „PE-CE-FAŁ” i „GIE-EM-O”, a wraz z nim pogrzebano „ojcowskie cukinie w chlewie”, wynaturzono drzewka osikowe, oskubano wisienki i sprasowano banany Ferrara.
Języki fafirafa
Koniec świata jest podstępny. Krzysztof, Zbyszek, Euzebinio, a nawet „ostatni człowiek” Johnny Wichłacz nucą co prawda piosenkę o końcu świata, choć żaden z nich nie dowierza, że oto „staje się już”.
Jeszcze żywa jest „złota era tarnobrzeskiego ping ponga”, jeszcze marzy się o nowym San Francisco. Pobrzmiewa tu zawołanie Henry’ego Michaux z wiersza „Przeciw!”: „A ja wam zbuduję miasto z łachmanów! / Zbuduję bez planów i cementu / Budowlę, której nie dacie rady zburzyć” („Meskalina i muzyka”, przeł. J. Kornhauser, W. Rapak). Czy jednak miasto bez maszyny i masy da się w ogóle utrzymać?
„Z końmi nikt nie chce współpracować”, głosi poeta w „Glinianym naczynku spod Stajni”. Należą one do dawnego świata, na placu budowy nie za wiele się przydadzą. Mogą jednak – i to jest cicha obietnica, którą daje się tu wyczytać – stać się zarzewiem rewolty.
Wcale nie chodzi tu o powrót do epoki koni zaprzęgowych. Najlepszą rewolucją okazuje się przedrzeźnianie języka fafirafa, zniszczenie sztucznej harmonii przez parsknięcie. Krnąbrny konik, złośliwa bestia, psuje zabawę dużym graczom.
Co prawda, jest już wyczerpany wieloletnim wyzyskiem feudalnej biowładzy, złapał zadyszkę na futurystycznych gonitwach po świetlaną przyszłość, ale nadal, raz po raz, staje na tylnych nogach, by pokazać burzycielską siłę śmiechu „ihaha”.

Brzmi współcześnie i zarazem odwiecznie, bo i czas trwania budowy pozostaje u Kopcia nieokreślony. Poeta sięga daleko wstecz, by jednym skokiem znaleźć się u progu trzeciego tysiąclecia. Czas ma strukturę warstwową, niczym „olbrzymia kanapka boss” z wiersza otwierającego tomik.
Na rozkopanym placu zalegają skamieliny dinozaurów, szczątki cywilizacji minojskiej i relikty staroegipskich kultów Apisa, Ptaha i Sfinksa. Jan, prorok z Nowego Królestwa, mruczy pod nosem dawne pobożne hymny, wierząc nadal, że „to, co najbardziej przepastne i nieskończone, musi być przez człowieka wyśpiewane”.
Czasem jeszcze z wnętrza ziemi dobiega głos intonujący pieśni „ambrozjańskie, neopolitańskie, przedsoborowe i posoborowe”. Ale to już ostatni raz. Za moment Jan weźmie swój obwoźny sklepik z dewocjonaliami i wyruszy do sąsiedniego miasteczka. Wobec takiej koncepcji czasu i przestrzeni nawet „fizyka einsteinowska kapituluje”.
W świecie na opak
O zaletach konika można by jeszcze wiele. „To najpożyteczniejsze zwierzę w całym stworzeniu”, zachwalał Laurence Sterne w „Tristramie Shandym”. W wersji dla hedonistów konik to po prostu „ucieszny mały podjezdek, na którym powolni kaprysom możecie odbyć krótką przejażdżkę”. Pozwala – coś dla eskapistów – „łagodnym kłusem oddalić się od frasunków i niespokojności życia”. O konikowej materii ustami Sterne’a można rozprawiać długo, rozkoszując się samym cytowaniem. Pasję tę zdaje się podzielać Wojciech Kopeć, zarówno na poziomie tematu, jak i metody.
Dygresyjność, która w „Tristramie” była jeszcze funkcją retardacji, przetrzymania czytelnika w boksach startowych, u Kopcia usamodzielnia się, stając się samą racją tekstu. Długie, opisowe nagłówki fragmentów jego prozy z daleka pozdrawiają rozpasane tytuły siedemnasto- i osiemnastowiecznych powieści sowizdrzalskich.
W świecie na opak Wojciecha Kopcia nie wiadomo, komu kibicować. Czy Mister Ręczniczek zawładnie światem, który jaki jest, tylko konik widzi? Zostaje jeszcze kwestia nowoczesnego przemysłu, cyborgizacji, modyfikowanych marchewek, niewegańskich frankfurterek i kondycji tarnobrzeskiego ping ponga.
„Jest taki konik” to awangarda w przebudowie. Owszem, buntuje się przeciw banalności życia, mruga wesoło do futurystów, tak jak oni maltretuje składnię i patrzy, czy wers równo puchnie. Podziela z nimi marzenie o „takim koniku”, który przeniósłby świat do utopii Nowego Królestwa (prowincji Tarnobrzega albo Tennessee).
Plac budowy to jednak wysypisko śmieci (i śmierci), rupieciarnia pełna zużytych rekwizytów, które tworzą nierozkładalne hałdy. Szybki koń futurystów grzęźnie w resztkach żelaznego piecyka i traci swój dawny impet. W tym zasapaniu, które odbiera mowę, Kopeć przedstawia własną wersję awangardy zatroskanej o przeszłość, o wszystko, co wycofane z obiegu i zepchnięte do lamusa. Z placu budowy nie da się uciec. Ale można jeszcze postawić na dobrego konia.

Wojciech Kopeć, jest taki konik, Wydawnictwo papierwdole, Wrocław-Kraków-Tennessee 2023.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















