Jest rok 1760 – rok po publikacji pierwszych tomów „Życia i myśli JW Pana Tristrama Shandy”. Joshua Reynolds maluje portret autora, Laurence’a Sterne’a. Albo Tristrama Shandy’ego. Tak czy owak, z obrazu uśmiecha się do nas mężczyzna w czarnej szacie duchownej i kosmatej peruce. Ot, poczciwy pastor o rysach suchych i szlachetnych; na sekretarzyku kałamarz i stos zapisanych kartek, pewnie notatek do niedzielnego kazania albo szkic traktatu o dobrych obyczajach.
Coś sprawia jednak, że spoglądam jeszcze raz. Postać wykonuje gest, który ikonografowie mogliby nazwać „melancholijnym”. Jego rysów nie trapi jednak czarna żółć. Jeśli cokolwiek ją trapi, to ironia, choć trochę mroczna i zaczepna. Sterne patrzy nieco spode łba, co przy głęboko osadzonych oczach i dość wydatnym nosie (o tym szczególe później) nabiera kpiarskiego, figlarnego wyrazu.
W uśmiechu Sterne’a jest ukryty zamiar, aluzja albo i chytrość rozumu, ale bez kabotyństwa czy śmiesznych aspiracji, mimo prowokującego czy wręcz wyzywającego gestu oparcia drugiej ręki o biodro. Blada plamka światła pada na wysokie czoło i zadaje odwieczne sentymentalne pytanie: co dzieje się wewnątrz tej głowy?
Gdy patrzę ponownie na obraz Reynoldsa (trzeba dodać – mistrza w portretowaniu oświeceniowych notabli), słyszę zdanie wypowiadane przez Tristrama w jego autobiografii: „Świat jest jednym z najnikczemniejszych światów, jakie kiedykolwiek zostały stworzone”. Albo: „Tristramie Shandy – byłeś i po wsze czasy będziesz igraszką błahego przypadku”. Wszystko to wypowiedziane oczywiście powoli i bez egzaltacji, ściszonym, ale głębokim głosem, z eleganckim frazowaniem i pełnym dbałości akcentem.
U Dickensa w „Życiu i przygodach Nicholasa Nickleby” czytamy: „Uśmiechu używamy w wizerunkach dam i dżentelmenów, którzy żyją z własnych funduszów i którym nie zależy tak bardzo na mądrym wyglądzie”. Co do funduszów, trzeba przyznać mu rację (w końcu sukces finansowy „Tristrama” umożliwił pisarzowi dalsze publikacje), co do reszty zdania – widocznie Dickens nie widział portretu Laurence’a Sterne’a.
Ostatni rzut oka na obraz Reynoldsa – tak, Tristramie Shandy, widzę cię w rysach Sterne’a.
Dreszczyk
Nie ma rzeczy bardziej niebezpiecznej niż pisanie o dziełach, które same zawierają własną krytykę. Sterne wielokrotnie wytacza rzęsiste kanonady przeciwko „stworom zwanym krytykami”, mości panom o wielkich perukach i długich brodach; utyskuje na ich niedostatek humoru i zbytnie przywiązanie do tradycyjnych reguł pisarskich. Do odbiorców przemawia zawsze bezpośrednio (per „czytelnicy”, ale także „panie” czy „piękna czytelniczko”), niekiedy wydaje im rozkazy („żądam, abyś natychmiast przeczytała cały rozdział”), a nawet egzaminuje ich z wiedzy o świecie („czy wśród przeczytanych przez ciebie książek znajduje się dzieło Locke’a »O rozumie ludzkim«?”).
Powieść ta jest przecież z założenia nieudolna, programowo niedorobiona i niedokończona (także z powodu śmierci autora, która przerwała siedmioletni proces ogłaszania kolejnych tomów). I gdyby nie fakt, że z obrazu Reynoldsa patrzy na nas człowiek w peruce, pomyśleć by można, że mówimy o powieści postmodernistycznej.
Wznowienie, jedynego jak dotąd, polskiego przekładu (autorstwa Krystyny Tarnowskiej) XVIII-wiecznego klasyku z XXI-wiecznym posłowiem Adama Lipszyca odświeża nam pamięć o tym, że korzenie literackich eksperymentów są znacznie starsze, niż może się wydawać wielbicielom Joyce’a. W nowym wydaniu znajdziemy o wiele bardziej rozszalałą i błazeńską interpunkcję, zgodną rzecz jasna z temperamentem Sterne’a.
Pauzy, półpauzy, myślniki siekają tekst aż miło, przecinki, średniki i dwukropki dodają mu dziegciu – całość edytorska jest po prostu wspaniale irytująca. Lipszycowi nie brak wspominanego dowcipu i brawury, dzięki czemu w jego krótkim eseju można przeczytać o „Shandym” jako „kontrewangelii literatury nowoczesnej”, a także zagłębić się w – podszyte rzecz jasna psychoanalizą – analizy wątków rynologicznych (związanych z nosem), kluczowych dla przebiegu fabuły.
JW Pan Shandy to niedo-człowiek – cała jego bezradna autobiografia mówi w końcu o katastrofie egzystencji (w znaczeniu ex-sistentia – wydobywanie się, wychodzenie poza, by posłużyć się koniecznym tutaj makaronizmem). Opowieść o jego życiu kończy się, zanim się w ogóle zacznie. Tristram z trudem matki, ojca, akuszerek i wysiłkiem rzeszy filozofów „wydobywa się” na świat i tak (proszę wybaczyć, brzydko mówiąc, spoiler) kończy się cała książka. Zdradzenie zakończenia nie jest jednak zdradą wobec dzieła, bo cały wysiłek narratora skupia się na tym, co dzieje się tuż przed narodzinami. A dzieje się wszystko.

Poczęcie
Najtrudniej zacząć od początku. I nie o dzieciństwo tu chodzi, ale o sam akt poczęcia, moment zdecydowanie w historii literatury „niedoreprezentowany”. Nikt przed Sternem nie poświęcił tyle miejsca przyczynie sprawczej egzystencji. Dla Sterne’a na początku było nie słowo, nawet nie chaos, ale błahe i prozaiczne pytanie: „czyś nie zapomniał nakręcić zegara?”. To nieszczęsne zdanie pada z ust matki w chwili, tej właśnie chwili wypełniania (burżuazyjnie pojętych) „małżeńskich powinności”. Na co ojciec Walter Shandy, będąc jedną nogą w transcendencji, a drugą w immanencji (jak inaczej określić ten kłopotliwy stan pomiędzy?), zanosi się teatralnie: „Przebóg! Czy kiedykolwiek od stworzenia świata niewiasta przerwała mężczyźnie tak głupim pytaniem?”. I wbrew pozorom nie jest to pytanie retoryczne, ale stwierdzenie niewygodnego faktu: każde poczęcie zderza się z błahością. Na nic zdają się utyskiwania – jak w pierwszym zdaniu powieści – „Żałuję, że mój ojciec albo moja matka nie pomyśleli, co robią, kiedy mnie poczynali”.
W gruncie rzeczy każdy początek jest skandalem – obyczajowym, moralnym, a nade wszystko metafizycznym. Jednak wszystko, co dzieje się w książce potem, dodatkowo spiętrza tę „inicjalną katastrofę” i w rezultacie otrzymujemy powieść-hydrę o wielu dygresyjnych głowach, z których każda walczy o prawo głosu.
Gesty
Dygresyjność u Sterne’a to bardziej szaleństwo niż metoda. I to może przyczyniło się do mitu nużącej nieprzystępności jego dzieła, o którym każdy słyszał, a które niewielu w całości przeczytało. Sprawy literackiej kompozycji Sterne przeżywa do głębi, z pasją iście architektoniczną (czy wzniesie się? a może runie?). Odpowiedź tkwi pomiędzy – ani się wzniesie, ani nie runie, skoro przedmowa znajduje się w środku książki, w księdze czwartej brak jednego rozdziału, a kilka fragmentów zostało w zupełności wyciętych. Naczelną obsesją jest utrzymanie konstrukcyjnej równowagi między narracją (życiem) a dygresją (myślami). Jak sam pisze z rozbrajającym samolubstwem: „wszystkie moje dygresje są zgrabniuchne i lubo odbiegam od głównego tematu (…), baczę jednak pilnie, aby w ten sposób układać swoje sprawy, iżby główny wątek nie próżnował podczas mojej nieobecności”.
Głównym motorem poszerzania tekstowych peryferii jest tutaj szczegół. Ot, drobny, „podzwyczajny” gest, strzepnięcie popiołu z fajki albo sięgnięcie ręką do kieszeni płaszcza. Sterne należy do wielkiej rodziny pisarzy gestolubnych (Proust, Kundera, Sartre – otwieram licytację), a może, z racji chwili urodzenia, jest tego rodu protoplastą. Gest staje się tu błędnym ogniwem, które rozbija łańcuch dotychczasowej narracji, wyprowadza ją w pole, pozwalając słowom biegać wolno.

Zagadka
Obsesyjne skupienie na pojedynczej pozie, wyrazie twarzy czy ruchu ciała czyni ze Sterne’a fotografika avant la lettre. Wystarczy wspomnieć brawurowy opis tego, jak pochyla się ciało kaprala Trima w pozie „znakomitego oratora” – co znaczy, że jego korpus tworzy z podłogą kąt 85 i pół stopnia (swoją drogą, to całkiem nietrudne i raczej nieefektowne). Albo dokładne analizy odcienia pochmurnej, naburmuszonej twarzy Waltera, która ściemniała o całe 6 i pół tonu. Bynajmniej nie są to zwykłe przerywniki akcji, które przebiega się pospiesznie jak nudny opis przyrody. Jeśli autobiografia Tristrama gdziekolwiek się spełnia, to właśnie w dygresjach.
Tam, gdzie mowa o stryjaszku Tobym i jego wojennych perypetiach, tam, gdzie ojciec wygłasza przepastne scholastyczne monologi na temat pochodzenia duszy, wpływu wielkości nosa na życiowe powodzenie, które doprowadzają do Rabelais’go, Rabelais do św. Tomasza z Akwinu, a św. Tomasz z Akwinu do diabła, a diabeł do…i tak dalej; w tych wszystkich popisowych marginesach, zboczach i urywkach obecne są najpełniej życie i myśli Shandy’ego.
Niezwykłą trzeba mieć cierpliwość, zgoła niewspółczesną, aby zawiesić chęć szybkiego rozwiązania zagadki życia. Sterne poucza nas – czasem naiwnych amatorów szybkich kryminałów, mocnych wrażeń i suspensów – że życie ludzkie (dydaktyzm przeszedł już na mnie) jest, uwaga, nierozwiązywalne.
Po tylu latach doświadczeń nadal z lekką irytacją podchodzimy do dygresji. Wciąż niecierpliwimy się na przydługie historie z młodości naszych rodziców i dziadków, nie mogąc uwierzyć, że zagadka pozostaje zagadką, a opowieść nigdy nie dogoni życia. Gdybyśmy, jak Sterne, wydawali dwa tomy autobiografii rocznie, to i tak nie dogonimy ani Godota, ani Knausgårda.
Bałamutne usposobienie
„Jak tam wasze głowy? Moją ból rozsadza nieznośny”, pisze pod koniec jednego z tomów Tristram Shandy, jakby przeczuwając, że opisany ciąg epizodów może przyprawić o mdłości. W rzeczywistości jednak nieczęsto tak bywa – uczone monologi ojca ratują dynamikę dygresji, a to ze względu na ich szczególny humorystyczny potencjał. Życie (płodowe i porodowe) Tristrama toczy się w cieniu zażartych sporów metafizycznych, teologicznych, fizycznych, matematycznych, technicznych i ginekologicznych (ostatecznie – enigmatycznych), prowadzonych przez Waltera i jego brata Toby’ego. A życie, jak to życie, rozgrywa się gdzie indziej, na pierwszym piętrze starego domu, gdzie kręcą się zaaferowane akuszerki, służące wydają posiłki, a matka w bólach rodzi potomka.
Na dole, w salonie z kominkiem, siedzą rozdyskutowani dżentelmeni. Omawiane są cnoty charakteru stryjaszka Toby’ego, jego „poczciwość” i „skromność serca”; ponadto historie wojenne z czasów młodości z udziałem kaprala Trima, w szczególności geneza rany postrzałowej w pachwinie, która wymaga teoretycznego wprowadzenia z zakresu nauki o fortyfikacjach (należy odróżniać rawelin od fosy), a także podstawowej wiedzy o parametrach przekroju stożkowego pocisku – i tak aż do zadyszki.
Tworzy się również dysertację w przedmiocie słowa Tristram (co znaczy „smutniak”), w której ojciec, grubo przed narodzinami dziecka, tłumaczy się z nieprzezwyciężalnego wstrętu do tego imienia. Swojego potomka pragnie nazwać dumnie Trismegistos („po trzykroć wielki”) i tylko słaba pamięć służącej Zuzanny (ach, te błędy niewieście!, wzdycha mizoginicznie Walter), której zadaniem jest donieść pastorowi o imieniu przed ceremonią chrztu, powoduje, że syn z Wielkiego staje się Smutniakiem, ledwo poczętym i niedo-nazwanym.
Tristram jest objęty szczególną, „teoretyczną” opieką – rozważa się moralne i metafizyczne skutki spłaszczenia głowy noworodka w trakcie porodu, dyskutuje się nad hipotezą wpływu imienia nadanego podczas chrztu na cnotliwość charakteru i, wreszcie, na wiele sposobów omawia się „kwestię nosów”, ich długości i wydatności, opierając się na traktatach autorytetów w dziedzinie „rynologii filozoficznej”. Szczególnie ostatni wątek, tak wdzięczny dla psychoanalizy, skrzy się od sprośnych aluzji, czym fachowo zajął się Lipszyc, toteż i ja w porę milknę.
Zaczepek, mrugnięć okiem i ledwie przeczutych seksualnych fantazji jest w powieści mnóstwo. Dziś pewnie nie bawią nas tak bardzo, bo i my mniej niewinni, i nasze tempora już innymi rządzą się mores. Jeśli coś nas śmieszy, to sam wysiłek autocenzury, „wygwiazdkowanie” nieprzyzwoitych słów i części ciała, wszystkie te prewiktoriańskie podchody, by powiedzieć, nie mówiąc.
Poza tym pamiętać trzeba, że przemawia do nas anglikański pastor w prawdziwej duchownej szacie (powracam do Reynoldsa), który umiejętne pisarstwo pojmuje jako sztukę dyskrecji. Sterne’owskie zasłony i woalki to jednak przede wszystkim miłość do literackich gier i dwuznaczności. I nawet (a może szczególnie wtedy), gdy się zapiera: „oświadczam, że pod słowem »nos« (…) rozumiem »nos« – i nic mniej ani nic więcej”, bierzemy to na karb jego bałamutnego usposobienia.
Popęd
Zerkam na portret Sterne’a po raz ostatni, bo z nadmiaru i moją głowę „ból już rozsadza nieznośny”. Dostrzegam grymas, który zdaje się wyrażać to, co trafnie potem zauważył Kundera w przedmowie do „Kubusia i jego pana”: „wszystko zostaje poddane wątpieniu, wszystko jest grą, wszystko jest zabawą”. Według Kundery Sterne wydeptał nowy ludyczny trakt literatury, niesłusznie potem zmarginalizowany i zbyt rzadko uczęszczany (z chlubnym wyjątkiem Diderota i samego Kundery).
Trzeba być naprawdę pozbawionym sentymentalnych złudzeń i nie ulec panice wszechobecnej powagi, żeby nie zobaczyć w uśmiechu Sterne’a niczego poza humorem. Na przykład nie ujrzeć w jego bladej twarzy trawiącej go choroby. Niezręcznie jest kończyć śmiercią, należało o tym napisać wcześniej, może przy okazji wzmianki o gruźlicy, lub chociaż pociągnąć temat imienia (w końcu triste – smutny). Powinno się było dostrzec, że takiej autobiografii, nawet fikcyjnej, nie pisze się bez powodu, że dygresja może być podszyta rozpaczą lub „popędem śmierci”, że skrywać się za (ż)aluzją można ze strachu przed sobą – i tak dalej. Istnieją jednak tematy, które powierzają się naszej dyskrecji.
Kundera (najlepszy współczesny teoretyk żartu) ma rację, mówiąc, że „żadna powieść godna tego miana nie bierze świata poważnie”. I śmieję się razem z nim, gdy sama łapię się na szukaniu prześwitu trupiej czaszki pod jasnym czołem Sterne’a (warto spróbować, to jak z twarzami ukrytymi w chmurach).
Trzeba naprawdę długo patrzeć na jego portret, aby ujrzeć pod białą peruką czapkę z dzwonkami.

Laurence Sterne, „Życie i myśli JW Pana Tristrama Shandy”, przełożyła Krystyna Tarnowska, PIW, Warszawa 2024
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















