Jean-Baptiste Andrea, pisarz: W dniu otrzymania Nagrody Goncourtów zdałem sobie sprawę, że całe życie walczę

Czytelnicy mówią mi: „Czegoś takiego się po Goncourcie nie spodziewałem” albo „Już dawno nie czytałam takiego Goncourta”. A przecież dobrych powieści jest dużo, to literacki światek tworzy dość chłodny, nieprzystępny obraz literatury.
Czyta się kilka minut
Jean-Baptiste Andrea podczas Festiwalu Conrada. Kraków, 26 października 2024 r. // Fot. Katarzyna Kukiełka / Materiały prasowe Festiwalu Conrada
Jean-Baptiste Andrea podczas Festiwalu Conrada. Kraków, 26 października 2024 r. // Fot. Katarzyna Kukiełka / Materiały prasowe Festiwalu Conrada

Jeszcze się taki nie urodził, żeby Goncourtom dogodził. Najbardziej prestiżowa francuska nagroda od zawsze wzbudza kontrowersje – stawka jest wysoka, bo to nie tylko prestiż, lecz także duże pieniądze. W gąszczu nagród literackich wyłącznie Goncourt gwarantuje wykładniczy wzrost sprzedaży. Laureat dostaje symboliczny czek na dziesięć euro, ale dzięki czerwonej banderoli „Prix Goncourt” ląduje pod wszystkimi choinkami.

Jeśli Francuz miałby przeczytać w roku tylko jedną książkę, to na pewno zda się na wybór Akademii Goncourtów. Liczby przyprawiają o zawrót głowy: „Anomalia” Hervégo Le Telliera (Goncourt 2020) sprzedała się w ponad milionie egzemplarzy, „Najskrytsza pamięć ludzi” Mohameda Mbougara Sarra (2021) – to 570 tys., natomiast laureat roku 2023, Jean-Baptiste Andrea, ma na koncie ponad 700 tys. sprzedanych egzemplarzy. Nie licząc tłumaczeń.

Wyjątek stanowiła Brigitte Giraud (Goncourt 2022), której „Żyć szybko” to „tylko” 200 tys. sprzedanych książek. I nieelegancka krytyka ze strony niektórych członków jury, m.in. Tahara Ben Jellouna, który publicznie wyraził niezadowolenie z werdyktu, mówiąc, że „to błaha książeczka, zupełnie bez stylu”. Autobiograficznej opowieści o miłości i żałobie zarzucano brak epickiego rozmachu.

Czternaście głosowań

Rok później rozmachu nie brakowało. Na sześciusetstronicowej powieści Jeana-Baptiste’a Andrei „Czekając na nią” spotykamy niskorosłego rzeźbiarza, który ucieka do cyrku, arystokratkę, która psuje sobie cerę książkami, eleganckie salony, florenckie burdele, rzymskie Hollywood (Cinecittà) i watykańskie pałace. A wszystko to na tle wielkiej historii.

Książka porwała czytelników, jeszcze zanim Akademia przyoblekła ją w czerwoną banderolę: przed 7 listopada 2023 r. sprzedało się 50 tys. egzemplarzy. A zaraz potem dziesięć razy więcej, co zapewniło tytułowi wielomiesięczną obecność w księgarskich zestawieniach. W 2023 r. była to najlepiej sprzedająca się pozycja – przegonił ją tylko komiks „Asteriks. Biały Irys”, ale z małym Galem nie da się konkurować, bo jest wszędzie, nawet w całodobowych delikatesach.

Nie znaczy to jednak, że wygrana Andrei była przesądzona. Tak jak w przypadku Brigitte Giraud dziesiątka akademików głosowała trzynaście razy. I ciągle był remis. Werdykt zapadł dopiero w czternastej turze – rozstrzygnął podwójny głos przewodniczącego. Faworytką bukmacherów była „bardzo literacka” książka Érica Reinhardta „Sarah, Susanne et l’écrivain” ­­o kobiecie opowiadającej historię swojego życia pisarzowi. W recenzjach pojawiają się hasła „proustowski” i „metafikcja”, co zawsze zwiększa szanse na nagrodę. Wydaje się natomiast – choć oczywiście nikt nie mówi tego otwarcie, żeby nie wyjść na snoba – że zmniejsza je dobra sprzedaż i popularność. Bo wartościowa literatura nie może być przecież łatwostrawna i porywająca. Musi stawiać opór, eksperymentować z językiem, zdania mają być długie, a tematy wzniosłe.

Tym razem Akademia Goncourtów, nie bez oporów, nagrodziła „Czuwając nad nią”, czyli książkę, w której wszystko jest prawdziwe i dosłowne: twardy karraryjski marmur, skrzydła, na których bohaterka chce polecieć, a także czarne koszule wioskowych faszystów. Tylko Violę Orsini, Mimo Vitalianiego i miasteczko Pietra d’Alba wymyślił autor. I zrobił to tak przekonująco, że wielu nie uchroniło się przed guglowaniem.

Czternaście listów

Jean-Baptiste Andrea zdecydowanie powinien wydać autobiografię, bo jego losy potwierdzają frazes, że życie pisze najciekawsze historie. Jak na laureata Goncourtów przystało, udzielił już tylu wywiadów, że dość łatwo można je zrekonstruować.

Na świat przychodzi w 1971 r. w podparyskim Saint-Germain-en-Laye, ale dorasta w Cannes, gdzie do dziś mieszka (z przerwą na Paryż i Stany Zjednoczone, o czym za chwilę). To w cieniu palm i w szacownych murach Institut Stanislas odkrywa zamiłowanie do teatru i literatury. Pisze wiersze, jeden przynosi nawet na lekcję francuskiego i proponuje nauczycielce, żeby zamiast klasyków, to właśnie jego utwór analizowali na lekcji. Fascynuje się włoską sztuką, którą odkrywa podczas szkolnych wycieczek (Cannes od granicy z Włochami dzieli zaledwie sześćdziesiąt kilometrów) i w Abruzji, skąd pochodziła jego babcia.

Mimo ogromnej pasji do książek spełnia marzenia rodziców – studiuje handel i politykę na prestiżowych paryskich uczelniach. A potem próbuje pogodzić pasję z pieniędzmi i… wybiera kino. Jest reżyserem i scenarzystą, ma na koncie kilka filmów, m.in. horror „Droga śmierci” oraz czarną komedię „Big Nothing” (doskonale zna angielski).

Nie porzuca jednak marzeń literackich. Pisze powieść „Ma reine” („Moja królowa”), którą rozsyła do wydawców. Dostaje czternaście listów odmownych. Tak, listów, bo Francuzi trzymają formę i swoje „Thanks, but no thanks” przysyłają na kredowym papierze. Wreszcie trafia na swoją dobrą wróżkę, Sophie de Sivry, założycielkę i prezeskę wydawnictwa L’Iconoclaste. De Sivry zaprasza go do swojej stajni i szybko okazuje się, że obstawiła czarnego konia – powieść czterdziestosześcioletniego debiutanta zgarnia mnóstwo nagród (m.in. Femina des lycéens, Prix du premier roman, Prix Alain-Fournier, Prix de la Fondation Jacqueline de Romilly).

Dwie kolejne, „Cent millions d'années et un jour” („Sto milionów lat i jeden dzień”) z 2019 r. oraz „Des diables et des saints” („O diabłach i świętych”) z 2021 r. też zostają doskonale przyjęte. No a czwarta, „Czuwając nad nią”, w listopadzie 2023 r. rozbija bank. Czego wydawczyni i przyjaciółka autora niestety nie doczekała – w maju 2023 r. po ciężkiej chorobie umiera na nowotwór. Odbierając nagrodę, Andrea ze wzruszeniem wspomina kobietę, której tak wiele zawdzięcza.

Czwarta strona okładki

Książkę dedykuje jednak Berenice, swojej partnerce, która zajmuje się garncarstwem i ceramiką. Główny bohater powieści, Michelangelo Vitaliani, zwany Mimo, jest rzeźbiarzem. Tak jak jego wielki renesansowy imiennik wydobywa z bloków marmuru mięśnie, żyłki i emocje. Ma ogromny talent i mikry wzrost, który jeszcze utrudnia mu i tak skomplikowany start. Wbrew przeciwnościom losu wywodzący się z biednej rodziny Mimo zdobywa najwyższe laury, rzeźbi dla rodu Orsinich, Watykanu i Mussoliniego (a przynajmniej dostaje od niego zamówienia).

Najważniejsze dzieło jego życia, Pietà, wzbudza w ludziach tak silne emocje, że Watykan zamyka je pod kluczem (a czytelnik przez całą książkę stara się odgadnąć dlaczego). Tak jak autor zawdzięcza wszystko Sophie de Sivry, Mimo nie zostałby wielkim rzeźbiarzem bez Violi Orsini, arystokratki, z którą połączy go wieloletnia przyjaźń. Choć, jak czytamy na czwartej stronie okładki, „tych dwoje nigdy nie powinno się spotkać”. Mimo pracuje przy remoncie willi Orsinich, w której Viola, w oczekiwaniu na zamążpójście, mieszka. Spotykają się w dość niesamowitych okolicznościach i już na zawsze pozostaną dla siebie ważni. 

I chociaż markiza Orsini nazywa Mima „odrażającym małym stworzeniem” i twierdzi, że córka ma szczęście, że jej nie zgwałcił, Viola regularnie wymyka się z nim na schadzki. Umawiają się na cmentarzu, gdzie dziewczyna przynosi mu książki i wieści z wielkiego świata. Viola nie chce bowiem podzielić losu markizy – siedzieć i pachnieć, od czasu do czasu rodząc dzieci. Jest głodna wiedzy, ciekawa świata, chce podróżować, latać i wyzwolić się z tyranii patriarchatu.

„Skąd to wszystko wiesz?” – pyta ją Mimo, kiedy dziewczyna tłumaczy mu wojenne sojusze. „Czytam gazety. Nie wolno mi, mama mówi, że to niszczy cerę młodych dziewcząt”. Sprytna Viola wykupuje jednak wyrzucony przez ojca „Corriere della Sera” od ogrodnika. Wiadomo – kobiety, które czytają, są niebezpieczne. I Violę w końcu udaje się spacyfikować. Ale – szczęśliwie – niej jest to koniec jej historii.


Dorota Malina: Miesiące po Goncourcie to literackie tournée pełne spotkań i wywiadów. Pańskie właśnie dobiega końca. Jak się Pan czuje?

Jean-Baptiste Andrea: Jest garstka laureatów, która bardzo źle znosi Goncourta. Może związane jest to z wiekiem, w którym go otrzymują, albo z ogólnym stanem emocjonalnym – doświadczenie rzeczywiście jest niesamowite. Człowieka porywa ogromna fala, wszystko jest intensywne, nowe i ekscytujące. Nigdy nie przypuszczałem, że i mnie przypadnie to w udziale.

Czy przez ten rok miał Pan w ogóle możliwość, by pisać?

Absolutnie nie. Ale ja i tak nie kontroluję tego, kiedy piszę. Pewnego dnia wpadam na pomysł i zaczynam. Aktualnie nie mam żadnego, nie sądzę jednak, żeby było to związane z Goncourtem. Za każdym razem, kiedy kończę książkę, zastanawiam się, czy jeszcze kiedykolwiek coś napiszę. Trzeba być cierpliwym i wykazać się pokorą.

Czeka Pan zatem na przypływ inspiracji.

Tak, co nie znaczy, że jestem całkiem bierny. Obserwuję rzeczywistość. 

Nie wierzy Pan w pisarską dyscyplinę? 

Po prostu u mnie to nie działa. Kiedy pisałem scenariusze w tandemie, faktycznie pracowałem codziennie. Teraz mam wrażenie, że lepiej, żebym robił co innego, odpoczywał, przyglądał się światu. Kiedy już mam pomysł, wtedy praktycznie nie odrywam się od klawiatury.

„Czuwając nad nią” to powieść historyczna, która wymagała pogłębionej kwerendy.

Owszem, po raz pierwszy stworzyłem fresk historyczny, ale pisałem o sprawach, okresach i regionach, którymi od dawna się interesuję. Czasy totalitaryzmu dogłębnie badałem na studiach. Włochy to kraj, który dobrze znam. Często tam jeżdżę, mam włoskie korzenie. W sztuce renesansu też całkiem nieźle się orientuję – nie jestem oczywiście ekspertem, ale bardzo ją cenię. Krótko mówiąc, sprawdzałem tylko to, co było mi potrzebne.

Na przykład rok wprowadzenia na rynek styropianu.

Żeby czegoś nie przeinaczyć, czytałem sporo o Piecie Michała Anioła. Sprawdzałem, czy podróżowała. Okazało się, że w 1964 r. pojechała do Stanów Zjednoczonych i właśnie przy tej okazji użyto nowego materiału, jakim był styropian. Wykorzystałem ten fakt w książce, ale natknąłem się na niego przez przypadek. Wydał mi się ciekawy – dziś styropian bierzemy za pewnik, ale przecież nie zawsze go mieliśmy.

Nie kusiło Pana, by przekuć ten pomysł na scenariusz filmu?

Parę lat temu przestałem pisać scenariusze. W 2016 r. sprzedałem dwa ostatnie projekty seriali i od którejś z wielkich platform, chyba od Amazona, usłyszałem: „Bardzo nam się podobają, ale są zbyt oryginalne”. To mnie przerosło. Wtedy powstała moja pierwsza powieść. Nie musiałem się nikomu tłumaczyć, zastanawiać, ile będzie kosztowała każda scena i w którym momencie widz może się znudzić. Jako pisarz czuję się wolny. Tej swobody w kinie nigdy nie zaznałem. 

Wielu pisarzy robi odwrotnie. Wolą pisać scenariusze seriali, bo w ten sposób mogą trafić do większej publiczności. 

Sprzedałem we Francji 700 tysięcy egzemplarzy swojej książki. Niełatwo przyciągnąć do kina 700 tysięcy widzów.

Pańska książka jest wyjątkiem.

Tak, miałem szczęście. Prawdą jest, że Francja to kraj literatury, ale nie ma co się łudzić – statystyczna książka sprzedaje się u nas w tysiącu, dwóch tysiącach egzemplarzy. Więc gdyby moim celem było zarabianie pieniędzy, nigdy nie zacząłbym pisać. Sam mam wielu znajomych pisarzy, którzy jak tylko napiszą książkę, marzą o adaptacji filmowej, bo nie znają realiów tego przemysłu. Ja je znam. Miałem tam swoje wzloty i upadki. Chciałem iść dalej. 

W powieści także jest muzyka, montaż. Pojawiają się twarze, które każdy może sobie wyobrazić i nie potrzebuje do tego aktorów. Nic nie jest ustalone raz na zawsze, książkę można czytać wiele razy, dowolnie ją reinterpretować. Mnie to zachwyca.

Uważa Pan więc, że literatura to sztuka szlachetniejsza od kina?

Nie powiedziałbym, że bardziej szlachetna, ma większą moc oddziaływania. Choć dużo trudniej zrobić dobry film, niż napisać dobrą książkę. Proszę przypomnieć sobie reżyserów, których debiut panią zachwycił. Często pierwszy film jest najbardziej osobisty, nikt nie wywiera na reżysera nacisków, bo budżet z reguły jest skromny. Kolejne filmy często rozczarowują. Z literaturą jest inaczej. 

Owszem, zdarza się, że któraś książka ulubionego autora mniej przypadnie pani do gustu, ale częściej mamy do czynienia z rozwojem i długim trwaniem. Na rynku literackim znacznie łatwiej się utrzymać, bo nie ma tak ogromnej presji jak w kinie. Nie ma też dwudziestotysięcznej publiczności próbnej, która mówi pani wprost, co myśli. W kinie organizuje się takie pokazy i kiedy przychodzą złe recenzje, należy inaczej nakręcić albo zmontować sceny. Ciągłe drobne kompromisy i ustępstwa osłabiają pierwotny pomysł. 

Tyle że w Polsce poziom czytelnictwa jest dość niski.

We Francji jest niewiele lepiej.

Niemożliwe, we Francji wszyscy czytają! 

Tymczasem ja ciągle słyszę narzekania, że czytamy coraz mniej. Powiem pani, że jestem wielkim przeciwnikiem tych biadoleń, bo zamieniają się w samospełniające się przepowiednie. Mówienie, że ludzie nie czytają, w pewnym sensie daje im przyzwolenie, żeby nie czytać. Nieczytanie staje się normą. Uważam, że należy wzmacniać pozytywny przekaz, propagować czytelnictwo. 

Jest jeszcze jeden problem: wielu ludzi ma dość stereotypowy obraz literatury. Przekonałem się o tym właśnie po Goncourcie. Czytelnicy na spotkaniach bardzo często mówili mi: „Nie sądziłem, że jestem w stanie przeczytać Goncourta” albo „T e g o się po Goncourcie nie spodziewałem” albo „Już dawno nie czytałem t a k i e g o Goncourta”. Choć t a k i c h Goncourtów jest dużo. Problem polega na tym, że najgłośniej mówi paryski światek literacki, a on tworzy dość chłodny, żeby nie powiedzieć: wrogi, obraz literatury.

Walczy Pan z nim?

W dzień otrzymania nagrody zdałem sobie sprawę, że całe życie prowadzę heroiczną walkę. Dokładnie od dnia, kiedy jako dziewięciolatek powiedziałem: „Chcę być poetą”. A potem: „Chcę pisać, chcę opowiadać historie”. I zewsząd słyszałem, że to nie jest zawód. Przez całe życie słyszałem od nauczycieli, od rodziców (którzy, rzecz jasna, mówili to z miłości): „Czemu ty tak ciągle siedzisz w kącie i skrobiesz?”.

Znajomi mieli pięciocyfrowe pensje, a ja nie zarabiałem nic, ale i tak byłem szczęśliwy. Sukces przyszedł do mnie późno. I dopiero teraz, po tej wielkiej nagrodzie, wszyscy klepią mnie po plecach i mówią: tak, Francja to kraj literatów. Tymczasem status pisarza jest ogólnie bardzo niski. Nadal postrzega się nas w kategoriach wędrownych cyrkowców, dziwaków na marginesie społeczeństwa, którzy powinni znaleźć sobie prawdziwą robotę, jeśli nadal chcą zabawiać się pisaniem. W Europie żywo się teraz dyskutuje o statusie pisarza, o braku zabezpieczeń socjalnych i tak dalej.

A więc tak, walka z całym światem jest ważnym motywem mojej książki. Mimo Vitaliani walczy ze wszystkimi, łącznie z własnymi wątpliwościami, żeby stać się tym, kim chce.

Viola też walczy.

Oczywiście. Viola jest amalgamatem silnych kobiet, które mam w bliskim otoczeniu – matki, wydawczyni, żony. Mam szczęście przyjaźnić się z inteligentnymi mężczyznami, ale kiedy patrzę na społeczeństwo jako ogół, przytłacza mnie męska głupota. Moja matka była silną feministką i wychowała mnie tak, że długo nie zdawałem sobie sprawy, jak brutalni i tępi mogą być faceci. 

Postać Violi jest zatem hołdem na cześć wszystkich ważnych dla mnie kobiet. I kiedy analizuję sytuację kobiet w latach 20. XX wieku i dziś, z przerażeniem stwierdzam, że postęp, owszem, jest, ale kosmetyczny. Dziś kobiety ciągle zarabiają mniej. Jasne, mogą głosować i mają więcej praw, ale kwestie fundamentalne pozostają nierozwiązane. Kobietom nadal trudniej jest zdobyć dobrą posadę czy wynagrodzenie. Tak nie powinno być. W losach Violi chciałem przedstawić tę kobiecą walkę, którą podziwiam oczami Mima. 

Jean-Baptiste Andrea CZUWAJĄC NAD NIĄ, przeł. Beata Geppert, Znak, Kraków 2024


Dodatek do „Tygodnika Powszechnego” 46/2024

Redakcja: Monika Ochędowska, Grzegorz Bogdał

Proj. graf.: Marek Zalejski 

TP typografia: Agnieszka Cynarska-Taran

Fotoedycja: Jacek Taran

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 0.00 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Codzienna walka