Na czym, według starego dowcipu, polega geniusz Austriaków? Otóż przekonali świat, że Adolf Hitler był Niemcem, a Beethoven ich rodakiem. A na czym miałby polegać geniusz Francuzów? Otóż na tym, że wynaleźli pojęcie „frankofonia”, oznaczające wspólnotę narodów posługujących się językiem francuskim, która ten język wspiera, pielęgnuje i promuje.
Idea jest piękna i skuteczna, tyle że w praktyce to Francja zgarnia laury. Ku wielkiej irytacji tych, którzy Francuzami nie są, lecz posługują się francuskim. Pamiętają to bez wątpienia widzowie popularnego serialu o przygodach Herkulesa Poirota: wąsaty jegomość co i rusz musi się tłumaczyć, że choć jego rodzimym językiem jest francuski, pochodzi z Belgii.
Podobnie rzecz ma się z twórcą postaci innego słynnego detektywa – Jules’a Maigreta. Pisarz Georges Simenon, który stworzył i rozpropagował postać paryskiego komisarza policji, małomównego i zawsze z fajką (również i ona trafiła potem na ekran), pisał po francusku. Był więc niewątpliwie artystą frankofońskim. Kto jednak pamięta, że urodził się w Belgii?
Simenon napisał 400 powieści i opowiadań. Książka w jedenaście dni
Powiedzieć, że Simenon pisał, to nic nie powiedzieć. Sprzedał ponad 500 milionów egzemplarzy książek na całym świecie. Dla promocji kultury francuskiej zrobił więcej niż Marcel Proust (ok. 20 milionów).
Dlatego teksty o Simenonie zwykle zaczynają się od wyliczania imponujących statystyk: ok. 400 powieści i opowiadań wydanych pod nazwiskiem i pseudonimami, przekłady na ponad 50 języków. Żeby w przerwach od pracy trochę pożyć, książkę kończył średnio w jedenaście dni (osiem na pisanie, trzy na korektę), co wymagało zmiany przepoconej koszuli trzy razy dziennie.
Później zwykle jest twist: można by pomyśleć, że ktoś taki prowadził żywot benedyktyńskiego mnicha. Nic z tych rzeczy. Simenon był spragniony – wina, kobiet (miał dwie żony oraz liczne kochanki) i w ogóle wszelkich uciech. Żył kolejno w kilku krajach i, przynajmniej pod koniec sybaryckiego życia, codziennie uprawiał sport.
Tu z reguły nasuwa się pytanie: kiedy znajdował na to czas? Zwłaszcza że, aby pisać tak jak on, trzeba wychodzić na świat, czerpać z niego garściami, badać ludzką naturę. Nie można zamknąć się w czterech ścianach i poświęcić stukaniu w klawisze maszyny.

Wiele stron później konkluzja biograficznego śledztwa zwykle brzmi: Simenon to zdyscyplinowany rzemieślnik z talentem artysty. Stąd uznanie, książki w prestiżowym wydaniu Plejady, doktoraty i konferencje na jego temat. Czytajcie powieści, nie tylko kryminały! Owszem, są plamy na reputacji – kto już czytał, ten wie, jak przedstawiał Żydów czy imigrantów z Europy Wschodniej. Ale, argumentują w tym miejscu jego obrońcy, trudno mu wyrzucać, że był człowiekiem swoich czasów. Czytajcie więc! Amen.
Komisarz Maigret, czyli wstęp do twórczości Simenona
W takiej narracji, naszkicowanej powyżej, zamknięto wielkiego Belga, którego Francja z dumą podpina pod frankofonię.
Niestety tutaj też nie znajdą państwo nieoczekiwanych rewelacji. Nie zniuansuję portretu i nie przeprowadzę dogłębnej analizy przyczyn porażającej produktywności (Belg zabiegający o poklask Francuzów, pisarz, który w przeciwieństwie do intelektualistów-rentierów musiał zarabiać).
Jestem dopiero w trakcie analizy obszernego materiału dowodowego: przeczytałam trzydzieści z siedemdziesięciu pięciu Maigretów, kilka „poważnych powieści”, odsłuchałam piętnaście godzin wywiadów z autorem, przejrzałam książkę o Paryżu komisarza Maigreta oraz o gastronomii u Simenona.
Obejrzałam też parę ekranizacji, z których, ponieważ jestem staroświecka jak przecinek, podobają mi się te wczesne, z Bruno Cremerem, bo w Rowanie Atkinsonie nie potrafię odzobaczyć Jasia Fasoli. Poza tym, jak wiemy z „Maigreta i sprawy Nahoura”, komisarz nie znał ani słowa po angielsku, więc najnowsza ekranizacja brzmi fałszywie jak kiepskie alibi.
Autorzy wstępu do wydania Plejady piszą, że Simenon „był kontynentem”. Zamiast jednak przedstawiać jego szczegółową kartografię, skupię się na miejscach, które mnie ciekawią. Jak sam komisarz Maigret, nie zastosuję żadnej sztywnej metody, tylko zdam się na intuicję.
I mam nadzieję, że ten subiektywny przewodnik zaostrzy państwa apetyt na własne eksploracje. Tekstów, także po polsku, nie brakuje, a rodzimym „simenonologiem” jest romanista i autor wstępu do „Paryskiego ekspresu” Bogusław Panek.
Urodzony w Walonii, Simenon ruszył w wielki świat
Belgia dzieli się radykalnie: na Flandrię (gdzie w użyciu jest flamandzki) i Walonię, gdzie mówią po francusku. Stolicą Walonii jest Liège. Tu 12 lutego 1903 r. przychodzi na świat Georges Simenon. A naprawdę 13 lutego. Ponieważ jednak dzień jego urodzin wypadł w piątek, mama wolała nie ryzykować i antydatowała narodziny.
Fikcja od początku była mu pisana. Katoliccy rodzice wysłali syna do jezuitów. Nauki pobierał krótko, bo już w wieku 15 lat uznał, że czas zacząć prawdziwe życie (kolejny dowód, że nie matura, lecz chęć szczera...).
Najpierw imał się prostych prac. Potem, siłą charyzmy i determinacji, zdobył miejsce w redakcji „Gazette de Liège”. Zaczął od pisania o dziurach w drogach, aby wkrótce zająć się zbrodniami, kulturą i właściwie wszystkim, czym żyło miasto. Później powie, że praca w dzienniku była szkołą życia, a obserwacje z sali sądowej pomogły mu zrozumieć ludzką naturę. Artykuły sygnował niezbyt tajemnym pseudonimem „Georges SIM”.
Ze zdjęć z tego okresu patrzy młokos przebrany w garnitur dorosłego, jak dzieci na starych obrazach. Tyle że już wtedy gustował w rozrywkach uznawanych za męskie – i był stałym klientem lupanarów. Równocześnie z pracą reportera publikuje w pismach satyrycznych, para się też fikcją, a w 1921 r. wydaje pierwszą humorystyczną powieść.
Osiemnastolatek po udanym debiucie postanawia spróbować szczęścia w stolicy. Jedynej, która wtedy (i zdaniem wielu, do dziś) liczy się dla francuskojęzycznego literata: rusza do Paryża.
Po jego śmierci to w Liège powstanie centrum badań twórczości Georges’a Simenona, gdzie zdeponowane zostaną wszystkie archiwa. Jest co badać: w latach 1988-93 ukazało się łącznie 27 grubych tomów jego dzieł zebranych.
Paryż Simenona: od obskurnych hoteli do luksusu
O jego związkach z Paryżem – paryskich perypetiach i obrazie miasta w jego twórczości – powstały tomiszcza tak opasłe jak oeuvre samego autora. To tu rozkręciło się przedsiębiorstwo Georges Simenon Unlimited: żeby zarobić na chleb, w latach 1924-1927 młody Simenon pisał do czasopism erotycznych, prasy rynsztokowej i pisemek rozrywkowych, publikując ponad 190 opowiadań i do dziś niepoliczone do końca artykuły pod mnóstwem pseudonimów.
To tu toczy się akcja 63 z 75 powieści o komisarzu Maigrecie (do tego dochodzą jeszcze opowiadania). To tu odbył się słynny bal antropometryczny, czyli premiera drugiego tomu przygód komisarza Maigreta, tak zmyślna i zabawna (zaproszenia na wezwaniach sądowych, zdejmowanie odcisków palców przy wejściu), że trąbiła o niej cała prasa, a Simenon okazał się geniuszem marketingu avant la lettre. To tu wziął też ślub z Reginą, którą potem nieustannie zdradzał.
Po kolejnych sukcesach finansowych zmieniał adresy. Zaczynał w obskurnych hotelikach przy Dworcu Północnym, potem przeniósł się do małego, a później dużego mieszkaniu przy Place des Vosges (dziś enklawa luksusu, gdzie nie mieszka nikt oprócz stałych gości hotelu „Ritz”), aż wreszcie do podparyskiego burżujskiego Neuilly-sur-Seine, skąd w latach 60. wyemigrował do Ameryki.
Paryskie przystanki komisarza z fajką
Dla fanów komisarza Maigreta na mapie Paryża jest kilka obowiązkowych miejsc.
Najpierw Quai des Orfèvres, siedziba Police Judiciaire (policji sądowej), gdzie komisarz ma biuro. Tu pisze sprawozdania, naradza się z podwładnymi, stoi w oknie i patrząc na Sekwanę, pyka fajeczkę. Na biurku ma ich całą kolekcję.
Dalej Place Dauphine: trójkątny plac, zwany „łonem Paryża”, to dla komisarza źródło innych niż cielesne uciech. To tutaj sam albo z podwładnymi (których nazywa „dziećmi”) regularnie przychodzi na obiady czy kieliszek wina. Choćby się waliło i paliło, przerwa na posiłek jest święta, a nawet podejrzanym przysługują croissanty i kawa przyniesione przez kelnera z Brasserie Dauphine. Ulubione danie komisarza? Blanquette de veau, potrawka z cielęciny. Najlepiej w wykonaniu małżonki, ale restauracyjną też nie pogardzi.
Komisarz często zagląda do ulubionej brasserie, bo alkohol żłopie jak szwedzcy detektywi kawę. Uważni czytelnicy zauważą, że Maigret nigdy (prócz obowiązkowej kuracji w Vichy) nie pije wody: rano żona budzi go kawą podaną do łóżka, potem przez cały dzień nawilża się winem, do biura zamawia piwo (i kanapki), a w lokalach sączy calvados czy wódkę.
Alkohol służy bowiem gaszeniu pragnienia. Dziś mogą dziwić zdania w stylu „Komisarz mocno się zdyszał, więc kazał sobie przynieść wina”. Albo moje ulubione: „Maigret był zakatarzony, więc dopił szampana, którego trzymał w biurze”. Jak zauważa Elżbieta Skibińska we wspaniałej analizie „Simenon po polsku: komisarz Maigret odsłania kulinarne tajemnice Paryża”, alkohol w miejscu pracy jest na porządku dziennym, co polskiego czytelnika może dziwić.
Nie dla komisarza jednak herbatki i ziółka. Picie nigdy nie jest problematyczne (może dlatego, że ma szofera), co odzwierciedla ówczesne normy. I stosunek Simenona do alkoholu.
Madame Maigret, czyli kobiety w życiu Simenona
No i wreszcie Boulevard Richard-Lenoir, adres domowy. Tu, w Dzielnicy Jedenastej, rezydowali państwo Maigret. Nie wiemy dokładnie, gdzie, prawdopodobnie pod numerem 132. Ale warto przejść się całą aleją i pomyśleć, że tym samym chodnikiem tuptała madame Maigret, udając się po codzienne sprawunki.
Dzisiejsze feministki nie zostawiłyby na Simenonie suchej nitki – i to nie tylko z tego powodu, jak traktował kobiety (pod koniec życia chwalił się, że miał dziesięć tysięcy kochanek), ale także za sprawą tego, jak je przedstawiał, choćby w książkach o komisarzu.
Życiową misją madame Maigret jest bowiem wyłącznie obsługa męża: rano parzy mu kawę (do łóżka), w południe i wieczorem serwuje czasochłonne domowe potrawy, a wszystko z uśmiechem i wyrozumiałością. Nie mają dzieci (smutny, wielokrotnie powracający wątek), więc cóż innego Louise Maigret ma do roboty? Kiedy trochę podupada na zdrowiu i mąż proponuje zatrudnienie kucharki, żona protestuje: czym, jeśli nie gotowaniem, wypełni sobie dni?
Badacze wskazują na paralele między Maigretem a Simenonem
Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że komisarz małżonkę ceni, telefonuje, jeśli nie wróci na obiad (nie omieszkując zapytać, co przyszykowała), i czasem zabiera ją do kina. Albo na spacery, podczas których omawiają śledztwa lub po prostu zgodnie sobie milczą.
Zaraz, zaraz, a czemu piszę o postaci, skoro miało być o pisarzu? Nie ja jedna. Już za życia autora utożsamiano z jego detektywem. Sam sobie winny: w wywiadach opowiadał, że nie potrafi nic wymyślić i wszystko czerpie z doświadczenia. Nawet do zdjęć na czwartej stronie okładki pozował z fajką.
Badacze jego twórczości wskazują na paralele między Simenonem a Maigretem. Są też oczywiście różnice (komisarz był wierny żonie), ale nie ja jedna popełniam błąd utożsamienia. Patrick Marnham zatytułował nawet swoją biografię Simenona dobitnym „The Man Who Wasn’t Maigret” (Człowiek, który nie był Maigretem).
W Ameryce Simenon żyje szybko i pisze dużo
Najpierw Kanada, potem Nowy Jork, Nowy Brunszwik, Floryda, Arizona. Częste przenosiny, żeby wciąż doświadczyć czegoś nowego.
Ameryka to dla Simenona okres intensywnej pracy, ale też nowych romansów i innych uciech, którym oddaje się kompulsywnie. Żarłoczność i pośpiech sam tłumaczył anegdotą o błędnej diagnozie choroby sercowej – lekarz zabronił mu wszelkiego wysiłku pod groźbą rychłej śmierci. Po kilku miesiącach okazało się, że medyk się pomylił, ale odtąd Georges postanowił żyć i pracować na pełnych obrotach.
W Stanach rozwodzi się z Reginą i bierze ślub z Denyse, swoją sekretarką. Ze Stanów jeździ na tournée po Europie. Za zasługi na polu literatury dostaje order Legii Honorowej w konsulacie francuskim, gdzie ambasador ze zdumieniem odkrywa, że Georges Simenon jest Belgiem i nie ma obywatelstwa francuskiego.
Mimo zasług dla promocji języka francuskiego nigdy nie zostanie wybrany do Akademii Francuskiej. Był za to członkiem jej belgijskiej odpowiedniczki: Académie royale de langue et de littérature françaises de Belgique (Królewskiej Akademii Języka i Literatury Francuskiej w Belgii).
Szwajcaria: kolejne publikacje w stałym rytmie
W 1957 r. wraca do Europy i osiada w Szwajcarii, w okolicach Lozanny, gdzie jest pięknie, bezpiecznie i nie brak dobrego wina. Poświęca się pisaniu i rodzinie. Odnosi literackie sukcesy, ale głównie za kryminały, choć sam bardziej ceni swoje „poważne” powieści, czyli romans durs. Miał nadzieję dostać za nie Nobla. Nie dostaje, a do dziś najbardziej znany jest jako „ojciec” komisarza Maigreta.
Badacze jego twórczości z podziwem opisują finansową stronę przedsiębiorstwa Simenon: kolejne publikacje w stałym rytmie, stała sprzedaż tak zwanych long-sellerów, nieprzerwany strumień dochodów z tłumaczeń i adaptacji. No i pracowitość aż do emerytury, którą ogłosił w 1972 r. Porzucił wtedy swojego komisarza, ale do końca pisał i dyktował, zwłaszcza powieści autobiograficzne.
Zmarł 4 września 1989 r., w wieku 86 lat, w Lozannie.
Ciekawym jego twórczości polecam powieść „Maigret i przybysz z Krakowa”.
Mimo natłoku artykułów i wywiadów, „kontynent Simenon” nadal jest pełen białych plam. Czemu francuskojęzyczny Belg spędza drugą połowę życia w Stanach i Szwajcarii? Czyżby uciekał przed oskarżeniami o kolaborację z reżimem Vichy? Dlaczego jego 25-letnia córka Mary-Jo popełniła samobójstwo? Czy winą za obsesję tworzenia i kompulsywne życie erotyczne rzeczywiście, jak chcą psychoanalitycy (w Szwajcarii był sąsiadem Junga), był brak matczynej miłości w dzieciństwie?
Z licznych biografii i jeszcze liczniejszych książek autobiograficznych wyłaniają się wzajemnie sprzeczne odpowiedzi. Prawdy można szukać też w powieściach i kryminałach, bo jak powtarzał Simenon, w pracy zawsze bazował na własnym doświadczeniu.
Pewnie najważniejszym miejscem, do którego należy się udać, żeby zrozumieć Belga, jest zatem obszerna biblioteka jego dzieł. Ciekawym polecam więc pierwszą powieść z cyklu o paryskim komisarzu pod znamiennym dla nas tytułem: „Maigret i przybysz z Krakowa”. Bądź, w starszym tłumaczeniu: „Maigret i goście z Europy Wschodniej”. Bon voyage!
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















